Polscy sportowcy jak Polska – tak bardzo chcą, że im nie wychodzi.
Jak zwykle na wakacjach trochę sobie folguję i oglądam telewizję. Na szczęście po rocznej przerwie jest znowu nadawany „07 zgłoś się” i człowiek może sobie powspominać dawne czasy, kiedy to milicja nie bała się przestępców, a Plichtowie in spe otoczeni byli słuszną pogardą. No i te stosunki w pracy w milicji – nie spoufalający się, ale nie mobbujący, dyscyplinujący po ojcowsku pracowników szef… Boże. No, ale to tylko raz w tygodniu i do tego zbyt późno – na szczęście jest jeszcze „Daleko od szosy” i ponury, dobrze oddający realia III RP „Glina”.
Dominowały jednak transmisje z olimpiady. Właściwie dzisiejszy sport to en gros nic ciekawego – z jednej strony zawodnicy napakowani niewiadomo, a raczej z grubsza wiadomo czym, z drugiej zbyt doskonali i oderwani w swoich wynikach od możliwości zwykłego człowieka, by tenże człowiek mógł ich wyczyny traktować serio. W tym sensie wolę sporty kobiece od męskich, bo człowiek marzy sobie, że z tymi laluniami grającymi w siatkówkę, a nawet w nogę to by może jeszcze, a w swoich najlepszych latach na pewno, miał szansę.
Nasi sportowcy zawiedli. Nie byłoby w tym nic smutnego gdyby nasz rząd miał silne zakorzenienie w prawdziwych wartościach i stwierdził to co ja; czyli, że zawodowy sport w ogóle go nie interesuje, jak ktoś chce sobie psuć zdrowie dla pieniędzy to niech sobie psuje, a jak mu zagrają hymn narodowy to fajnie, ale jak nie, to też nic się nie stanie. My Polacy jesteśmy ponad tym, gdyż u nas wszyscy sami sport uprawiają dla przyjemności, a mądry rząd dba by obywatele mogli się zdrowo odżywiać, oddychać świeżym powietrzem, wypoczywać, mieli gdzie spacerować, pływać, biegać, żeglować, jeździć konno, grać w tenisa czy wreszcie pracować na działkach itp. Niestety jest zupełnie inaczej, więc nie możemy powiedzieć, że moglibyśmy, ale nam się nie chce. My bardzo, ale to bardzo chcemy, ale nie możemy, a to skazuje nas na to co najgorsze - na śmieszność. W tym sensie nasze wyniki na ostatniej olimpiadzie dobrze oddają naszą sytuację mentalno – cywilizacyjną na mapie świata.
Ponoć właśnie dlatego, że tak bardzo chcemy to nam nie wychodzi – autorytety zapraszane do wszelakich rozgłośni i studiów, nazywają to „niewytrzymywaniem presji” przez naszych reprezentantów – kłania się w tym wypadku seksuologia i psychologia. Presja wynika ponoć z oczekiwań kibiców, dmuchanych przez media balonów, Niestety nie mówi się o tym, że być może wynika z tego, że sportowcy, którzy zdobywają medale i to bez względu na ich kolor, mają zagwarantowane państwowe emerytury już od 35 roku życia. Współgrało to z dominującym od pewnego momentu igrzysk (dokładnie od tego kiedy wiadomo było, że niewiele na nich zwojujemy) akcentem na to, że liczy się bycie na podium, a nie kolor medalu. W obliczu kolejnych reform emerytalnych zdobycie medalu olimpijskiego jest dla Polaków jednym z niewielu sposobów na jak mówią „godne” życie.
Igrzyska pełne były także akcentów politycznych. Kto śledził brytyjskie media ten nie mógł nie zauważyć, że Brytyjczykom znów przypomniały się opowieści o narodzie wybranym bis, a sędziowanie niektórych dyscyplin nie odbiegało od tego, które co niektórzy pamiętają z Seulu – tam mówiono o azjatyckich kompleksach, które w końcu można było odreagować, tym razem mieliśmy do czynienia z kompleksami anglosaskimi. Nienajlepiej traktowano też Chińczyków i Rosjan. Tym bardziej cieszy sukces zbornej w siatkówce – dla mnie wart więcej niż osiem brytyjskich medali w kolarstwie torowym. Dla polskiej „prawicy" była to okazja do wyśmiewania się z niskiego wzrostu Putina honorującego sukces naszych sąsiadów. O tym, że w czasie igrzysk demolowano Syrię (to wstęp do zniszczenia Iranu), rutynowo masakrowano Afgańczyków nikt nie wspominał, bo to jeszcze bardziej psułoby i tak niewesołe nastroje.
Kontras


Komentarze
Pokaż komentarze