Malthus miał rację
czyli między kamieniem a plastikiem.
Polemika z Dariuszem Rosiakiem (tekst: „Człowiek istota zbędna” w dodatku PlusMinus do dziennika Rzeczpospolita z dnia: 16-17 kwietnia 2011r.) – korespondentem Rz jest trudna nie dlatego, żeby jego argumenty były logiczne, a świadectwa je podpierające oczywiste, ale dlatego, że jest na odwrót i mamy do czynienia z autorem posługującym się nonsensami sprzecznymi ze świadectwem zmysłów, który na dodatek podlewa swoje wywody „słowami wytrychami” i śmiesznym moralizatorstwem.
Już pierwsze zdanie w nagłówku pokazuje w czym rzecz, autor stwierdza w nim że: „Współcześni maltuzjanie i inne Kasandry, dowodzący, że człowiek ze swoją pasją do życia i rozwoju materialnego zniszczy siebie i planetę, nigdy nie mieli racji.” Fakt, myślę sobie, żyjemy, a to dowód niezbity na to, że o życie martwić się nie trzeba.
Podstawowym dogmatem w jaki wierzy Rosiak jest to, że dzisiaj jest ludziom lepiej niż kiedyś. To lepsze ponoć życie przynieść ma tak zwana nowoczesność, dająca „szansę na rozwój gospodarczy i lepsze warunki życia dla tysięcy czasem milionów ludzi.” Udowadnianiem tej tezy Rosiak się nie zajmuje, bo najwyraźniej wydaje się mu, że głosi rzeczy oczywiste. Zaczyna od przykładu jakim jest sytuacja w Etiopii gdzie planowana jest budowa gigantycznej zapory wodnej, która w dramatyczny sposób zmieni warunki życia plemion pozostających w epoce przednowoczesnej. Według Rosiaka prąd i oparty na tamie nowoczesny system nawadniania dostarczony plemionom „żyjącym zgodnie z odwiecznymi prawami natury”/.../ spowoduje zwiększenie plonów i umożliwi wprowadzenie nowoczesnych technik uprawy. Ludziom będzie się żyło lepiej i wygodniej.” Rzecz w tym, że ludziom żyjącym „zgodnie z prawami natury” zwiększanie plonów nie jest w ogóle potrzebne, również tak zwana wygoda to rzecz bardzo względna. Jeszcze lepiej powierzchowność wywodów Rosiaka obrazuje następny fragment; „Konsekwencją takiej ideologii (zachowanie ekosystemu w niezmienionej formie, którą według niego głoszą obrońcy przyrody) jest absurdalne przekonanie, że człowiek woli uprawiać ziemię motyką i pługiem, a nie kombajnem, spać w lepiance, a nie w murowanym domu, prać ubrania w jeziorze, a nie w pralce, i pracować po 15 godzin dziennie za głodową pensję wyłącznie po to, by czuć się częścią natury.” Otóż to absurdalne ponoć przekonanie do pewnego stopnia (to zastrzeżenie jest ważne, bo nie chodzi o wesołą przekorę i jak zwykle pisze na serio) podzielam i też bardzo lubię pracować w ogrodzie motyczką, gdyby jezioro albo rzeka w moim mieście się do tego nadawała chętnie bym w nich może nie prał, ale choćby się kapał (gdyby nie spaliny nie musiałbym tego robić tak często jak obecnie) spanie w domu z gliny zamiast z betonu z radioaktywnych pyłów też nie brzmi najgorzej. Pozostaje jednak sprawa pensji i to głodowej za 15 godzin pracy. Tu mam kłopot, bo w epoce przednowoczesnej, a już tym bardziej w stanie natury ludzie wcale nie pracowali więcej niż dzisiaj, tylko mniej, nie trzeba w tym miejscu studiować prac o życiu Aborygenów, wystarczy zbadać ilość świąt w Średniowieczu, no a pensja? Chyba się Rosiakowi coś kompletnie pomieszało. I za bardzo uwierzył w nędzę tych co „żyją za mniej niż dolara dziennie” – cisza, czyste powietrze, czas na zabawę i odprawianie rytuałów są dzisiaj warte wiele dolarów. Gdyby dziennikarze Rzeczpospolitej wyskoczyli czasem ze swojego światka w salonikach á rebours to może