K.Jastrzębski
K.Jastrzębski
Lalup Lalup
61
BLOG

Jak rodziła się nienawiść, część 5

Lalup Lalup Społeczeństwo Obserwuj notkę 1
Do tej pory opowiadałem tę historię przede wszystkim sam. Z dokumentów, książek, rozmów, własnych obserwacji i relacji ludzi, których spotykałem w Anglii. Próbowaliśmy razem cofnąć się do czasów Kompanii Wschodnioindyjskiej, zobaczyć narodziny indyjskiego ruchu niepodległościowego, podział subkontynentu, pierwszą wojnę o Kaszmir i kolejne konflikty, które sprawiły, że linia narysowana kiedyś na mapie stała się jedną z najbardziej niebezpiecznych granic świata.

Raj, którego nie było

Tym razem postanowiłem zrobić coś innego. Usiadłem naprzeciwko mojego syna. Był w Kaszmirze. Przyjechał tam z kamerą, rozmawiał z mieszkańcami, spotkał ludzi, którzy żyją w samym środku konfliktu. Powstał z tego film dokumentalny. Nie będę więc udawał, że prowadzę rozmowę z anonimowym rozmówcą. To mój syn. I właśnie dlatego ta rozmowa będzie inna. Nie chcę pytać go o historię, którą można znaleźć w książkach. Chcę wiedzieć, co zobaczył tam jako człowiek. Co go zaskoczyło? Czego bali się ludzie? Czego chcieli dla swoich dzieci? Czy nienawidzą Indii? Czy nienawidzą Pakistanu? A może najbardziej nie znoszą sytuacji, w której ktoś każe im wybierać? I wreszcie - czego bał się on sam? Zapytałem go najpierw o pierwsze wrażenie: „Co najbardziej cię zaskoczyło?”. „Nie było turystów” - odpowiedział.

Srinagar, miasto, które powinno żyć z turystyki. Miejsce słynące z jeziora Dal i pięknych łodzi mieszkalnych, które przez dziesięciolecia przyciągały ludzi z całego świata. Tymczasem mój syn zobaczył przede wszystkim pustkę.

Łodzie były, ale bez gości 

Najbardziej zapamiętał właśnie je. Piękne houseboaty, przygotowane dla turystów, w których często siedzieli tylko ich właściciele. Ten obraz powiedział mu o Kaszmirze więcej niż niejeden podręcznik. Bo wielka polityka ma czasami bardzo prosty wymiar. Są turyści - jest praca. Nie ma turystów - nie ma z czego żyć. Zanim jednak zobaczył Srinagar, musiał do niego wjechać. Podróżował z koleżanką pochodzącą z Indii. Ona miała indyjskie obywatelstwo. On Europejczyk. Różnicę zauważył natychmiast. Kontrole na lotnisku były znacznie bardziej szczegółowe w jego przypadku. Dokumenty, bagaż, kolejne sprawdzenia. Nie doszło do żadnego dramatycznego wydarzenia. Ale właśnie takie sytuacje czasami najlepiej pokazują atmosferę miejsca. Przyjechał z kamerą. Wygląd Europejczyka wystarczył, by wzbudzić czujność żołnierzy. Nie wiedział jeszcze, jak bardzo będzie musiał uważać.

Później powiedział mi, że najbardziej bał się tego, że podczas jednego z wielu filmowanych protestów jakiś żołnierz zabierze mu kamerę, oskarży go o szpiegostwo i zamknie w więzieniu. To była jego pierwsza lekcja Kaszmiru. Podczas jednego z protestów filmowanie przestało być zwyczajną pracą.

Mój syn i jego towarzysze zauważyli, że wojsko zaczyna kierować się w ich stronę. Nie wiedzieli, czy żołnierze zainteresowali się właśnie nimi. Nie czekali. Uciekli. W filmie zostały jednak obrazy protestu. I chyba właśnie wtedy zwykła ciekawość zamieniła się w coś więcej. Bo kiedy człowiek zaczyna się zastanawiać, czy za kilka minut ktoś może odebrać mu kamerę i potraktować go jak podejrzanego, przestaje być zewnętrznym obserwatorem. Zaczyna rozumieć choć odrobinę, co znaczy żyć w miejscu, w którym trzeba uważać na każdy ruch.

