Moja żona-nauczycielka była kiedyś na szkoleniu. Tam spotkała pewna przedszkolankę, która opowiedziała jej następujące zdarzenie: wchodzi kiedyś do szatni i widzi małego Jasia, który wiąże buciczki. Pyta go:
- Co robisz Jasiu?
- Ubieram się – odpowiada dziecko.
- A pani na grupie wie, pytałeś się ?
- Nie – odpowiada brzdąc.
- To gdzie ty właściwie idziesz ? – pyta dalej przedszkolanka. Na co dziecko jej odpowiada:
- Postanowiliśmy z „bandą”, że spalimy tą „budę” i ja idę po zapałki.
Przypomniałem sobie o tym gdy czytałem komentarze o „dramatycznym” wydarzeniu w Poznaniu, gdzie 2,5 letnie dziecko – wiedzione typowo dziecięcą tęsknotą- wyszło z przedszkola, w którym było dopiero od kilku dni, by poszukać mamy. Można powiedzieć nic niezwykłego. Ja gdy miałem ½ roku więcej już samodzielnie chodziłem na podwórko i zgubiłem się w Olsztynie, bo poszedłem gdzieś z „bandą” i się odłączyłem albo mnie zostawili. Normalka. Poszwędałem się parę godzin po obcym mieście, a na koniec siadłem na trawniku koło Dworca Głównego i zacząłem płakać (i to bardziej ze strachu, że mi „wkroją” w tyłek niż, że mnie nie znajdą). Za to potem już nigdy nie zgubiłem się w żadnym mieście ( przynajmniej w Polsce, bo za granicą raz się zdarzyło), a po Olsztynie chodziłem sam.
Dlatego robienie wielkiej „afery” z drobnego w sumie wydarzenia szczerze mnie zdziwiło. Dziecko – jak to dziecko – skorzystało z okazji, by zobaczyć „kawałek świata” i normalnie poszło do domu. Nic mu się szczególnego nie stało, a na filmie wyglądało raczej na zdziwione, że taki szum robi się wokół jego „wycieczki”. Stąd karanie od razu wyrzuceniem z pracy wydaje mi się lekka przesadą. Przedszkolanki powinny dostać naganę, z wpisaniem do akt jeśli trzeba, i zostawione na tym stanowisku – bo teraz lepszych pilnujących nie znajdzie się zapewne na całym świecie. Ale cóż - żyjemy w epoce tak zniewieściałej, płaczliwej i pozbawionej elementarnego pomyślunku, że trudno się dziwić podobnym reakcjom.
Mnie jako „oldskulowego” przedstawiciela pokolenia chodzącego do szkoły w czasach stanu wojennego, dla którego wolność osobista i wolność wyrażania własnych poglądów jest wręcz fetyszem - przeraziło co innego. Otóż w opozycji do „złego” przedszkola pokazano „dobre”. Po prostu „Rok 84” Orwella w praktyce. Zabezpieczenia były tam większe niż więzieniu w Quantico czy Pelikan Bay. Wchodzisz: domofon i kamera. Potem następne drzwi z kamerą i czujnikiem na czip, potem następna kamera i oczywiście kamery we wszystkich salach. Totalna inwigilacja zaszczepiana już od dziecka.
A najśmieszniejsze było wyjście z tego wszystkiego. Owszem był do tego odpowiedni przycisk, ale znajdował się na takiej wysokości, iż żadne dziecko nie było w stanie do niego dosięgnąć. Bardzo fajnie, ale co będzie gdy – jak w przytoczonej opowiastce – „banda” postanowi spalić tą „budę”, ale zamiast wysyłać kogoś po zapałki po prostu przyniesie je ze sobą ? Niech przy okazji zablokuje się elektronika i będziemy mieć kolejny news i kolejne mądre wywody fachowców.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)