Eryk Lande Eryk Lande
30
BLOG

Wsparcie nierobotnych

Eryk Lande Eryk Lande Polityka Obserwuj notkę 1
Jeszcze niedawno komentowałem, że nie bardzo jest co... komentować. Od tamtej chwili pojawiły się co najmniej dwa zdarzenia, które warto by uwzględnić.
Jednym jest sprawa może bardziej marginalna, jako że dopiero w fazie pomysłu, ale dość ważne jest, by ją ukrócić zanim rozwinie się w, być może, realną rzeczywistość. Według Onetu, Ministerstwo Pracy ma zamiar znowelizować ustawę o promocji zatrudnienia. Niby nie ma w tym nic złego, jako że każda forma poprawy istniejącego na rynku pracy stanu jest godna poparcia (chociaż ostatnio mam wrażenie, że wszelkiego rodzaju instytucje po prostu podczepiają się pod trend spadkowy bezrobocia i próbują go przedstawiać jako własne zasługi). Niestety, z dalszej lektury wynika, że Ministerstwo nie do końca wie chyba, w jakiej rzeczywistości żyje i próbuje działać metodami rodem z PRL. Pomysł dopłacania pracownikowi, który pracuje w innej gminie, województwie czy powiecie (w stosunku do tego, w którym mieszka), z kasy państwowej, by zrekompensować mu koszty dojazdu, jest moim zdaniem wielce chybiony (i niebezpieczny). Z jednej strony bowiem następuje sztuczne sterowanie rynkiem pracy i dofinansowywanie jednych pracowników kosztem innych, wykonujących identyczną pracę. Chodzi tu o ludzi najmniej zarabiających, na przykład w hipermarketach, które wypłacają tak marne pensje, że bezrobotnemu nie opłaca się wykosztowywać na dojazdy, by podjąć pracę poza miejscem zamieszkania. Dopłaty do jego pensji miałyby być w wysokości zasiłku dla bezrobotnego. Innymi słowy, kasjer w Carrefour albo Auchan, który nieszczęśliwie mieszka zaledwie 100 metrów od hipermarketu musiałby ze swoich podatków dopłacać na pensję temu koledze, który dojeżdża kilometr, ale ma szczęście mieszkać w innej gminie. Przynajmniej tak rozumiem ten projekt. Pod artykułem pojawiły się już komentarze, sugerujące że bardziej opłaca się w takim wypadku fikcyjnie zamieszkać (czyli tylko zameldować) u cioci mieszkającej w innej gminie. Kolejny minus, dowodzący jak chybiony to projekt, wynika z prostego logicznego rozumowania: jeśli ludziom nie opłaca się pracować w hipermarketach, to będą miały one trudności ze znalezieniem chętnych, a więc muszą skusić ich wyższymi pensjami. W sytuacji kiedy rząd zamierza dopłacać do pensji, hipermarkety nie muszą jej podnosić. Stracą więc wszyscy ich pracownicy nieotrzymujący zasiłku od państwa, i to podwójnie, ponieważ mimo zmniejszenia się bezrobocia wydatki na jego obsługę, finansowane z ich podatków, nie spadną. Jedyni ludzie, którzy na tym tak naprawdę zyskają, to urzędnicy, których trzeba będzie zatrudnić do rozdzielania tych wszystkich zasiłków i zapomóg.
Moim zdaniem, cały ten pomysł jest chybiony tak bardzo, że nadaje się chyba tylko dla Janusza Palikota, ścigającego bzdury w przepisach. Mam nadzieję, że nigdy nie zostanie zrealizowany.

Jak wspomniałem, powyższa sprawa jest raczej marginalna, szczególnie w kontekście drugiego wydarzenia, jakim jest stwierdzenie ministra Sikorskiego, że nie ma jeszcze decyzji w sprawie tarczy rakietowej. Ta wypowiedź mnie akurat cieszy, ponieważ zapowiada zakończenie polityki zagranicznej prowadzonej wobec USA na kolanach, z pokornym waleniem czołem o podłogę. Początkowo byłem zwolennikiem powstania amerykańskiej bazy wojskowej w Polsce - ogromne inwestycje pozwoliłyby rozruszać polską gospodarkę, niebagatelny byłby też zarówno jednorazowy zastrzyk pieniędzy przy samej budowie, jak i kolejne wpływy wynikające z faktu, że amerykańscy żołnierze nabywaliby tutaj dobra konsumpcyjne. Ponadto przy budowie, zaopatrzeniu i obsłudze bazy znalazłoby zatrudnienie wielu Polaków. Niestety, baza okazała się rzeczą bardziej kłopotliwą, szczególnie w zakresie np. odpowiedzialności karnej żołnierzy (wyłącznie przed sądami amerykańskimi) a także eksterytorialności. Zresztą, o ile mi wiadomo, niedawno pojawiły się głosy sugerujące, że nie ma konstytucyjnej możliwości wyłączenia części polskiego terytorium spod polskiej jurysdykcji (wydaje mi się, że taką cechę eksterytorialności mają wyłącznie ambasady, a i to na węższych zasadach niż miałaby mieć wspomniana baza; podkreślam jednak, że są to tylko moje przypuszczenia, nie jestem bowiem prawnikiem).
Osobną sprawą jest sytuacja międzynarodowa. Rządowi PiS w ramach zacieśniania związków z bardzo daleko położonymi Stanami Zjednoczonymi udało się jeszcze bardziej skłócić Polskę z bardzo blisko położoną Rosją, od której w dodatku Polska jest zależna energetycznie. Póki ta zależność się nie zmniejszy, nie jest w naszym interesie stawianie Rosji warunków niemożliwych do spełnienia albo zaostrzanie istniejących sporów (a tym bardziej - tworzenie nowych). Nie ma natomiast żadnego powodu, by wobec USA uprawiać politykę uległości, a taką wydawała mi się ta prowadzona przez braci Kaczyńskich (zresztą, nawet dziś widać, jakie gniewne pomruki burzy dobiegają z Pałacu Prezydenckiego na wspomnienie, że tarcza w Polsce mogłaby nie powstać lub że Polska mogłaby dyktować ostrzejsze warunki jej założenia; mam wrażenie, że prezydent za chwilę znów się obrazi i wszyscy będą musieli po raz kolejny go przepraszać).
W świetle ostatnich wydarzeń oraz rozważenia kolejnych argumentów stwierdzam, że baza amerykańska jest nam właściwie w ogóle do szczęścia niepotrzebna, a zmniejszanie zależności od USA i szukanie raczej wsparcia w Unii Europejskiej wyjdzie Polsce tylko na zdrowie. Pierwsze sygnały z Ministerstwa Spraw Zagranicznych są dla mnie raczej powodem do optymizmu, ale oczywiście zobaczymy, jak sprawy potoczą się dalej.