zobaczyliby jak się żyje np. w Wałbrzychu, albo jeszcze lepiej zajrzeli do rocznika statystycznego i zobaczyli ilu ludzi wegetuje poniżej minimum socjalnego w 3RP, a ilu tak żyło w 1989r. (ich liczba wzrosła w ciągu około 20 lat z około 15% do 60%) Można by w tym miejscu skończyć i wzruszyć ramionami wobec potęgi ignorancji publicysty jednej z najważniejszych gazet 3RP. Jest to jednak typowy chwyt retoryczny lub w wypadku słabszych intelektualnie osobników błąd rozwojowców i dlatego warto poświecić mu nieco uwagi. Polega on z grubsza rzecz biorąc na tym, że porównań dokonują wybiórczo i często jako największe sukcesy podają złagodzenie skutków katastrof, które ów odmieniany przez wszystkie przypadki „rozwój” sam spowodował. Do nich właśnie należy owe 15 godzin za głodową pensję. Jakby Rosiak nie wierzył, że to się właśnie zaczęło wraz z nowoczesnością, to polecam nadrobienie zaległości z okresu szkolnego i lekturę takiego choćby Reymonta i jego Ziemi obiecanej lub żyjących bliżej bardziej zasobnego centrum cywilizacji Thomasa Hardy’ego czy Emila Zoli. Ten reymontowski tytuł to zresztą świetna metafora, bo postępowcy zawsze obiecują, że kłopoty i zaciskanie pasa, hałas, smród, spaliny czy radioaktywne wycieki do oceanu są chwilowe i aby kiedyś było lepiej to najpierw musi być gorzej – tak mówił Hilary Minc, tak mówiła pewna angielska paniusia na posadzie premiera i tak mówi Leszek Balcerowicz oraz komentatorzy ekonomiczni gazety Rzeczpospolita. A tak zwany rozwój, który Rosiakowi z ust nie schodzi, ma znajomą cechę, którą ponoć posiadał tak zwalczany przez jego kolegów z różowych stron Rzeczpospolitej socjalizm – dzielnie rozwiązuje problemy jakie sam stwarza. Tak samo ma być w okresie budowy tamtej gigantycznej tamy, która ma „rozwinąć” plemiona w Etiopii, choć początkowo może to nieco stresować ich członków.
Wróćmy jednak do kombajnu i motyki. Tu z kolei mamy do czynienia z innym zabiegiem. Całkiem niezły pług wynaleziono w Europie już w Średniowieczu, dopłaty do paliwa rolniczego utrudniają ten rachunek, ale porównanie efektywności sprzętu obsługiwanego przez konia do sprzętu napędzanego benzyną wcale nie jest jednoznaczne, to samo dotyczy efektywności roweru i samochodu w warunkach miejskich. A praca motyką w ogródku to nie kaprys zblazowanych bogaczy, ale zwykła ludzka potrzeba, zarówno psychiczna jak i materialna, wobec galopujących cen żywności, to drugie znowu nabiera znaczenia. Z perspektywy ogródków grillujących nowobogackich czy opiniotwórczych dzienników 3RP może tego jeszcze nie widać, ale w centrach naszej cywilizacji jak najbardziej i nie chodzi tylko o panią Obamę z jej warzywniakiem za Białym Domem, tylko o coraz szerszy na całym Zachodzie ruch społeczny przejawiający się choćby powrotem do uprawy działek (chyba motyki są także w użyciu) czy kupowania tak uprawianej żywności. W Niemczech jej udział dochodzi już do 20% całej sprzedaży. W Polsce jest to kilka, i nie 9, ale raczej 3. Doganiamy nowoczesność, ale tę z lat 60-tych ubiegłego wieku. To samo możnaby napisać o polskiej polityce transportowej, a raczej autostradowej made in 3RP. Nawet ubolewający nad stanem polskiego społeczeństwa posługują się metaforą, w myśl której mamy świetne samochody, ale fatalne drogi. To, że samo stawianie na indywidualną motoryzację kosztem kolei i transportu zbiorowego w miastach, zbliża cywilizacyjnie Polskę do slumsów Afryki zamiast do centrum Europy nie mieści im się w głowach.
