W środę zeszła w Tatrach nad Morskim Okiem lawina. Zginęło trzech młodych ludzi. Wiadomość jak wiadomość, wiadomo góry są niebezpieczne, młodych ludzi tam coś ciągnie. Raz na jakiś czas słyszymy o ofiarach. O ofiarach pożarów, wypadków, morderstw, lawin, powodzi, wojen, zabłąknych kul w Afganistanie.
I oglądamy to beznamiętnie, dociera to do nas jak brzęczenie muchy, taki jest natłok tych śmiertelnych wieści. Przestają robić na nas wrażenie.
Przestają. Dopóki nas w jakiś sposób nie dotkną. Wtedy dociera do nas, co taka śmierć naprawdę oznacza. Osierocone dzieci, rodzice w rozpaczy, ludzie pozostawieni bez środków do życia...
W tej lawinie, jak się przed chwilą okazało zginął syn znajomych. I ta wiadomość nabrała nagle zupełnie innego, tragicznego, beznajdziejnego i rozpaczliwego wymiaru. Każda z pozostałych wiadomości podawanych w telewizji jest podlana tragizmem i rozpaczą.
My widzowie podlegamy zjawisku znieczulicy. To stare słowo. Używane już za komuny. No tak, ale 30 lat później sprzedaje się tylko czarna informacja. Słysząc o zabitych, o ofiarach wypadku autokaru wzruszamy ramionami. O, kolejny... Bo w końcu ile można przez brzuch przepuszczać takich wiadomości? Stosujemy mechanizmy obronne - ową znieczulicę.
I znowu media są winne. Bo powinniśmy się przejmować, bo to są prawdziwe tragedie. Ale jeśli dzienniki pokazują ofiary każdego pożaru i wypadku samochodowego, to nikt nie ma tyle siły, żeby przepuszczać wszystkie te wypadki przez swoje emocje. Pozostaje tylko modlić się, żeby te sytuacje nie dotykały nas samych.


Komentarze
Pokaż komentarze