tom.my tom.my
56
BLOG

Donald mityczny

tom.my tom.my Rozmaitości Obserwuj notkę 2

Donald to był „pociąg do podróży”, zachodni produkt do obejrzenia także w witrynach co lepszych Pewexów. To była obietnica fantastycznej przygody: po odwinięciu papierka – na specjalnym dodatku ukazywała się oto złaknionym smakoszom–zbieraczom. I kształty – specjalne odkształcenia (rowki, koleiny) robiły na dzieciach wrażenia nieziemskie. Donald miał smak, kolor i zapach wyróżniające go spośród innych oferowanych produktów. Taki Donald był zazwyczaj miękki, choć bywało także, iż przekroczony termin ważności (nikt wtedy nie zwracał nań najmniejszej uwagi) utwardzał solidnie nasze najgumowsze cacko. Ale i tak, gdy brało się go w usta – wymiękał natychmiast. Bo stworzony był wprost do żucia.
 

A wtedy to było żucie! Nie tylko klasyczne – podpoliczkowe (oblepianie dziąseł, zagryzanie zębami mlecznymi, płaszczenie na podniebieniu, ubijanie językiem), lecz także niekonwencjonalne – poręczne (rozciąganie palcami tudzież całą dłonią). No i te balony! Robione na zewnątrz, ale także wewnątrz ustnej jamy strzelały unisono wniebogłosy, aż echo nieraz zbyt daleko niosło. Co tu dużo gadać: Donald to była poranka obietnica... Przeżuwany godzinami, dniami i nocami, tygodniami (bywało, bywało) nigdy nie nadawał się do wyrzucenia. Choć bez smaku już, a nawet obrzydliwy nieco, znajdował odpoczynek w specjalnym pudełku z napisem: „na czarną godzinę”.
 

Wstyd się przyznać, ale przedwczoraj nadeszła rzeczona godzina. Na strychu, podczas rutynowych poszukiwań wolnego miejsca dla rzeczy, które mogą-się-jeszcze-przydać, w jednej ze skrzyń z napisem „jeszcze nie wyrzucać” odnalazłem zszarzałe puzderko z napisem „na czarną godzinę”. Usiadłem (miałem nadzieję, że w środku znajdę ostatniego papierosa), potrząsnąłem skarbem, a kiedy nie odpowiedział żadnym z odgłosów, powoli odsunąłem drewnianą pokrywę. Przyświeciłem mocniej latarką, aby przyjrzeć się dokładniej swemu znalezisku. Nie trudno się domyślić (chociaż ja wtedy miałem problem z prawidłową identyfikacją), że to był jeden z przeżutych Donaldów. Przylepiona do dna pudełka błyszczała ciemnobrunatna kulka. Nie zapaliłem więc papierosa. Poszedłem do żony.
 

Moja żona jest realistką, ale też estetką: „Wywal te bobki bo mi jest niedobrze!”. A Donald rzeczywiście wyglądał jak prawdziwy bobek... 
 

Pomyślicie pewnie, że tak oto wyleczyłem się z sentymentów dziecięctwa, że taka konfrontacja wyidealizowanych wspomnień z rzeczywistością raz na zawsze dała mi nauczkę i wreszcie posłucham słów żony („Nie bądź taki sentymentalny”)? Mnie jednak trudno odrzucić cały bagaż wspomnień; jestem sentymentalny coraz bardziej – tak właśnie się starzeję. Owinąłem pudełko z bobkiem Donalda w dzisiejszą gazetę i zaniosłem do piwnicy. Tam rzadko kiedy ktoś zagląda.
 

A moje dzieci? Dzieciom będę opowiadać dalej jak zawadiacko było żuć gumę Donalda. O smakach, zapachach, kształtach, historiach nieziemskich. Może kiedyś, w przyszłości, któreś z nich nawet natknie się, podczas świątecznych porządków, na zawiniątko z trefną zawartością. Hmm... Czy zorientują się wtedy, że bobki w pudełku owiniętym w gazetę – to mityczny Donald?
 

tom.my
O mnie tom.my

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Rozmaitości