Zapytałem więc o ludzi, z którymi rozmawiał. O zwykłych mieszkańców. Czego właściwie chcieli? Odpowiedź była zaskakująco prosta. Możliwości spokojnego życia, wolności, życia bez strachu. To nie brzmi jak program polityczny. To brzmi jak marzenie człowieka, który chciałby po prostu wychować dzieci. Im dłużej rozmawialiśmy, tym wyraźniej pojawiał się problem, którego nie da się zamknąć w prostym podziale na Indie i Pakistan.

Mój syn mówił, że wielu mieszkańców Kaszmiru otwarcie nie akceptuje hinduskiej władzy. Dla części z nich właśnie sprzeciw wobec Indii stał się podstawą ruchu oporu.

„A Pakistan?” - zapytałem. Tutaj odpowiedź była inna. Nie spotkał się z podobną niechęcią do tego państwa. Z jego rozmów wynikało raczej, że część mieszkańców widzi swoją przyszłość w przyłączeniu do Pakistanu, inni chcieliby niepodległości. I właśnie tutaj zaczyna się największy paradoks. Kaszmir nie ma jednej odpowiedzi. Jedni chcą Pakistanu, inni niepodległości. Jeszcze inni chcieliby po prostu normalnie żyć. A nad wszystkimi tymi odpowiedziami ciągle wisi pytanie, którego przez dziesięciolecia nie udało się rozwiązać: czy mieszkańcy Kaszmiru kiedykolwiek będą mogli sami zdecydować o swojej przyszłości?


Dzieci nie dziedziczą map - dziedziczą strach

Czego najbardziej bali się ludzie, z którymi rozmawiałeś? „Opresji” - odparł.


Nie usłyszał od nich niczego, czego nie byliby gotowi powiedzieć przed kamerą. Ale w ich odpowiedziach powtarzało się coś, co trudno nazwać wyłącznie polityką. Chcieli, żeby ich dzieci mogły żyć spokojnie. Bez strachu, ciągłego napięcia. Bez konieczności zastanawiania się, kto stoi za następnym posterunkiem, kiedy zostanie zamknięta droga i czy człowiek, który rano wyszedł z domu, wróci wieczorem.

Właśnie wtedy pomyślałem o tym, co pisałem wcześniej. O dzieciach, które nie pamiętają pierwszej wojny. Nie pamiętają Hari Singha. Nie pamiętają pierwszych samolotów lądujących w Srinagarze. Nie pamiętają wojny z 1965 roku ani podpisania porozumienia w Simli. Pamiętają za to żołnierzy, kontrole, nieobecnych ojców, zamknięte szkoły. I strach. Wojna nie musi być wspomnieniem, żeby być dziedziczona. Czasami wystarczy, że dziecko dorasta w jej cieniu.

W filmie pojawia się kobieta, której mąż został zatrzymany. Dla państwa jest to kolejny przypadek zatrzymania człowieka podejrzanego o działalność przeciwko władzy.

Dla niej to zupełnie inna historia. Dzieci pytają, kiedy wróci ojciec. Ona nie potrafi odpowiedzieć. Rodzina musi organizować pieniądze na pomoc prawną, wizyty i codzienne życie. Nieobecność jednego człowieka zaczyna organizować życie wszystkich pozostałych. I nagle wielkie słowa - konflikt, bezpieczeństwo, terroryzm, separatyzm, wojsko, państwo - przestają wystarczać. Za każdym zatrzymaniem jest ktoś, kto czeka. Za każdym zabitym - ktoś, kto płacze. Za każdym człowiekiem, który znika na lata - rodzina, która przez te lata musi żyć dalej. To jest ta część wojny, której nie pokazują mapy.

Zapytałem też mojego syna, czy konflikt w Kaszmirze jest przede wszystkim religijny. Odpowiedział: „W dużej części tak”. I trudno tę odpowiedź całkowicie odrzucić.