Jeszcze parę słów na koniec.
Z pewnym rozbawieniem przyjąłem komentarze zamieszczone pod moją poprzednią notką. Szkoda, że nikt nie pokusił się o przedstawienie jakichkolwiek argumentów, obnażając wyłącznie własną niewiedzę i brak kultury (bo jak inaczej można przyjąć wypowiedzi, które są napastliwe i dotyczące rzeczy, o których nie mają możliwości wiedzieć wypowiadający się?). Dziwi mnie tylko, że nikt nie wytknął mi błędów ortograficznych, istniejących lub domniemanych - widać jeszcze mimo wszystko grono komentatorów Salonu różni się pozytywnie od grona komentatorów artykułów na Onet.pl.
Rozumiem jednak w pewnym sensie frustrację ludzi, którzy popierali poprzednio rządzącą ekipę. Tyle było możliwości, tak wiele władzy (nawet pomimo tego, że współdzielonej z Ligą Polskich Rodzin i Samoobroną) i tak wiele nadziei, a tu nagle się nie udało. Wybory, po raz pierwszy w historii ogłoszone przez partię rządzącą, były obliczone na wzmocnienie PiS i pozbycie się "przystawek" z sejmu. Stało się prawie tak, jak zamarzył sobie Jarosław Kaczyński, z małym tylko, ale jakże istotnym błędem... Szkoda tylko, że wśród zwolenników PiS widać dokładnie ten sam trend "wyparcia", co w samym kierownictwie PiS, z Jarosławem Kaczyńskim na czele. Nikt nie szuka błędów we własnej działalności, obwiniany jest tylko mityczny układ, kłamstwa i politykierstwo mediów (najbardziej rozbawiła mnie wypowiedź o tym, że "chodząca na pasku" Prawa i Sprawiedliwości Telewizja Polska rzekomo wspierała opozycję i dlatego PiS przegrało). Poszukiwanie winnych było tak intensywne, a wyparcie się własnej odpowiedzialności tak silne, że z partii w praktyce usunięto nawet trzech prominentnych jej działaczy za nieśmiałą krytykę, sprowadzającą się w zasadzie chyba do tego, że "a może to jednak Jarosław Kaczyński jest odpowiedzialny za klęskę PiS w wyborach?..".
I tylko może na współczucie zasługuje fakt, że są ludzie, którzy nie potrafią się odnaleźć w rzeczywistości, w której nikt nikogo nie obrzuca błotem, nie dzieli na "tam gdzie stało ZOMO" i nie nazywa "ścierwojadami". W rzeczywistości, która nie wymaga codziennych konferencji prasowych, na których tworzy się medialne sukcesy z braku sukcesów realnych. I wreszcie - w rzeczywistości, w której język agresywny, dzielący, wskazujący "wrogów ustroju" (żeby nie powiedzieć "wrogów klasowych" ;) w sposób autorytarny po prostu zaniknął. Owszem, Platforma nie jest idealna. Może nawet nie okaże się lepsza od PiS w tym, co robi. Może niczego nie naprawi. Ale mam silne wrażenie, że także nie zniszczy, nikogo nie podzieli, nikogo nie oskarży bezpodstawnie, a poziom kultury wypowiedzi wreszcie się podniesie. Ponieważ to właśnie tego braku kultury, ogłady i odrobiny dyplomacji brakowało prawdopodobnie wyborcom najbardziej, dlatego tak masowo odwrócili się od poprzedniego rządu. Jak inaczej można ocenić ludzi, którzy mówią "ten pan juz nigdy nikogo nie zabije", bez żadnych dowodów, albo całokształt wypowiedzi Leppera czy Wierzejskiego?
Jest zasada wprowadzona przez Dale'a Carnegiego, że jeśli napisze się coś pod wpływem emocji, to następnie należy to odłożyć do szuflady, odczekać dwa dni, a następnie już na spokojnie napisać wszystko od nowa, tym razem starannie ważąc słowa. I tę metodę polecam wszystkim, którzy chcą skomentować cokolwiek, ale za komentarz mają tylko "hehehehheh" albo obrzucenie kogoś obelgami w myśl "a u was biją murzynów!". Można w ten sposób uwolnić swoją frustrację, ale małe są szanse, że kogokolwiek się przekona do swoich argumentów.

Pozdrawiam.
E.L.

Eryk Lande
O mnie Eryk Lande

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka