Matury maturami, ale przecież ten słynny egzamin dojrzałości jest dziś biletem na uczelnie wyższe. Dziś znowu mamy w mediach rankingi tych szkół, które mają przyszłość narodu zapewnić. Czy jednak naprawdę jest się z czego cieszyć?
Jakiś czas temu, gdzieś w okolicach Wielkanocy, pojawił się znowu temat upadania uczelni. Media mainstreamu znowu troszkę pozajmowały się likwidacją kolejnych szkół wyższych. Temat jak temat, jakoś tam ważny przecież, został jednak jak zwykle pokazany bardzo jednostronnie. Winą bowiem upadania tych placówek jest niż demograficzny. Nie jest ważne nic innego, tylko zwykły brak chętnych. Nie zgadzam się z tą argumentacją. Mamy do czynienia bowiem z początkiem pękania sztucznie napompowanego sektora gospodarki, produkującego magistrów w trybie fabrycznym.
W sumie nic dziwnego, że media pokazały temat właśnie tak stronniczo. Są bowiem tak samo winne obecnego tak zwanego załamania. Piszący przez lata – w tytułach różnych, Gazecie Wyborczej, Rzeczpospolitej, Wprost czy Newsweeku – kazali nam bowiem wierzyć, że nauka jest najważniejsza. I choć trudno się z tym nie zgodzić, to nie da się już bronić argumentacji tej tezy w wykonaniu naszych dziennikarzy. W ich rozumieniu nie chodzi w zdobywaniu wiedzy o jakieś wyższe cele, lepsze rozumienie świata a o zwykłe ustawienie się w życiu. Stąd rankingi popularnych kierunków, pisanie o przyszłościowych zawodach, kreślenie przed odbiorcami wizji nowej świetlanej przyszłości. Uczelnia stała się zwyczajną szkołą zawodową, która ma zapewnić pracę. Nie zapewnia? Winę ponosi głupi wybór młodzieży lub zły program nauczania. Nikt już nie mówi o tym, że studia powinny raczej dawać pewną wiedzę ogólną i że wcale nie oznaczają pracy w konkretnym zawodzie. Zresztą, kto ma pisać takie rzeczy, jak w tych mediach pracują ludzie wykształceni już w nowym systemie, który nigdy nie wpoił im nawyku samodzielnego myślenia? Jest pewien czas w roku i po prostu piszą zadane wypracowania, nie starając się niczego zrozumieć czy choćby rzetelnie przedstawić.
Same uczelnie nie są, oczywiście, bez winy. Jeśli dziś nie trzeba zdawać trudnego egzaminu wstępnego, bo z powodu słynnego już niżu trwa bitwa o młodych, to co mówić o poziomie nauczania. Jeśli już się zdobyło duszę, należy ją przeprowadzić przez wszystkie lata nauki, bo przecież skreślenie z ewidencji oznacza mniejsze wpływy od państwa. Poza tym przecież można zarobić na zorganizowaniu drugiej czy trzeciej poprawki, prawda? W efekcie pieniądze wyznaczają program studiów. Student nasz pan – oto hasło naczelne obowiązujące na polskich uczelniach. Jedni udają, że nauczają, a drudzy że się uczą, wszyscy są zadowoleni. Oczywiście do czasu, gdy tym drugim przyjdzie opuścić mury szkoły.
Tak, szkoły właśnie – proszę posłuchać języka dzisiejszych studentów. Już dawno nie zdarzyło mi się słyszeć innego określenia, nawet w odniesieniu do najstarszych uniwersytetów. Szkoły te pomagają rządowi uporać się z wysokim bezrobociem, oddelegowując rzesze młodych ludzi do bezużytecznych wprawdzie, ale choć nieco zajmujących czas zajęć. Dodatkowym zyskiem jest tania siła robocza dla biznesu, bo przecież zatrudnianie studentów się opłaca ze względu na niższe oskładkowanie. Nie mówiąc już o dziesiątkach tysięcy bezpłatnych staży, które służą jedynie jednej stronie.
W efekcie biznes się kręci, rosną majątki. Powoli jednak skrzecząca i dość ciemna rzeczywistość zaczyna wyłazić spod różowego lukru. Czy to ten rok będzie początkiem końca spekulacyjnej bańki, która nas tak bardzo ogłupiła? Niestety, przypuszczam jednak nie. Być może za rok dopiero.




Komentarze
Pokaż komentarze (4)