Nowoczesny Zachód to według Rosiaka z jednej strony „zawsze krytykowanie międzynarodowe korporacje i banki” - te które budują tamy” i „międzynarodowe korporacje ekologiczne zatrudniające czasem tysiące wysoko opłacanych pracowników i reprezentujące (a jakże) interesy producentów bardzo konkretnych rzeczy, np. energii odnawialnej”. Te jak widać nie są „zawsze krytykowane” a banki nie zatrudniają „wysoko opłacanych pracowników”. Ekolodzy to w ogóle w ideologii prawicowych postępowców w rodzaju Rosiaka zło wcielone wymieniane jednym tchem z lewicowcami. Ich obraz jaki kreuje w swoim artykule sprowadza się do cwaniaków jeżdżących „piaszczystymi jeepami od wioski do wioski, pstrykając zdjęcia półnagich dziwolągów z tajemniczych plemion/…/ którzy potem wracają do swoich klimatyzowanych hoteli”. Inną cechą tych znudzonych bogaczy jest według Rosiaka wchodzenie w rolę „samozwańczych obrońców ludu” . Jego zdaniem ludzie chcą tego co on czyli "normalnego rozwoju" czyli chcą „żyć tak jak my żyjemy; mieszkać w ciepłych domach, jeździć samochodem i pracować w klimatyzowanych biurach.” No nie, to już wolałem gierkowskie „chcemy żyć i pracować w pokoju” dawało ono przynajmniej jakiś margines swobody. Jednak traktując te wynurzenia poważnie należałoby znowu autora tych stwierdzeń wysłać choćby w okolice Białowieży, gdzie obrońcy przyrody bronią puszczy przed lokalną społecznością, a jak mu niewygodnie to polecam postudiowanie walk o Tatry od międzywojnia poczynając – wtedy też byli tacy profesorowie dziwacy, co to chcieli zamienić Zakopane w skansen jakiś.
Jednak szczytem zła jakie czai się w duszach owych mitycznych ekologów, którzy nie uważają upowszechniania klimatyzacji i samochodu za szczyt radości jest hołdowanie „maltuzjańskim ideom” w których według Rosiaka człowiek „ze swoim instynktem odkrywcy i zdobywcy świata nie stanowi wartości, ale główne zagrożenie dla planety”. Otóż zdaniem Rosiaka „kolejne pokolenia dowodzą, że jego (Malthusa) teoria była całkowicie błędna” ten anglikański pastor był przeniknięty „nienawiścią do rodzaju ludzkiego”, a obrona jego opinii brzmi dzisiaj jak „obrona tezy, że ziemia jest płaska”.
Na dowód własnych jakże głębokich tez twierdzi Rosiak, że ludzi jest coraz więcej, a żyje im się coraz lepiej, przykłady tego to Indie, Chiny, Brazylia, część Afryki, no i oczywiście Polska. Tu właśnie mamy kłopot z faktami, bo to lepsze życie w Polsce wg danych GUS to najwyraźniej życie poniżej minimum socjalnego i powinno budzić podejrzenia co do rzetelności autora, co do pozostałych przykładów to państwa te korzystają póki co, jak w wypadku Brazylii, czy części Afryki z tego co było udziałem USA, Australii w XIX wieku - po prostu jest tam jeszcze sporo lasu do wycięcia, sawanny do zaorania, surowców do wydobycia, dzięki temu część ludzi może na jakiś czas poczuć się lepiej, o ile lokalne władze nie dadzą zabrać wszystkiego obcym koncernom. Jakość życia ludzi w Chinach to temat na osobną dyskusję, ale swoją względną prosperity zdobywają przede wszystkim dzięki dosyć efektywnemu w porównaniu do poprzedniego systemowi, radykalnemu ograniczeniu przyrostu naturalnego, no i kosztem tysięcy bezimiennych ofiar mordowanych np. przez deweloperów, chcących wg słynnej metafory Konrada Lorenza „rozwinąć ich teren”. Jednak jakie będą długofalowe skutki takiej polityki pokaże czas, choć już teraz slumsy w Indiach nie maleją, katastrofa jaką były ostatnie igrzyska wspólnoty brytyjskiej pokazała dobitnie, że problemy tego społeczeństwa są coraz większe.
