Wybory 4 czerwca otworzyły drogę do przebudowy kraju. Nic już nie mogło być takie jak wcześniej. Jednakże dyskusja o tym, jaka ma być przyszłość, musiała jeszcze trwać wiele miesięcy. „Solidarność” dążyła do budowy państwa w pełni demokratycznego, przypominała, że jedynie kandydatów do Senatu i 35 proc. miejsc w Sejmie wybrano wedle demokratycznych reguł. Był to dopiero pierwszy krok w kierunku parlamentarnej demokracji. Polska potrzebowała porozumienia wszystkich sił politycznych na rzecz odbudowy demokracji i gospodarki. Odrzucenie przez wyborców krajowej listy wyborczej było wówczas symbolicznym przekreśleniem poprzedniego ustroju wraz z jej działaczami partyjnymi – wzywały do tego wszystkie struktury "Solidarności" (oczywiście nie te, które wzywały do bojkotu wyborów).
Zaskoczeniem była niższa od spodziewanej frekwencja wyborcza – jedynie 62 proc. Był to wyraz braku zaufania do porozumień Okrągłego Stołu, niewiara w przyszłość, znak zniechęcenia, a także odziedziczone po PRL przeświadczenie, że we władzach i parlamencie są jedynie „oni”, czyli wyalienowani od społeczeństwa i desygnowani na stanowiska ludzie reprezentujący władzę, a nie wyborców.
Radość ze zwycięstwa zmąciły doniesienia z Placu Niebiańskiego Spokoju w Pekinie, gdzie doszło do masakry studentów i robotniczej młodzieży (radio i telewizja informację podały już około południa 4 czerwca). Gasiła ją również w kolejnych dniach reakcja członków Komitetu Obywatelskiego, którzy zasiali niepewność i dlatego nie pozwolili społeczeństwu w pełni cieszyć się z tego, że pokazało władzy, że jej czas minął. Nie organizowano masowych wieców i manifestacji. Wzywano do pohamowania emocji i roztropności. Działo się tak na skutek pogróżek strony rządowej, rad płynących z ambasady USA i Kościoła.
Natychmiast po wyborach generał Kiszczak skontaktował się z przedstawicielami Kościoła. Miał z nimi uzgodnić, że będą działać tak, aby strona opozycyjna ochłodzi społeczne nastroje. 8 czerwca pod przewodnictwem gen. Jaruzelskiego zebrał się Komitet Obrony Kraju. Podczas posiedzenia rozważano różne opcje, włącznie z możliwością unieważnienie wyborów i wprowadzenie stanu wyjątkowego. Obawiano się, że „Solidarność” będzie dążyć do politycznego impasu, który miałby spowodować rozwiązanie parlamentu i rozpisanie nowych wyborów na nowych zasadach. Impas i zaognienie sytuacji miało spowodować żądanie przez „Solidarność” renegocjacji umów Okrągłego Stołu i przeciągnięcie na swoją stronę SD i ZSL.
