Przetrwałem kolejny dzień lajfowania w ponad 30 stopniach, ale nie bez ofiar. Mówię o zbędnych przepychankach słownych, których byłem świadkiem lub uczestnikiem - aczkolwiek mniej lub bardziej mimowolnym. Jutro ma być cieplej i już truchleję.
Tuż przed siódmą pod gmach rządu podjechał niespodziewanie Zbigniew Religa, choć wg premiera miał nie brać udziału w rozmowach ze związkami służby zdrowia. Minister długo tłumaczył do kamer i mikrofonów, że o sprawach służby zdrowia - także zarobkach lekarzy - trzeba rozmawiać ze wszystkim związkami, choć OZZL odmawia rozmów o swoim strajku w takich warunkach. Zapytałem więc, czy zdarzyło się kiedyś, że na rozmowy o swoim kontrakcie zabrał swoją salową...
Powinienem się pewnie wcześniej przyjrzeć twarzy ministra: był blady jak ściana i chyba istotnie powinien był zostać w łóżku. Moje pytanie wzburzyło go ogromnie: pochylił się w moim kierunku i mocno podniesionym głosem przez kilka minut gromił mnie, że on zawsze myślał tylko o tym, jak podnieść poziom polskiej kardiologii, a nie o pieniądzach i kontraktach. Logika kazała mi zadać pytanie, czy takież podejście do spraw płacowych minister zaleca teraz wszystkim lekarzom. Profesor oburzył się jeszcze bardziej - jakby uważał, że dziś nie jest osobą publiczną i takich pytań nie zniesie.
Gdy ponad trzy godziny później rozmowy się skończyły, rzecznik rządu zorganizował briefing w hallu wejściowym. Już wicepremier Przemysław Edgar GosiewskiJak oni zaczął przemawiać, za nim stanął Religa, a czterej lekarze z OZZL jęli okrążać kłębek dziennikarzy. Odwróciłem się prosząc, by poczekali - odparli jednak, że nic mówić nie będą. Poprosiłem zatem o parę słów choćby off record, ale jeden z lekarzy (zmilczę, który) pociągnął resztę za rękawy: - [dziennikarze - KL] wolą słuchać Religi, to my idziemy. - I wyszli obrażeni, że media nie rzuciły się najpierw na nich.



Komentarze
Pokaż komentarze (42)