Wszystkie media doniosły dziś w ślad za komunikatem PKP, że już na Euro 2012 mamy dojechać szybkimi pociągami. Ba, superszybkimi. Polskie koleje chcą za €380 mln kupić 20 składów TGV po 500 miejsc. Pojedziemy nimi jakoby z Warszawy do Krakowa, Katowic i Gdańska, każdą z tych tras pokonując w około dwie godziny.
Znamienne, że media nie zająknęły się, z jaką prędkością pojadą te nasze TGV. Zgodnie doniosły, że dziś na polskich torach rozpędzić by się nie mogły. Dziś na części Centralnej Magistrali Kolejowej (Grodzisk-Zawiercie) i E-20 (Warszawa-Kunowice) można jechać 160 km/h. Owszem, specjalny skład włoskiego Pendolino osiągnął na CMK nieco ponad 250 km/h. Najnowszy, podrasowanyTGV na trasie Paryż-Strasburg wyciągnął 575 km/h, ale jego prędkość eksploatacyjna to wciąż 320-330 km/h.
Czy można marzyć o takich prędkościach w Polsce? Przed 2050 r. raczej nie. Za drogo. Koszt budowy dwutorowej trasy jest porównywalny z kosztem budowy autostrady. Co kupują więc PKP? TGV? To skrót francuskiej frazy Train à Grande Vitesse. Pociąg Wielkiej Prędkości. Jeden skład najnowszego, piętrowego V150, zabierający 500 osób, kosztuje ok. 50 mln euro. PKP planuje coś w cenie trzykrotnie niższej.
Będzie to więc TVPPG: Train à Vitesse un Peu Plus Grande. Pociąg Nieco Większej Prędkości. Na miarę możliwości, à la polonaise. O prędkości podróżnej rzędu 250 km/h - starczą dwukrotnie słabsze silniki, oszczędzić można na systemie odbioru prądu, podwoziu itd. A i koszty uzdatniania torów będą dużo skromniejsze.
Z TGV nie będzie to miało wiele wspólnego, poza może wyglądem. A że zrobi to, jak rozumiem, Alstom, producent TGV? Może i dobrze - zna się na tym. Postęp będzie, choć nie przełom. I dobrze - naprawdę nie chcę wyśmiewać skromnych, ale może realnych planów. Niechby tylko media nie przesadzały.



Komentarze
Pokaż komentarze (66)