Mądrości urzędników są niewyczerpanym tematem do artykułów. Oto przeczytałem wypowiedź „dr n. med. Grażyny Rogali-Pawelczyk, prezes NRPiP” (to zdaje się skrót od Naczelna Rada Położnych i Pielęgniarek), w której to pani prezes ubolewała, m. in., że „chętnych do tej odpowiedzialnej, wymagającej wysokich kwalifikacji i doświadczenia pracy jest coraz mniej”.
Nie jestem taki pewien, czy praca pielęgniarki jest odpowiedzialna, jakoś się nie słyszy, żeby pielęgniarka została skazana przez sąd, bo zrobiła pacjentowi krzywdę, a nie brak w mediach informacji o niewłaściwym postępowaniu pielęgniarek. Przykładem słynnej odpowiedzialności pielęgniarek była sytuacja, gdy dwie panie wykonujące ten zawód wyjęły dzieci z inkubatora, powkładały do kieszeń i porobiły zdjęcia. Nawet jeśli zostały ukarane, to jest to wyjątek potwierdzający regułę. Wychodzi więc na to, że praca ta wcale nie jest odpowiedzialna, bo wykonujące ją osoby nie dopowiadają za swoje czyny. Rozumiem jednak narzekania pani prezes, w innych zawodach sfery budżetowej niczego nie trzeba umieć, a pielęgniarka coś tak jednak powinna potrafić i pod tym względem pielęgniarki rzeczywiście są poszkodowane. A jakie kwalifikacje w tym zwodzie są najważniejsze? Grunt, żeby nie patrzyły lekarzom na ręce, gdy oni robią szwindle na wysokie sumy, żeby nie rozgłaszały, że ten a ten medyk to na tym a na tym się nie zna i mimo to operuje, ilu już wykończył i tak dalej. Swoją drogą pewnie u części pielęgniarek lekceważenie swoich obowiązków bierze się stąd, że widzą, że dochody pracowników służby zdrowia mają niewiele wspólnego z rzetelnym wykonywaniem swojej pracy, ale z machlojkami. I to trzeba byłoby zmienić.
I dalej pani prezes mówi: pacjenci „rozdrażnieni chorobą, niepewni swojego stanu, bywają roszczeniowi i bardzo czuli na brak zainteresowania”. I trudno się dziwić, że pacjent, dajmy na to przedsiębiorca, który płaci co miesiąc składkę zdrowotną, jest wkurzony, gdy potrzebuje pomocy medycznej a jej nie otrzymuje, musi czekać, albo robią mu łaskę, że ktoś tam się nim zajmie. ZUS nie czeka na składki, kara finansowo za każdą zwłokę. Ale o co chodzi z tym, że pacjenci są niepewni swego stanu. W szpitalu? A co tam nie ma lekarzy, żeby powiedzieć co komu dolega? Czytałem kiedyś regulamin szpitala i wśród praw pacjentów (wyjątek stanowili niepełnoletni) nie było wymienionego prawa do informacji o swoim stanie zdrowia i rzeczywiście ciężko było czegoś się tam dowiedzieć. Wyobraźmy sobie przypadek, że do szpitala trafia człowiek po wypadku samochodowym, dajmy na to nieprzytomny. Medycy składają go do kupy, leży sobie jakiś czas w szpitalu a później wypisują do domu. Dodajmy, że dokumentacja medyczna należy do szpitala. Nikt nie ma obowiązku mówić, co się z nim działo i co mu tam porobili, no to chce się czegoś dowiedzieć i pyta przez co dla personelu medycznego staje się „pacjentem roszczeniowym”, a takiemu nawet jeśli można zrobić coś bezboleśnie to robią tak, żeby bolało. Wystarczyłoby zobowiązać lekarzy do informowania (najlepiej na piśmie) pacjentów o ich stanie zdrowia, sposobach leczenia itd. i pewnie od razu będzie mniej nerwowych sytuacji.
„Informację, że pielęgniarka musi zająć się innym pacjentem lub że jakiejś czynności nie wykona (bo np. nie ma do niej uprawnień), traktują jak osobistą zniewagę. Nie mają świadomości, że ta pielęgniarka ma pod opieką nawet 40 pacjentów” - mówi „dr n. med. Grażyny Rogali-Pawelczyk, prezes NRPiP”. I wszystko jasne, winni są pacjenci bo ośmielają się chorować. Raczej czegoś pielęgniarki nie robią bo się im nie chce. W końcu płaci im szpital, a nie pacjent, więc co to za różnica, czy się pacjenta wyleczy czy umrze, pensja i tak będzie taka sama. Internauta opisał przypadek z sali porodowej. Podczas pierwszego porodu nikt za bardzo rodzącą się nie interesował. Z pewnością mniej niż rolnik cielącą się krową, bo rolnikowi zależy, żeby cielak i krowa przeżyli poród, czego o tych położnych itp. nie można powiedzieć. Gdy kobieta rodziła po raz drugi, jej mąż poszedł po rozum do głowy i dał łapówkę. Wtedy personel przechodził sam siebie, wszyscy wszystko wiedzieli, proponowali środki przeciwbólowe, a nawet pielęgniarka czy ktoś tam trzymała rodzącą za ręką.