Tego samego dnia podczas obrad Komisji Porozumiewawczej, przy udziale przedstawicieli strony kościelnej, Komitet Obywatelski „Solidarności” zgodził się na zmianę ordynacji wyborczej umożliwiającej obsadzenie 33 mandatów z listy krajowej. Generał Kiszczak potwierdził, że kandydatem na prezydenta będzie gen. Jaruzelski, a ewentualna demonstracyjna dezaprobata wobec kandydatury może naruszyć „kruchy stan równowagi politycznej w kraju”. Mówił także: „dzisiaj odbywa się Rada Wojskowa MON pod przewodnictwem Zwierzchnika Sił Zbrojnych gen. armii Wojciecha Jaruzelskiego. [...] atmosfera tam była bardzo ciężka [...] bardzo burzliwa. Prawie wszyscy występujący stawiali zarzut [...], że daliśmy się wyprowadzić w pole, że zawierzyliśmy partnerom, którzy słowa nie dotrzymali i tak w tym duchu dyskusja się toczyła”. Uprzedził, że niedługo odbędzie się narada na ten sam temat w MSW, a tam „atmosfera w czasie tego spotkania będzie jeszcze gorętsza” (A. Dudek, Reglamentowana rewolucja, Kraków 2004, s. 327). Były to jawne groźby, na które odpowiedział Wałęsa: „My tych panów generałów się nie boimy [...]. My już wyrośliśmy ze straszenia. [...] Panowie generałowie, jeśli chcą występować, niech występują, jeśli mają taką czelność” (A. Dudek, Reglamentowana rewolucja, Kraków 2004, s. 327). Jarosław Kaczyński uważał, że władza prowadziła grę, która miała stronę solidarnościową przestraszyć. Przypominał, że po „posiedzeniu Rady dzień później rozmawiał z Kiszczakiem abp. Bronisław Dąbrowski, również o sytuacji po pierwszej turze wyborów. Rozważano wprowadzenie stanu wyjątkowego i zerwanie wyborów pod jakimkolwiek pretekstem. [...] Myślę, że w gruncie rzeczy ta narada w MON była po to, żebyśmy mieli z niej przecieki, żeby nas przestraszyć. W każdym razie nic z niej nie wynikło” (Odwrotna strona medalu. Z Jarosławem Kaczyńskim rozmawiała Teresa Bochwic, Warszawa 1991, s. 22–23). Przypominał, że i we wrześniu 1989 r. otrzymał „od jednego ze znanych polityków [...] sugestię, że jest ostrzeżenie od Jaruzelskiego, iż szykuje się zamach stanu ze strony wojsk nadwiślańskich [...]. Powiedziałem to Mazowieckiemu. Do niego także to dotarło z innej strony” (Ibidem).Biskup Władysław Miziołek przekonywał 8 czerwca 1989 r.: „W sytuacji obecnej potrzeba bardzo wiele rozwagi i roztropności, mądrości politycznej, którą zresztą w ostatnich miesiącach okazywało społeczeństwo i »Solidarność«” (Rozmowa z biskupem Władysławem Miziołkiem, „Gazeta Wyborcza” 1989, nr 23). Kościół, doradcy i amerykańscy dyplomaci zalecali wstrzemięźliwość. Moim zdaniem słusznie, nie było pewne jak zareagowałaby władza oraz blok wschodni na inny rozwój wypadków w Polsce.
Ostatecznie Biuro Polityczne KC PZPR wydało oświadczenie, w którym uznało wyniki wyborów. Z kolei „Solidarność” w swoim oświadczeniu potwierdziła umowy zawarte przy okrągłym stole, a Lech Wałęsa poinformował w telewizji, że KKW „Solidarności” nie zgłosiła w komisji porozumiewawczej sprzeciwu wobec propozycji zmiany ordynacji wyborczej dla rozwiązania problemu listy krajowej. Potwierdzeniem stanowiska „Solidarności” było oświadczenie jej przedstawicieli w Państwowej Komisji Wyborczej: „Jeżeli racje państwowe nie pozwalały na pozostawienie sprawy uzupełnienia składu Sejmu nowo wybranemu parlamentowi, to należało jednakże przesunąć termin wyborów II tury tak, aby nie czynić z kalendarza wyborczego zupełnej fikcji i dać szansę nowym kandydatom przedstawienia się wyborcom, a tym ostatnim dokonania przemyślanego wyboru. Powstrzymuje nas od podania się do dymisji jedynie świadomość dramatycznych konsekwencji, które ten krok mógłby za sobą pociągać” (Zostają w PKW, „Gazeta Wyborcza” 1989, nr 28).
„Solidarność” jasno i wyraźnie mówiła o swoich zastrzeżeniach. Nie mogła jednak postąpić inaczej. Wszyscy sobie zdawali wówczas sprawę, że wciąż karty do gry trzyma w swych rękach tylko jeden gracz. Wygrywaliśmy wolność, ale jednocześnie grzebaliśmy "Solidarność" - to nie było to samo, ale to problem na inny wątek.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)