Odważne myślenie, nie mówiąc o intelektualnych prowokacjach to u polityków demokratycznych w ogóle, a u polityków III RP w szczególności rzadkość. A tu nagle minister Sikorski błysnął czymś naprawdę ciekawym i ważnym. Oczywiście spotka go za to potępienie i rytualny wniosek o postawienie przed Trybunałem Stanu czy czymś takim, ale każdy wie, że to tylko rytuał i nawet uśmiechu już to nie wywołuje, tylko wzruszenie ramion. Nikt się też szczerze nie oburza. Po prostu wiemy, czujemy to przez skórę, że już ponad 20 lat jak się staramy, tyramy coraz dłużej, w coraz gorszych warunkach, a tu nic, nie działa. Nie doścignęliśmy nikogo i dystans jaki nas dzieli od Czechów pozostaje taki sam, o dystansie do Niemców nie ma co mówić, bo to nadal nie dystans, to przepaść. I dlatego nikogo to w Polsce tak na serio nie oburza, oburza tylko tych co z oburzenia i podbechtywania różnych polskich oburzeń żyją. Grzmią więc opozycyjni posłowie, publicyści Springera i innych polskojęzycznych gazet, ale ludzie na dole jak w XVIII wieku po cichu myślą, a niech już Niemcy przyjdą i zrobią porządek z tym burdelem. Z publicystów nie zawiódł tylko Krzysztof Kłopotowski, choć on z kolei chyba Niemców moralnie idealizuje, ale o tym potem. Na razie musze się przyznać, że mnie też słowa ministra Sikorskiego wcale nie oburzyły.
Przeciwnie, rozmarzyłem się, że oto niemieccy policjanci oczyszczą chodniki, skwery i przejścia dla pieszych ze źle zaparkowanych samochodów, że oduczą Polaków wywożenia śmieci do lasu, spuszczania ścieków do rzeki, bandyckiej jazdy samochodem i bazgrania po murach, że w odróżnieniu od polskich policjantów nie będą mówić, że są bezradni wobec zwyrodnialców jeżdżących motorami po lasach, że polskie sędziny zmienią się w niemieckich sędziów, którzy zamiast wzywać tysiące biegłych wydają szybko sprawiedliwe i nie urągające zdrowemu rozsądkowi wyroki, że polscy prokuratorzy zaczną ścigać przestępców, że polscy prawodawcy zaczną tworzyć sensowne prawo, że do polskich miast powróci ład i planowanie przestrzenne, że Polska stanie się strefą wolną od GMO, że Niemcy nauczą naszych chłopców grać w piłkę, a działaczy oduczą kraść, że DB zastąpi PKP, że dobra szkoła zastąpi kolejne poronione reformy kolejnych nieuków, że polska telewizja publiczna stanie się jak niemiecka, że Niemcy nauczą Polaków czytać książki, a polskich dziennikarzy rzetelnie informować, marzyłem sobie i marzyłem, ale coś mi tu nie grało. Bo nagle przypomniałem sobie, że ci polscy dziennikarze pracują przecież w niemieckich gazetach i że te gazety takich właśnie ludzi zatrudniają, że to właśnie springerowska prasa ściga się z Agorą w atakach na polską szkołę i status nauczyciela, że szczuje nas na siebie nawzajem i podsyca w nas to co najgorsze – bezmyślność zwaną lekkomyślnością, histerię i tani sentymentalizm zwane uczuciowością, że w ogóle cały czas ogłupia tubylców ile tylko wlezie.
Zastanawiam się więc jak to wygląda z drugiej strony, bo ja tu sobie marzę, ale czy oni, Niemcy zechcą moich rodaków ucywilizować? Gdybym był Niemcem to zadałbym sobie co najmniej dwa pytania.
Po pierwsze - czy to możliwe?