Malthus, a raczej wyśmiewanie się z niego to w ogóle jeden z ulubionych argumentów rozwojowców. „Nienawiść” jaką ten bogu ducha winny duchowny miał odczuwać wobec rodzaju ludzkiego to oczywiście wymysł Rosiaka, a styl GW i ITI, tylko obiekt nieco inny, wspólnota cywilizacyjna jak zwykle okazuje się głębsza niż różnice polityczne. Tymczasem Malthus jako pierwszy dostrzegł, a przynajmniej wyartykułował we w miarę nowoczesny sposób rzecz oczywistą – zasoby Ziemi są skończone i prędzej czy później, a przy współczesnych tendencjach demograficznych i kulturowych prędzej, zacznie ich brakować. To, że podobnie jak autorzy kolejnych pesymistycznych raportów mylił się w szczegółach to prawda. Ale nie wynika to z tego, że jak twierdzi Rosiak „ilość surowców na ziemi nie jest stała” tylko z tego, że ludzkość jak każde stworzenie w sytuacji zagrożenia stara się bronić i przetrwać. Tych zdolności rzeczywiście Malthus nie docenił i biorąc pod uwagę stan wiedzy w jego czasach trudno się temu dziwić. Jednak przypisywanie mu nienawiści do rodzaju ludzkiego i postępu materialnego nie ma żadnych podstaw. Wręcz przeciwnie, Malthus obawiał się właśnie obniżenia materialnego poziomu życia, o ile cywilizacja będzie rozwijać się nadal drogą jaka zarysowała się w jego czasach. Na razie ludzkość broni się przy pomocy wycinania lasów, orania sawanny, budowania elektrowni atomowych, produkowania wyrobów jedzenioopodobnych, kopaniem i wierceniem coraz głębiej w poszukiwaniu resztek zasobów (znamienny casus ostatniej katastrofy w Zatoce Meksykańskiej). Na razie płacimy za to rosnącym lawinowo uzależnieniem własnego życia od lekarstw i technologii, życiem w coraz większym ścisku, a w konsekwencji niespotykaną dotąd agresją na każdym kroku, powrotem do barbarzyńskiego kultu młodości i siły fizycznej. Jak już nie wytrzymujemy to wyrzynamy się jak w peryferyjnej Rwandzie (motykami, a jakże), rabujemy w obliczu katastrofy jak w Nowym Orleanie, czy kradniemy z działki sąsiada jak w 3RP. Na razie jest według Rosiaka i rozwojowców dobrze, ale sposoby te przypominają drogę obraną w filmie „Człowiek z żelaza” przez pewnego redaktora, który przyciśnięty potrzebą potrafił alkohol wydusić nawet przy pomocy szmaty, jaką wycierał podłogę po rozbiciu ostatniej butelki. Pewno jeszcze coś wymyślimy; elektrownia atomowa koło Dębek, wypłuczemy ziemię z gazu łupkowego, samochody będą jeździć na biopaliwa, jedzenie wyprodukujemy w fabryce Cargilla bo pól zabraknie, itp. itd.
Tymczasem określani przez Rosiaka jako „entuzjaści powrotu człowieka do epoki kamienia łupanego” uczeni i członkowie ruchu na rzecz obrony życia na Ziemi chcą właśnie przynajmniej utrzymania obecnego standardu życia i jego jakości. W odróżnieniu od Rosiaka mogliby za Kurtem Vonnegutem powtórzyć, że nie wierzą, iż postęp czy inaczej mówiąc lepsza jakość życia, także w wymiarze materialnym polega na tym, że „sprzątaczka będzie do pracy podróżować rakietą”, a mówiąc prościej wolą miasto gdzie jeździ się tramwajem i rowerem niż samochodem czyli ciszę i czyste powietrze zamiast hałasu i spalin, wolą piękne krajobrazy i smaczną, zdrową żywność zamiast produktów firmy Smithfield i Monsanto. Między śmiercią z powodu malarii nad którą boleje Rosiak, a od której jego zdaniem ustrzeże Etiopczyków tama, a śmiercią na raka w obawie eutanazji do której prowadzi rozwój, o czym dyskretnie nie wspomina, jest bardzo duża przestrzeń, w niej żył Malthus i słusznie obawiał się że zaczynamy w szybkim tempie zbliżać się do jednej ze złych skrajności .
