
Anna Walentynowicz za stołem prezydialnym w sali BHP Stoczni Gdańskiej w czasie strajku sierpniowego w 1980 r.
Działała w legalnych związkach zawodowych, w których usiłowała walczyć o przestrzeganie przepisów BHP i lepsze traktowanie robotników. Była przewodniczącą oddziału Ligi Kobiet w stoczni. Otrzymała cztery krzyże zasługi. Zachorowała na pylicę płuc i dlatego rozpoczęła pracę jako suwnicowa. Wierzyła, że buduje sprawiedliwą ojczyznę dla uczciwych ludzi pracy. W książce Cień przyszłości wspominała: „Polska Ludowa – ten mój wymarzony raj – przeżywała swoje wzloty i upadki. Lata 1953 (śmierć Stalina), 1956, a nawet 1968 – jeszcze mnie nie dotyczyły. Kto ośmieliłby się krytykować ustrój, władzę w obecności przodującej robotnicy, aktywistki społecznej, dziewczyny z plakatów?”. W zgodzie z socjalistycznymi hasłami PRL stawała po stronie pokrzywdzonych. Zaczęto ją nękać. W 1970 r. była świadkiem grudniowej tragedii. 25 stycznia 1971 r. uczestniczyła w spotkaniu stoczniowców z ekipą Gierka. Skandowała wówczas wraz z innymi „Pomożemy!”.To nie przypadek, że pretekstem do strajku w sierpniu 1980 r. było dyscyplinarne wyrzucenie z pracy na 5 miesięcy przed uzyskaniem emerytury Anny Walentynowicz i żądanie zatrudnienia jej i Wałęsy. Wszyscy czuli bowiem, że traktowanie człowieka jak przedmiotu, którym władza może dowolnie sterować, oburzy robotników i staną oni w obronie poniewieranego człowieka, bo wiedzą, że w każdym momencie tym zwolnionym może zostać ktoś z nich. Wiedza o ponurej rzeczywistości była powszechna, ale rzadko ludzie stawali w czyjejś obronie. Ktoś musiał ich poprowadzić. Potrzebny był impuls, który poczucie wspólnoty losu i pomocy wzajemnej obudził. Stało się możliwe wówczas, gdyż żywa była pamięć pielgrzymki Papieża, gdy pielgrzymi mogli przekonać się ilu ich jest i że wszyscy reagują podobnie. Dodatkowo, to nie była władza stanu wojennego, lecz władze, które szukały porozumienia z Zachodem i podpisały pakt praw człowieka i obywatela.
„– Bronimy godności człowieka. Nie mamy nic ani przeciwko człowiekowi, ani przeciwko dyrektorowi, ani przeciwko stoczni. Bronimy godności człowieka. W ogóle nie rozumiem, dlaczego pan się tak upiera, z tą panią Walentynowicz. Bo ludzie chcą ją” – mówił drugiego dnia strajku podczas rozmów z dyrekcją stoczni Jan Zapolnik tłumacząc, dlaczego strajkujący postulują przywrócenie Anny Walentynowicz do pracy (A. Drzycimski, T. Skutnik, Gdańsk Sierpień ’80. Rozmowy, Gdańsk 1990, s. 78).
Dyrektor stoczni już pierwszego dnia strajku wysłał po panią Annę swoją dyrektorską wołgę, która przywiozła ją na strajk. Gdy Walentynowicz wysiadła z dyrektorskiej limuzyny była oszołomina: „Oczom nie wierzyłam. Kwiaty. Cała stocznia stała. Czy byłam wzruszona? A jak inaczej to można powiedzieć? Weszłam na prowizoryczną trybunę na platformie koparki ustawionej naprzeciw stoczniowego szpitala. Widok skojarzył mi się z wizytą Papieża w roku ubiegłym. W pewnym momencie myślałam, że się przewrócę z wrażenia, tak na mnie zadziałała ta zupełnie nowa sytuacja” (Relacja Anny Walentynowicz, „Punkt”, Gdańsk 1980, nr 12, s. 255) – tak Anna Walentynowicz wspominała dzień rozpoczęcia strajku. Nie przypadkiem porównała sierpniowy strajk do pielgrzymki Papieża. Pamiętało o niej miliony Polaków. W negocjacjach robotnicy wywalczyli przywrócenie jej do pracy w Stoczni w Gdańsku, a nie jak chciała dyrekcja – w filii zakładu w Tczewie.
