"Kiedy zaczynam pisać, mam wrażenie, że korzystam z jakiejś innej części mózgu i tam zawsze włącza się poczucie humoru. Jestem dużo zabawniejsza i mądrzejsza, kiedy piszę. Chciałabym być taka na co dzień - mieć dystans, widzieć rzeczy w ich właściwym rozmiarze. Poza tym uwielbiam ten taniec pomiędzy smutkiem i śmiechem, bo myślę, że życie takie jest." Elif Şafak
Myśl, jak myśl - nie oddaje ona jednak transferu pomiędzy moim mózgiem a moim piórem.
Ze mną jest odrobinę dziwniej - rozpoznaję siebie w literach spływających z mej dłoni. Nie w tym sensie, że to ja... to faktycznie ja. To jest coś w rodzaju przebudzeń, iluminacji, rozkodowań.
Ktoś zapyta - no jak to? Zanim atrament - to ukrwiona część ciebie.
Ale tak też uczyłam się do egzaminów.
Cokolwiek przeszło przez moją dłoń - dopiero wtedy mocno zadomowiło się w jaźni.
A jeszcze ciekawiej robi się wtedy, gdy nie rozpoznaję swoich tekstów. 100% autorskich.
Lata temu kazanie na mszy - czytane i jak w jakimś koszmarze, tak koszmarze - zaczynam tamować oddech, czuję, że płonę - bo coś znajomego.
Nie, nie moze być...a jednak.
Ależ się wkurzyłam.
Ks Marek Trzeciak, bez konsultacji ze mną... odczytał na kazaniu moją pracę zaliczeniową - studium o grzechu.
Pół biedy, że bez konsultacji, uzgadniania, ale to był tekst pisany na kolanie, z presją deathline.
W tamtych dniach umierałam z obawy, że gilotyna obowiązkowej matury z matmy zetnie mój życiorys.
Wstyd, ale pracę końcową z religii potraktowałam po macoszemu.
Po tamtej mszy ks. Marek biegł za mną, bo nie chciałam z nim rozmawiać. Ze wstydu, z mojego wstydu.
Złapał mnie za rękę ze słowami, że musiał, że świetna i takie tam...
I potem stało się to, co najbardziej mnie zaszokowało.
Czytam ją ponownie i chyba nawet fizyczny ból - to nie ja pisałam. Nie, no rozpoznaję te zdania, frazy, ale to nie mogłam być ja. To obcy tekst, nowa lektura.
Żadnego megalomańskiego klimatu. To tak jakby Wam pokazano fotografię ze słowami, że Wy na niej jesteście, no ktoś tam faktycznie jest, może jakieś minimalne podobieństwo, ale do diaska to nie Wy.
Nawet z lekka mnie to wystraszyło, żeby człowiek nie miał świadomości, pełnej co pisze..
Nie, nie..żadne procenty - w tamtym okresie nie wiedziałam w ogóle co to jest alkohol..
Nie powiem, że często - ale jeszcze kilka razy zdarzyło mi się "nierozpoznanie" własnego tekstu. Którego zresztą nigdy bym się nie powstydziła.
Nie jestem ani głupsza, ani mądrzejsza od tego, co piszę.
Ale lubię te rzadkie momenty, kiedy w tekście poznaję - jak świeżo spotkaną - dziewczynę. Mnie.
Nie wiem jak to wyjaśnić. Może istnieje - nie zawsze czynna - szczelina pomiędzy premedytacją werbalizacji a baraszkującą w niej podświadomością na wychodnym.
Te zdarzenia uświadomiły mi jedno.
Nie wszystko wiem o sobie i zapewne do śmierci tak będzie.
Ale jeśli rozrasta się kapitał tej wiedzy, samoświadomości - to poprzez werbalizację siebie. Nie zawsze, wręcz rzadko - ale jednak...
Inne tematy w dziale Rozmaitości