Jednym z kluczowych dowodów na „nienawiść” do rodzaju ludzkiego jaką ponoć odczuwają ekolodzy jest promocja środków antykoncepcyjnych i powiązanie działań na rzecz zmniejszenia liczby urodzeń z pomocą dla krajów ubogich. Tymczasem to nie żadna nienawiść, ale zdrowy rozsądek (choć osobiście za ekologiczne i najlepsze uważam naturalne metody regulacji płodności – tylko jak to ciemnym ludziom wytłumaczyć?). Bez opamiętania mnożą się wirusy, natomiast wszystkie wyższe zwierzęta ograniczają liczbę potomstwa gdy widzą, że brak pokarmu może prowadzić do osłabienia, a w konsekwencji zagrozić przeżyciu wszystkich, w niektórych przypadkach jak u naszych swojskich bocianów wyrzucają z gniazda, a de facto zabijają część, żeby uratować resztę. Brutalne, ale prawdziwe. Tylko, że nie oznacza to iż bocianami kieruje jak nakazywałaby nam sądzić logika á la Rosiak nienawiść do swojego gatunku, tylko instynkt mówiący, że jest to konieczne dla jego przetrwania. I czynią to przed, a nie po katastrofie, choć pewno nie mają swojego Malthusa ani swoich Kasandr. Na szczęście nie mają też jak widać Rosiaków.
Dramat dzisiejszej ludzkości nie polega na tym, że odeszła od epoki kamienia łupanego, wynalazła WC czy nauczyła się plombować zęby. Dramat polega na tym, że zatraciła instynkt samozachowawczy, który pozwala odróżnić bełkot o „humanizacji ziemi” – to też Rosiak, od zdrowego rozsądku, umiaru i wierności rozumowi. Te wszystkie starodawne cnoty podobnie jak pokorne, chrześcijańskie przekonanie o niedoskonałości człowieka (jego wyznawcy są pogardliwie zwani przez Rosiaka „wierzącymi w pierworodne skażenie człowieka samym sobą”) zostały w naszej epoce stłumione przez kiczowaty optymizm i „wiarę w geniusz człowieka” – jeszcze raz Rosiak. Tymczasem ludzie różni są, geniusze zdarzają się raczej rzadko, a nawet oni do różnych rzeczy są zdolni. W historii wiele było już katastrof ekologicznych, niektóre dotyczyły ludzi, inne zwierząt, jak dotąd miały lokalny zasięg, było wiec gdzie się przenieść i zacząć wszystko od nowa, tym razem wiele wskazuje na to, że może być inaczej. W centrum naszej cywilizacji jest to dostrzegane coraz wyraźniej – nie ukrywajmy także dlatego, że to ono pod względem jakości życia względnej, ale i bezwzględnej traci najwięcej. W nowobogackiej 3RP są to problemy niemal nie dostrzegane i polewane grubą warstwą słowotoku, w którym miłość ludzkości miesza się z odsądzaniem swoich oponentów od czci, wiary i patriotyzmu. (Sam Rosiak wielkodusznie proponuje zniesienie barier handlowych chroniących europejski rynek rolny. Ja małodusznie bym się zastanowił. Czyżbym więc był ekologiem prawicowcem?) Pozbawia to Polskę premii „późnego przybysza” , który mógłby uniknąć wielu błędów popełnionych przez tych, którzy do stołu zasiedli wcześniej. I choć publicystom formatu Rosiaka czy Ziemkiewicza trudno jest to zaakceptować, ale to właśnie oni swoją mieszanką ignorancji z arogancją wobec inaczej myślących przyczyniają się do zacofania Polski, choć z pewnością będzie to zacofanie „rozwinięte”, a kamień jako surowiec luksusowy zostanie w nim zastąpiony plastikiem.
Post scriptum
Niezbyt mnie interesują tego typu wydarzenia, ale jednak otworzyłem jakiś news we wstyd powiedzieć: „gazeta.pl” . Co tu kryć, w tym chamolandzie w jaki osuwamy się od 20 lat, przyjemnie chociaż z daleka popatrzyć na jakiś przykład dobrego gustu i elegancji. Na koniec relacji ze ślubu młodego księcia znalazłem takie zdanie: „A jednak ślub Diany i Karola, który odbył się 30 lat temu w równie ponurym krajobrazie gospodarczym, przyczynił się do poprawy nastrojów. Premierem była wówczas od dwóch lat Margaret Thatcher i podobnie jak teraz wyspiarze przeżywali czasy wielkich oszczędności i zaciskania pasa. Inflacja sięgała 14 proc., bezrobocie szerzyło spustoszenie w budżetach rodzin. Wkrótce po królewskim ślubie reformy konserwatystów zaczęły przynosić owoce, a ludzie uwierzyli w siebie. Na Wyspach obudził się duch przedsiębiorczości.”
Czyżby w międzyczasie znowu ten duch zasnął? A pas nie zacisnął się wystarczająco ciasno?


Komentarze
Pokaż komentarze