To jest rewelacja, której nie zdążyłem odnotować w poprzedniej notce. Okazuje się, że śledczy MAK bardzo dobrze znają polskie realia i wiedzą, że w zidiociałej Polsce można sprzedać wszystko. Mógł Jarosław Kaczyński złowrogo milczeć o katastrofie smoleńskiej w trakcie kampanii prezydenckiej? Mógł! No to dlaczego nie mógł milcząco naciskać na pilotów jego ś.p. brak Lech?
"Nie ma śladów zapisu, że prezydent Lech Kaczyński polecił lądowanie w Smoleńsku" - tak mniej więcej oświadczył Aleksiej Morozow, nomen omen szef komisji technicznej MAK. Ale od czegóż jest (socjo)technika MAK? Dodał zatem, że sama obecność prezydenta wystarczyła, by piloci poczuli tak duże naciski, że podjęli się misji samobójczej.
Okazuje się zatem, że samolot z prezydentem (premierem) na pokładzie powinien latać wyłącznie w stanie idealnym i w idealnych warunkach atmosferycznych. A najlepiej, gdyby samolot rządowy latał pusty, zaś prezydent (premier) równolegle jechał samochodem. No tak, ale skąd wziąć całkowicie odpornego na naciski kierowcę?


Komentarze
Pokaż komentarze (8)