46 obserwujących
1193 notki
662k odsłony
  806   0

BODNAR: Doda a elity

Kiedy przeczytałem o oskarżeniu Doroty „Dody” Rabczewskiej z art. 196 kodeksu karnego z powodu udzielonego przez nią wywiadu, nie mogłem uwierzyć, że prokurator potraktował jej słowa poważnie. Wywiad nie należał do najmądrzejszych, być może był jakąś nieudolną próbą prowokacji czy zwrócenia na siebie uwagi szerokiej publiczności i lokował się w kalendarzu Dody gdzieś między kolejnym koncertem a wspomnieniami ze związku z Radkiem Majdanem. W każdym bądź razie działania prokuratury mocno mnie zdziwiły.

Skoro już jednak sprawa się toczyła w sądzie, to z obowiązku zawodowego (ale też i dla przyjemności) czytałem krótkie reportaże sądowe autorstwa redaktora Bogdana Wróblewskiego, publikowane w „Gazecie Wyborczej”. Słynie on z ciętego języka i inteligentnego spojrzenia na rzeczywistość, więc możliwe było poznanie z pewnego dystansu przebiegu tej sprawy: o tym, jak sąd analizował, czy naprawdę autorzy Biblii mogli być napruci winem i czy palili zioła, a także jak Doda próbowała pojednać się z oskarżycielami posiłkowymi w procesie – w tym ze znanym tropicielem sekt Ryszardem Nowakiem. Czytając te teksty, miałem wrażenie obcowania z farsą, która wkrótce skończy się uniewinnieniem.

Jakie było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałem się o wyroku skazującym Dodę na karę 5 tysięcy złotych grzywny. O wyroku powiedział mi dziennikarz polskiego oddziału BBC. Jeżeli BBC interesuje się polskimi sprawami sądowymi, to znaczy, że zdarzyło się coś niecodziennego. Dziennikarz ów nie mógł ukryć swojego zdziwienia i dawał do zrozumienia, że taki wyrok nie mógłby zapaść przed sądami brytyjskimi. Siłą rzeczy mój komentarz był także krytyczny.

Co ciekawe, następnego dnia komentatorzy naszego życia publicznego nie rzucili się do krytykowania wyroku w sprawie Dody. Pojawiło się raptem kilka artykułów, a komentarze były nad wyraz oszczędne. Z kolei w rozmowach ze znajomymi z „branży” praw człowieka pojawiały się zarówno głosy krytykujące wyrok, jak i bardziej wstrzemięźliwe – starające się doszukać racji w skazaniu jej za obrazę uczuć religijnych.

Zastanowiło mnie, skąd bierze się takie podejście. Dlaczego Doda nie jest traktowana w ten sam sposób, co inne osoby skazane na podstawie art. 196 kodeksu karnego. Jak osoby, które stały się wręcz modelowymi przykładami walki o wolność słowa (jak np. Dorota Nieznalska). Czy nie bierze się to czasami stąd, że trudno jest bronić wypowiedzi niemądrych, które nie stanowią o głębi umysłu osoby komentującej rzeczywistość? Czy nie jest to wynikiem tego, że elity nie lubią się zadawać (a co gorsza identyfikować) z przedstawicielami kultury masowej, którzy wykorzystują każdą okazję do prowokacji? Przecież niezależnie od oceny jej osoby została ona skazana za popełnienie przestępstwa. Oczywiście 5 tysięcy złotych to nie jakaś poważna kwota dla Dody. Liczy się jednak samo skazanie, a więc uznanie jej słów za przestępstwo oraz że nie mieściły się one w granicach wolności słowa.

W tym kontekście przypomniała mi się postać Larry’ego Flynta, słynnego amerykańskiego skandalisty, wydawcy „Hustlera”. Jego działalność, a szczególnie wyjątkowo niesmaczne rysunki satyryczne obrażające wszelkie świętości i autorytety, stawała się wielokrotnie podstawą procesów sądowych. Najsłynniejszy proces dotyczył zniesławienia pastora Jerry’ego Falwella i został przedstawiony w filmie Miloša Formana „Skandalista Larry Flynt” (The People vs. Larry Flynt). Sprawa dotarła aż do Sądu Najwyższego, który uznał, że rysunek satyryczny nie powinien być traktowany nadmiernie poważnie i korzysta z ochrony konstytucyjnej. Larry Flynt przekonując sędziów, wypowiedział zdanie, które przeszło do annałów wolności słowa: „Jeżeli Pierwsza Poprawka chronić będzie takiego śmiecia jak ja, to będzie ona chroniła nas wszystkich. Bo ja to ten najgorszy” (If the First Amendment will protect a scumbag like me, then it will protect all of you. Because I’m the worst).

Możemy nie lubić Dody, możemy zżymać się z powodu jej scenicznych strojów i środków ekspresji; możemy nie lubić jej wynurzeń na temat seksu, możemy uważać jej zachowania za tanią prowokację; możemy uważać, że nie powinna nam zajmować czasu swoimi przemyśleniami na temat Biblii i dinozaurów. Ale to nie oznacza, że w świetle prawa udzielony przez nią wywiad ma być traktowany jak obraza uczuć religijnych, a sąd ma się w jej słowach doszukiwać jakiejś racjonalności. Wolność słowa odnosi się nie tylko do wypowiedzi osób należących do elit, uprawiających sztukę, naukę czy dziennikarstwo. Wolność słowa nie dotyczy tylko wypowiedzi poważnych i przemyślanych. Dotyczy także satyry, głupiego komentarza czy nawet obscenicznych rysunków drukowanych w pismach dla dorosłych.

Jeżeli Doda postanowiła podzielić się ze społeczeństwem swoimi teologicznymi wnioskami, a media chciały to drukować, dajmy im szansę. A następnie albo tego nie czytajmy, albo wzruszmy ramionami. Bo wolność słowa oznaczać może także obojętność państwa i społeczeństwa na niektóre wypowiedzi. Jeśli na scenę wkraczają jednak prokuratura i sąd, wtedy należy się niepokoić. Jeżeli sąd skazuje, to należy bronić także Dody, choć może być ona całkowicie „nie z naszej bajki”. Od jej wolności zależy bowiem nasza wolność – tak jak mówił Larry Flynt.

* Adam Bodnar, wiceprezes zarządu Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka oraz adiunkt w Zakładzie Praw Człowieka WPiA UW.

** Tekst ukazał się w Kulturze Liberalnej z 14 lutego 2012 r. (nr 162) w ramach Tematu TygodniaDoda, czyli co wolno powiedzieć. Więcej tekstów - Łukasza Pawłowskiego, Dominiki Kozłowskiej, Ireneusza Kamińskiego i Katarzyny Hołdy - CZYTAJ TUTAJ

Lubię to! Skomentuj11 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale