Na spotkaniu dziennikarzy z marszałkiem najlepszy był obiad. Niezbyt obfity i nie wiem, co to było, ale smaczne było. Poza tym wrażenia mam przykre i to nie z powodu tego, co planuje Ludwik Dorn. Tak jak przewidywałem, musiałem narazić się kumplom.
Kasia Kolenda-Zaleska nie przyszła - nie pozwoliły jej obowiązki służbowe. Było więc nas dziewięcioro: ósemka piszących w prasie papierowej, codziennej i tygodniowej, pełny przekrój polityczny od prawej do lewej - i ja. W zasadzie wszyscy byliśmy zgodni, że zamiary ograniczenia dziennikarzom swobody poruszania się w Sejmie są groźne. Ale diabeł zwykle tkwi w szczegółach, i tkwił także tym razem, na mą zgubę.
W szczegóły te nie wchodzę, bo spotkanie było off record, musiałbym też zamieścić dokładny plan Sejmu i zrobić długi wykład z sejmowych obyczajów. Powiem tylko, że na niektóre konkretne propozycje Dorna piszący zareagowali słowami: Tam i tak nikt nie chodzi. Zamurowało mnie, bo my, mieszkańcy Sejmu, reporterzy agencji, telewizji, radia i Internetu właśnie tam zdobywamy mnóstwo ważnych informacji.
Musiałem więc powiedzieć, co myślę o reprezentatywności spotkania i jak często widuje się w Sejmie dziennikarzy piszących. Choć autorem listy zaproszonych był marszałek, obraził się na mnie nie on, lecz reszta dziennikarzy. Dorn pozostał ich wrogiem nr 1, ale ja zostałem wrogiem nr 2. Mam tylko nadzieję, że chwilowo.



Komentarze
Pokaż komentarze (25)