Przez dziesięciolecia polityka, religia i narodowa tożsamość zaczęły się splatać tak mocno, że dziś często trudno powiedzieć, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie.

Dla części mieszkańców sprzeciw wobec Indii jest jednocześnie sprzeciwem wobec hinduistycznego państwa.

Dla części bojowników konflikt stał się walką religijną. Dla Pakistanu pozostaje również elementem jego własnej tożsamości i historii. A dla Indii Kaszmir jest częścią państwa, której utraty nie zamierzają zaakceptować. Tylko że pomiędzy tymi wielkimi narracjami nadal pozostaje człowiek. Człowiek, który chciałby wiedzieć, czy jutro otworzy sklep. Czy dziecko pójdzie do szkoły. Czy mąż wróci do domu. Czy będzie mógł powiedzieć głośno to, co naprawdę myśli.

A czego bał się mój syn? To pytanie zostawiłem na koniec. Nie chciałem pytać o geopolitykę. Chciałem wiedzieć, czego bał się jako człowiek. Odpowiedź już znałem: Kamera, wojsko, oskarżenie o szpiegostwo. I więzienie.


Ale był w tej odpowiedzi jeszcze jeden szczegół, który wydał mi się ważniejszy od wszystkich pozostałych. Bał się czasami po prostu robić nagrania. Człowiek przyjeżdża do obcego kraju, żeby obserwować rzeczywistość. A potem zaczyna zastanawiać się, czy wolno mu patrzeć. I chyba właśnie wtedy zaczyna rozumieć, czym jest życie w miejscu, gdzie konflikt stał się częścią codzienności.


Na końcu zapytałem go czy pojechałby tam jeszcze raz? „Tak” - odpowiedział, a mnie to wcale nie zaskoczyło. Chciałby zobaczyć Kaszmir latem. Był tam zimą. Chciałby zobaczyć, jak wygląda region kilka lat później i jak zmieniła się sytuacja. Bo pomimo wszystkiego, co zobaczył, zapamiętał również jego piękno. I może właśnie dlatego Kaszmir tak trudno opisać. To nie jest wyłącznie miejsce wojny. To również himalajskie szczyty, jeziora, doliny i miasta, które mogłyby żyć z turystyki. To ludzie, którzy mimo wszystko chcą prowadzić normalne życie. To piękne łodzie mieszkalne stojące na jeziorze i czekające na gości. To kobieta czekająca na męża. Dzieci czekające na ojca. I młodzi ludzie, którzy chcą przyszłości, ale nie wiedzą jeszcze, czy będzie ona należała do Indii, Pakistanu, niepodległego Kaszmiru, czy może do żadnej z tych wielkich politycznych wizji.


I właśnie tutaj zaczyna kolejna część tej historii. Bo Kaszmir nie kończy się na Kaszmirze. Ludzie wyjeżdżają, uciekają przed wojną, szukają pracy, studiują, zakładają rodziny. Zabierają ze sobą język, religię, wspomnienia i rodzinne historie. Czasami również gniew. Tysiące kilometrów od Himalajów znajduje się miasto, w którym żyją ludzie pochodzący z tego samego subkontynentu.


Leicester. Nie ma indyjskich i pakistańskich posterunków


A jednak we wrześniu 2022 roku coś z odległego Kaszmiru pojawiło się właśnie tam. Po meczu krykieta rozegranym tysiące kilometrów dalej na ulicach brytyjskiego miasta stanęli naprzeciw siebie ludzie, których przodkowie pochodzili z tej samej części świata. Na pierwszy rzut oka była to kolejna awantura po meczu. Nie tym razem. Wystarczy, że dzieci odziedziczą po rodzicach pamięć konfliktu, którego same nigdy nie widziały. I wtedy wojna może podróżować razem z nimi.


Ciąg dalszy nastąpi już bezpośrednio z Leicester 



Zobacz galerię zdjęć:

K. Jastrzębski
K. Jastrzębski K. Jastrzębski K. Jastrzębski K. Jastrzębski K. Jastrzębski
Lalup
O mnie Lalup

Afrykanista, nauczyciel w szkole średniej, ur.1971 w Lublinie

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Społeczeństwo