Siadam sobie czasem nieopodal domu na ławeczce na placu Kaliskim. Cień starych lip, stół do ping-ponga, kosz do porzucania piłki, ławeczki. Jednym słowem sielanka. Problem pojawia się w chwili, gdy chcemy coś zjeść lub wypić. Po konsumpcji zostajemy z opakowaniem w ręku, bo koszy nie uświadczysz. Dziwnie tak jakoś zaplanowano tę rewitalizację, która parę lat temu odnowiła placyk.
Co tam zresztą jakiś mały plac gdzieś na końcu świata, który nazywa się Złotniki, a nazwy tej nie zna jakieś 80 procent mieszkańców Wrocławia. Wiadomo, że są ważniejsze miejsca i potrzeby. Sam dobrze pamiętam, gdy musiałem na kogoś poczekać, a nie znoszę naszego Rynku i jego kiepskich restauracji. W poszukiwaniu ciszy wybrałem podwórko pomiędzy południową pierzeją a ulicą Ofiar Oświęcimskich. Niecałe sto metrów od Ratusza duże podwórko ma sporą piaskownicę, wiele ławek i nawet przyrządy do dziecięcych zabaw pochodzące z czasów słusznie minionego ustroju. Jedynie nie ma koszy na śmieci. Widocznie nasi projektanci i ich zwierzchnicy w urzędach wzorują się na Wersalu, gdzie toalet nie było. Wrocław i tu jest lepszy, bo u nas ani toalet ani koszy na śmieci.
Banalny temat? Pewnie i tak, ale przecież z takich banałów składa się nasza rzeczywistość. Brak koszy na śmieci, dziury w jezdni, brak lamp ulicznych, krzywy chodnik, brak przejścia dla pieszych czy ścieżki rowerowej to rzeczy proste na pozór, a tak często bardzo przecież trudne do zrealizowania. Najlepiej wiedzą o tym radni osiedlowi, którzy tak często są bezradni w starciu z urzędnikami. Bez pieniędzy, bez możliwości podejmowania decyzji, bez wpływu na to, co i dlaczego dzieje się w naszej najbliższej okolicy.
No właśnie – rady osiedlowe. Już w niedzielę wybory, a nikt z obywateli nic nie wie. Poza garstką kandydatów i ich rodzin brak zainteresowania. Miasto nie widzi żadnego powodu, dla którego miałoby się dzielić władzą. Dlatego stać nas na ulotki sławiące dokonania magistratu, ale nie stać na ogłoszenia w mediach. Spadającą frekwencję można bowiem obrócić na własną korzyść i zlikwidować rady osiedli w ogóle. Ludzie, jak pan Dutkiewicz, wywodzący się z ruchu obywatelskiego, dziś nie są zainteresowani w tym, by mieszkańcy mieli jakikolwiek udział w podejmowaniu decyzji. Widocznie spożywanie owoców władzy naprawdę uzależnia.
Kluczowym hasłem na dziś jest zatem frekwencja. To naprawdę nie zajmuje wiele – niedzielny spacer można połączyć z oddaniem swego głosu na kogoś, kto zainteresowany jest w słuchaniu swoich wyborców. Im wyższy szczebel tym z tą słyszalnością gorzej. I choćby tylko z tego powodu warto w tę niedzielę pójść na wybory. Kto nie pójdzie, może stracić tę szansę na całe życie.




Komentarze
Pokaż komentarze