Nie da się ukryć, że nadszedł wrzesień. Cisza i spokój, dzieciaki wreszcie zamknięte w klatkach. To znaczy – w klasach, oczywiście. Ciężki okres przed nimi, bo nauczenie się na pamięć wyglądu kluczy to nie jest prosta rzecz. Zapytajcie znajomego ślusarza.
Ciekawi mnie lament nad zmianą kanonu lektur szkolnych. Śmieszą wręcz do rozpuku przytaczane wypowiedzi podobno zaniepokojonych nauczycieli języka ojczystego. Nie, nie dlatego, bym uważał że czytanie jest zbędne. Ale czytanie pod przymusem jeszcze nikogo niczego nie nauczyło. Poza nienawiścią do książek, oczywista.
Nauczyciele martwią się w mediach, ale to zmartwienie przypomina mi troskę o dobro publiczne prezentowaną przez polityków. Z prawdą lub chociaż czymś do niej zbliżonym nie ma to nic wspólnego. Moja niewiara wynika z prostego doświadczenia – przerabianie Krzyżaków z I klasą gimnazjum pokazało mi w kilka minut, że książkę przeczytało jakieś 3 osoby. A klasa liczna standardowo, czyli w okolicach trzech dziesiątek. Reszta albo oglądała film albo zupełnie nie była zainteresowana czymś, co nie jest modne. Jeśli jacyś nauczyciele naprawdę wierzą, że uczniowie w gimnazjum lub liceum pasjonują się przemianą księdza Robaka czy innego Kmicica, to szczerze gratuluję optymizmu.
W moim świecie młodzież ogląda ekranizacje lektur i czyta streszczenia. Nawet zresztą nie streszczenia, a bryki. Nikogo nie obchodzą losy trudnej miłości tej czy innej pary lekturowych kochanków, ukazywanych na tle przełomowych dla narodu losów. Czytają jedynie gotowe odpowiedzi na odwieczne pytania o „wymowę”, „charakterystykę”, „pokrzepienie serc”. Nie rozumieją nic, bo zresztą na rozumienie nie ma tu już miejsca. Ma być wyklepanie tego, czego się belfer jeden z drugim spodziewa, a pani minister aprobuje.
Tak naprawdę problem w dużej części dotyczy zatem nauczycieli właśnie. Dużo trudniej będzie nauczycielom przestawić się na Tolkiena, jak mają w głowach schematy i regułki z Mickiewicza czy Sienkiewicza. Wysiłek, jaki trzeba będzie podjąć, na pewno nie będzie mały. Zatem protestują, wyrażają zaniepokojenie. Dla dobra młodzieży, ma się rozumieć.
Kanon ma to do siebie, że ma trwać, mówią jedni. Szkoła, oparta o XIX wiek, musi mówić jednokierunkowo, a proces pedagogiczny wynika z opanowania wcześniej przyjętych założeń. Efekty widać gołym okiem. Wielu tęskni za dawnymi czasy, ale nie zdaje sobie sprawy, że nie ma do nich powrotu. Nie chodzi tylko o zmianę instytucji szkoły, choć nawet i tutaj zaszły pewne nowinki. Chodzi raczej o to, że świat się zmienił. A do tego dopuściliśmy właśnie my, już dorośli. Nikt inny nie zrobił tego za nas. Porzućmy więc może obłudne żale i zacznijmy dla odmiany myśleć. Nikogo nie oburza postępująca komercjalizacja szkoły, obniżanie kosztów poprzez zagęszczanie klas i zajęć, nieustanne zmiany programu. Nikt się nawet słowem nie zająknie o tym, że wychowanie kuleje choćby i z tego względu, że rodzice pracują po kilkanaście godzin na dobę. Nie, najważniejszą sprawą jest kilka książek, których często sami rodzice nie zdołali w swoim czasie skończyć. Gdyby bowiem skończyli, to poleciliby je dawno swoim pociechom. Bez żadnego bata w postaci spisu lektur.
Darujmy sobie zatem lamenty nad tym, jak to władza ogłupia nam młode pokolenia. Nie pytajmy też o to, co szkoła daje naszym dzieciom do czytania. Dajmy im my kilka książek, porozmawiajmy o nich, a zrobi to więcej dobrego niż głupie odtwarzanie corocznego spektaklu, w którym wszyscy grają narzucone role i zachwycają się nad czymś, co ich w ogóle nie zachwyca. Bo jak zachwyca, jak nie zachwyca?




Komentarze
Pokaż komentarze