Wczoraj padła propozycja abym napisał cos o Parasolniku Sopockim .
Ponoć chciał je zaczarować, żeby za szybko nie stały się dorosłe. I chyba mu się udało. Tamte dzieci mówią dziś, że stał się częścią ich pamięci. Dlatego zostanie w nich do końca życia.
Co jeszcze się o nim mówiło? Że miał krzywe nogi i półtora metra wzrostu. Że lubił słoneczną pogodę i spacery po molo, gdzie przechadzał się w meloniku i krótkich spodniach. Był też... piecem, pielęgniarką, grubaśną dziewczyną z warkoczami i cyganką wróżącą z kart. Wystarczyło, że pojawiał się na ulicy w blond peruce, w sukni z tiulu i koronek, a ludzie przystawali rozbawieni. Jedni się z niego śmiali, ale większość uśmiechała się do niego. Naprawdę nazywał się Czesław Bulczyński.
Parasolnik, mówili. Bo naprawiał parasole, choć gdyby tak popytać tych, co go znali to nikt nie pamięta, żeby mu kiedyś Parasolnik parasol zreperował. Łatał też dziurawe garnki. Ale nikt go przy takiej robocie nie widział. Kochał koty i one go kochały. Łaziły za nim, gdziekolwiek się pojawiał. Jego sąsiedzi pamiętają, jak wcześnie rano wyruszał w staromodnym kapeluszu i krótkich portkach na plażę, a za nim ciągnął się długi sopocki, koci ogon. Towarzyszyły mu też w jego wędrówkach sopockie psy. Chodził za nim cały Sopot.
- Przynosił nam do piekarni śliwkowe kompoty i galaretę z nóżek - wspomina. - Miał niesamowite chody u rzeźnika, co było nieocenione w tamtych czasach. Bywało, głupa palił i łaził z parasolem, choć słońce świeciło. Często się spotykaliśmy. Był wszędzie. Co rusz wołałem: Cześć Czesiu! A on radośnie odpowiadał. Miał jedną niesamowitą cechę - niczym się nie przejmował.
3.Wiceprezydent Sopotu Wojciech Fułek pamięta, że Parasolnik, który brylował na Monciaku w latach 60. i 70., zniknął z ulic już w stanie wojennym. I od tego czasu rzadko się pojawiał. Powoli odchodził w niepamięć, choć wciąż był. Ale gdzie?
Nie ma już domu przy Grunwaldzkiej 97, gdzie mieszkał. Został zburzony .
- Jego żona prowadziła toalety przy plaży, a on reklamował się na Monciaku, pozował do zdjęć. Ale raczej dlatego, że taki był jego sposób bycia, niż żeby miał to robić dla pieniędzy. Często wpadałem do niego do domu. Mieszkanie na poddaszu wyglądało ubogo. Dwa pokoje i kuchnia. Tapczany, szafa, książki, parasole i koty. Na dole był sklep spożywczy. Prowadził dom otwarty. Czesiek lubił ludzi i ludzie lubili Czesia. Bo jak nie było mięsa, to on zawsze załatwił. Taki był! Kompletnie nie pamiętam, żeby chorował. Ani jak umarł. Po jego śmierci jeszcze mieszkała tu wdowa po nim. Samotna. Chyba nieszczęśliwa. A potem i ona odeszła.
