To będzie political fiction. No, prawie. Prawdopodobieństwo, że w Sejmie ziści się scenariusz, który przedstawię, jest znikome, ale niezerowe. Trzeba to brać pod uwagę, skoro Ludwik Dorn ma kontrkandydata - Bronisława Komorowskiego.
Dorn wydaje się mieć większość za sobą, więc Marek Jurek zgodnie z zapowiedzią podda pod głosowanie swą rezygnację i zostanie odwołany. W drugim głosowaniu w szranki staną Dorn i Komorowski. Drugi może raczej liczyć na całość PO, SLD i PSL. Na Dorna zaś LPR wciąż niby kręci nosem. Gdyby się wstrzymała, nikt nie dostanie bezwględnej większości, a jeśli Komorowski wyprzedzi Dorna choć o głos, do głosowania nr 3 zgodnie z regulaminem Sejmu stanie sam. Bezwzględnej większości znów nie dostanie, a wówczas p.o. marszałka zostanie wyznaczony na taką ewentualność przez Jurka - wicemarszałek Janusz Dobrosz z LPR!
Liderzy PiS nieoficjalnie zapewniali mnie, że się przed buntem LPR zabezpieczyli. Drogo to kosztowało? - zapytałem. - Nic - odparli. - Postraszyliście? - Nie było trzeba. - Nie wiem, w co wierzą: w samą umowę koalicyjną?. Ale przyznali, że mają scenariusz na wypadek objęcia rządów w Sejmie przez Dobrosza: Jurek na ich prośbę zarezerwował 30 kwietnia na dodatkowe posiedzenie Sejmu. Wtedy Dobrosz musiałby poprowadzić kolejne wybory maszałka.
Kumple dziennikarze moją teorię wyśmiali, ale sami trochę uwierzyli w inną, moim zdaniem jeszcze mniej prawdopodobną. Oparta jest na uśmiechu Donalda Tuska: wychodząc z Sejmu przed godziną, na zaczepkę, że Dorn to pewniak, zareagował zalotnie: Poczekajcie. Otóż jakoby PO negocjuje z Samoobroną parę głosów na Bronka i to on rzutem na taśmę miałby zostać marszałkiem. Wówczas wicepremier Przemysław Gosiewski w proteście przeniesie siedzibę rządu do Włoszczowy.



Komentarze
Pokaż komentarze (36)