Owszem przykład Wielkopolski pokazuje, że pozytywne ślady niemieckiej misji cywilizacyjnej mogą być długotrwałe. Jednak ten przykład pokazuje też, że Polacy są w stanie budować cywilizację jedynie wbrew komuś, na złość jakby. Widać to przy porównaniu poziomu Wielkopolski ze Śląskiem Opolskim – wiem o czym piszę, bo w obu tych regionach organizowałem kiedyś protest przeciwko budowie autostrad. W Wielkopolsce rolnicy sprawnie się zorganizowali, współpracowali z obrońcami Ziemi i wspólnie wywalczyli wysokie odszkodowania, na Śląsku opolskim powtarzali, że autobana musi być i bili brawo tubylczym oddziałom, na zlecenie niemieckich budowniczych bijącym obrońców przyrody. W dodatku XIX wieczne Prusy, a potem Niemcy szły szybko ku górze i aspirowały do rangi imperium w skali świata, a Wielkopolska to był tylko mały kawałek Polski i mała część Polaków. Dzisiaj choć Niemcy jakby się odradzały, to jednak w zglobalizowanym świecie to już nie ta liga, na razie nie mogą zniemczyć sporej ilości Turków, jakby do tego doszło 40 milionów Polaków… mógłby być kłopot.
Po drugie - to po co nam cywilizowanie Polaków?
Politycznie, gospodarczo, emocjonalnie i kulturalnie robimy tam już co chcemy. Nasze firmy, które nie mają co robić u siebie, budują im autostrady, bez sensu, oczywiście, ale Polacy dobrze płacą, a poza tym autostrady generują popyt na samochody, a my chcemy komuś sprzedać nasze kilkunastoletnie volkswageny. Trochę szkoda, że autostrady idą jak na Annaberg przez parki krajobrazowe, ale od kiedy jest UE to możemy już Polaków zmusić, żeby tego co u nich najpiękniejsze w swojej bezmyślności nie niszczyli, przykład Rospudy pokazał, że jest to możliwe. Być może uda się również obronić wybrzeże Bałtyku przed jak z typową dla nich dezynwolturą mówią „atomówkami”, a zasoby wód przed chemikaliami używanymi do wydobycia gazu łupkowego. Musimy też powstrzymać ich przed staniem się rozsadnikiem roślin GMO, bo my Niemcy dbamy o sprawy ciała, a dobre i smaczne jedzenie czyli rynek ekożywności osiąga u nas już 20%. I co tu kryć musimy tego pilnować sami, bo choć niemieccy zieloni od lat wspomagają polskich zielonych, to jednak na tych ostatnich nikt głosować nie chce, nawet jak mają pierwsze miejsca na listach mainstreamowej partii, ale trudno tego wymagać od czytelników Faktu czy Gazety Prawnej.
Znaczy to, że także w samych Niemczech reprezentowana między innymi przez część lewicy i zielonych opcja idealistyczna, nastawiona na pozytywne cywilizowanie Polaków jest słabsza, niż ta druga spod znaku Realpolitik. Angela Merkel ma ponoć w gabinecie portret Katarzyny Wielkiej, więc wydaje się prawdopodobne, że jako sumienna urzędniczka zapoznała się z historią i będzie wolała żeby w Polsce mieć swojego Rycha, Mira i Zdzicha, niż hodować Wawrzyniaków, Cegielskich i nie daj Boże Dmowskich, i jeszcze płacić za administrowanie tym wszystkim. No zresztą powiedzmy sobie szczerze, czy gdybyśmy byli na ich miejscu, to nie chcielibyśmy mieć za sąsiada kraju rządzonego przez ludzi, których w każdej chwili można skorumpować albo nacisnąć przy pomocy naszych dyskretnych, ale skutecznych służb, którego lud można podburzyć, a którego mieszkańcy kupują od nas stare rzeczy i jeszcze przyjeżdżają żeby zajmować się nocnikami naszych staruszków? Taki sąsiad to skarb, to jak wolna działka koło ogrodu.
Szkoda, w ogłoszonym w ostatnich dniach rankingu miast najlepszych do życia, w pierwszej dziesiątce aż trzy znajdują się w Bundesrepublice, kolejne 4 w krajach niemiecko lub po części niemieckojęzycznych. Już przez chwilę myślałem, że moje niemiłosiernie zasmrodzone królewskie (a jakże) miasto będzie drugim Monachium, Dusseldorfem, Wiedniem czy z cudowną domieszką francuskości Genewą, a tu klops. Będziemy nadal pielęgnującym własną tożsamość i czułym na punkcie honoru środkowoeuropejskim Jackowem.
Kontras


Komentarze
Pokaż komentarze (28)