5. Pan Parasolnik jest ważnym wspomnieniem mojego dzieciństwa. Często przychodził do sklepu mojej mamy na Boh. Monte Cassino - mówi Zbigniew Okuniewski z Towarzystwa Przyjaciół Sopotu. - Nie tylko, żeby coś kupić, także pogadać, pożartować. Byli tacy, którzy traktowali go z przymrużeniem oka, inni jak swego. A on wśród ludzi czuł się najlepiej. Dla nas, dzieci, miał cukierki. Obserwowałem go. Chodziłem za nim. Był kimś niezwykłym. Fascynował. Uśmiechnięty. Żartujący. Postać z bajki. Dla starszych - odskocznia od rzeczywistości. Teraz mówimy, że to człowiek - pomnik, wtedy po prostu był częścią naszego Sopotu. Niski, korpulentny, wesoły pan - miły obraz czasu, który już nie wróci. Sopot staje się innym miastem. Odchodzą pomału starzy jego mieszkańcy. Ludzi, którzy znali Parasolnika z widzenia, nie z legend, jest dziś niewielu. Gdyby żył jeszcze kilka lat dłużej, prawdopodobnie byłby postacią kultową. Ikoną dla miasta. Dziś wiemy niewiele na jego temat, ale też pewnie nie to w jego legendzie jest najważniejsze. Gdyby było inaczej, stałby się jeszcze jedną postacią historyczną, o której napisano wiele książek. A tak wciąż żyje.
5.Ta legenda rodziła się w danym czasie, na oczach pewnej grupy ludzi i tego się nie przywróci. Czegokolwiek byśmy nie zrobili postać Parasolnika jest dana określonej grupie jednej epoki. Ja miałem szczęście. Żyłem w czasach naocznych świadków. Mnóstwo ludzi, którzy od niedawna przyjeżdżają do Sopotu, nie mają pojęcia, kim był. Nie czują tego klimatu. I trudno opowiedzieć im o duszy tamtego Sopotu i starym człowieku w za dużych butach, co tej duszy był wcieleniem. W żaden sposób nie przekażemy tamtej atmosfery miasta nowemu pokoleniu. Bo to są inni ludzie. Parasolnik zostanie stałym elementem naszej pamięci. Nikt nie potrafił zrobić takiego buntu przeciwko rzeczywistości, jak potrafił to on. Był wiatrem, wolnością...
- Paaaaaarasolllleeeeeeeedoreperaaaaacjeeeee!
Nadciągał niski, krępy, energiczny i ruchliwy jak rtęć pan Czesław – Parasolnik, ubrany w elegancki garnitur, otoczony gromadką przedrzeźniającej go dzieciarni, opędzający się od niej, obwieszony kolorowymi parasolkami, podpierający się leciwym, czarnym deszczochronem. Przystawał co chwilę, uchylał melonika znajomym przechodniom, niekiedy wdawał się w krótką, pełną aktorskiej gestykulacji wymianę zdań i ruszał w dół ulicy, ciągnąc za sobą krzyk – znak firmowy.
Minęło wiele lat zanim Parasolnik porzucił swój zawód i przebrany w strój Wikinga, w kolorowej spódniczce, w hełmie z wielkimi, odstającymi rogami zaczął pozować do zdjęć na deptaku. Krążyły o nim legendy, mówiono, że posiadł niezwykłą umiejętność połykania żyletek, noży i innych sztućców, że z tego powodu przeszedł wiele skomplikowanych zabiegów chirurgicznych. Mieszkał bodaj na końcu ulicy Grunwaldzkiej, w jednym ze starych domów rybackich, w okolicy słynącej z wódczanych barów o niezapomnianej atmosferze. Pamiętam kilka nazw: „Costarica”, „Tempo”, „Ludowa”. Sanktuaria alkoholowej transcendencji, niebieskie od tytoniowego dymu oszołomienie po pierwszej setce z porterowym dopalaczem.
- Z tego co wiemy, pracował przed wojną w cyrku Braci Staniewskich. Może po tym okresie zostało mu dziwne przyzwyczajenie - połykał rozmaite przedmioty.
- Kiedy obsługa Grand Hotelu zapraszała go na herbatkę - zawsze przychodził z dwiema torebkami mocno zużytej herbaty, zaparzał ją w podanym przez kelnera wrzątku, pił i potem wychodząc mówił, że w tym Grandzie to nawet porządnej herbaty nie mają...


Komentarze
Pokaż komentarze (7)