„Pielęgniarki, szczególnie w szpitalach, są przepracowane, dlatego czasami może się zdarzyć, że w niewłaściwy sposób odniosą się do pacjenta lub członka jego rodziny”. Kolega opowiadał, że w szpitalu dziecięcym tak bardzo pielęgniarki zajmują się oglądaniem telewizora, że nie mają czasu zobaczyć co dzieje się z malutkimi dziećmi, które są pod ich opieką. Te dzieci, których rodzice śpią pod łóżkami, są w całkiem dobrej sytuacji, ale pozostałe mają ze strony personelu medycznego mniej więcej taką samą opiekę jak dzieci w żłobku w sowieckim łagrze w czasach stalinowskich. Jeśli ktoś nie panuje nad sobą w pracy w sytuacji, nazwijmy to, stresowej w takiej dziedzinie jak medycyna to niech zajmie się np. kowalstwem, bo wkurzy się podczas operacji, że lekarz chce ciągle jakiś instrument, pieprznie tym wszystkim i jeszcze pacjent zemrze.
„Organizuje się pielęgniarkom i położnym, a także innym pracownikom medycznym szkolenia jak prawidłowo kontaktować się z pacjentem i jego rodziną” – oto kolejna porcja informacji od pani prezes. Nietrudno się domyślić, że te szkolenia są nic nie warte. A po drugie, nie lepiej, żeby ubezpieczyciel dawał pieniądze choremu, a ten płacił tym lekarzom i pielęgniarkom, których wybrał do wykonania zabiegu czy tam czegoś. Wtedy nie trzeba byłoby szkoleń, wszyscy byliby kompetentni, mili i życzliwie się uśmiechali, pytali jak się pan czuje, co mogą jeszcze zrobić, jak się spało, czy poprawić poduszkę i tak dalej. Robiłem kiedyś prześwietlenie zębów. Najpierw zatelefonowałem do prywatnej kliniki (w nazwie firmy było to słowo), ale nikt nie odebrał. Po chwili zadzwonił dentysta i zapytał, co sobie życzę. W państwowej służbie zdrowia sytuacja nie do wyobrażenia! Dotarłem na miejsce wcześnie rano, z pięć minut po otwarciu kliniki. Nie czekałem w poczekalni ani chwili, dziewczyna o subtelnej urodzie i bardzo miła w sposób nie pozbawiony wdzięku odpowiadała na moje pytania, jak to się te zęby prześwietla i bardzo szybko starała się wywołać zdjęcie, bo na stornie internetowej kliniki była informacja, że wywoływanie trwa chyba z 8 minut więc chciała zdążyć w tym czasie. Na koniec tych „do widzenia” nie było końca, aż żałowałem, że nie mogłem czekać tam choćby godzinę na wywołanie zdjęcia, bo do pociągu miałem sporo czasu, a tam czysto, miło, ciepło. I to wszystko za jedyne 40 zł! A w „naszym ośrodku” przyszedłem, mówię, że chcę się zarejestrować do jakiegoś medyka, a pielęgniarka rejestrująca, pyta, głosem sklepowej znanym z filmów Barei: Co? Co? To nie moja wina, że jej koleżanki obsiadły recepcję i tam jedzą, piją, rżą jak klacze na wybiegu, a później nie można się porozumieć.
Czytając komentarze i posługując się tu i tam zdobytą wiedzą łatwo zauważyć, że pielęgniarki są jedne wredne i naburmuszone a inne miłe i życzliwe. Innym rozwiązaniem oprócz, nazwijmy to „finansowego”, byłoby zwolnienie tych pierwszych. I też byłoby po kłopocie. To, że pielęgniarek byłoby mniej, to co? Teraz też trzeba czekać. A czy pielęgniarka przychodzi do nas zapracowana czy rozespana to chyba jest różnica.
W ramach zakończenia: Tym wszystkim Paniom Pielęgniarkom, które widzą w nas ludzi a nie przedmioty na których wykonuje się procedury medyczne, bardzo dziękuję za Waszą ciężką pracę, za którą z pewnością należy się każdego miesiąca worek pieniędzy i dwa worki wdzięczność od pacjentów i ich rodzin. Przepraszam, jeśli ten tekst którąś z Was dotknął, ale zapewniam, że ten artykuł nie jest o Was, ale o waszych koleżankach, które nie są takimi aniołami jak Wy.


Komentarze
Pokaż komentarze