Gdy stoczniowcy na czele z panią Anią przyszli do ks. Jankowskiego i poprosili o odprawienie mszy, nie zgodził się. Tłumaczył, że księży obowiązuje zakaz odprawiania mszy w zakładach pracy. Odesłał delegację do biskupa Kaczmarka, która jednak najpierw pojechała do I sekretarza PZPR w Gdańsku Tadeusza Fiszbacha, którego poproszono o cofnięcie zakazu. Sekretarz ściągnął do urzędu wojewodę Jerzego Kołodziejskiego. Po krótkiej rozmowie przekonano wojewodę by zakaz cofnął. Następnie pojechali do biskupa Kaczmarka. Był środek nocy. Delegacja przekazała dwóm księżom relację z rozmów z wojewodą i poprosili aby biskup zatelefonował do wojewody by potwierdzić cofnięcie zakazu.
W niedzielę protestujący czekali na ks. Jankowskiego. Ten nie przychodził. Walentynowicz pobiegła do kościoła św. Brygidy. Jak wspominała, ks. Jankowski nie chciał przyjść gdyż jeszcze nie dostał pozwolenia od biskupa. Pani Ania popędziła więc do kurii w Oliwie (telefony były już wyłączone). Tam dowiedziała się, że biskup jest w urzędzie wojewódzkim. Z powrotem do taksówki i jazda do wojewody. Do urzędu przyjechała za późno. Biskup już pojechał do ks. Jankowskiego. Dopiero w kościele św. Brygidy spotkała się z biskupem i dowiedziała się, że msza może się odbyć. Walentynowicz wspomina, że zdziwiła ją wizyta biskupa u wojewody: „Prosił czy dziękował? Przecież nie musiał, wszystko było załatwione. – Ekscelencjo, trochę szacunku dla swojego stanowiska, jeśli już nie dla własnej osoby... – nie mogłam powstrzymać języka” (A. Walentynowicz, A. Baszanowska, Cień Przyszłości, Albatros, Gdańsk 1993 r., s. 87). Mimo zgody ołtarz ustawiono poza bramą stoczni.Walka o godność człowieka była najbardziej wyraźnym, choć nie zapisanym w 21 postulatach, żądaniem robotników i wspierającej jej inteligencji. W przedstawieniu Kolęda Nocka, którego premiera odbyła się 20 grudnia 1980 r., Ernest Bryl opisał to w sposób bardzo obrazowy: „Przyjdzie czas, kiedy ludzie tak niby garbaci […], grzbiet wyprostują i zamiast garbu skrzydła na plecach poczują. I choć do dziś samotni, nagle znajdą braci, i będą się mogli słowem, nie kłamstwem podzielić; spojrzeć w oczy, zobaczyć w zmęczeniu nadzieję. I ten wiatr zrozumieją, co im w skrzydła wieje, choć o skrzydłach od wieka wieków zapomnieli. Przyjdzie czas, kiedy w lustro popatrzą bez wstydu. I nie będą do siebie chrząkać i pomrukiwać. I twarz swoją obejrzą, jak ją inni widzą. I twarz innych zobaczą nareszcie prawdziwą” (tekst przed laty spisany z taśmy).
To było marzenie, idealizm? Może i tak, ale jakże oczywiste – władza nie mogła niszczyć niczyjej godność, nikt nie miał wykorzystywać stanowiska dla poniżania drugiego człowieka. Pani Ania była wykorzystana wówczas jako symbol tych marzeń – nie tylko związanymi z prawem do prowadzenia działalności związkowej (za co została zwolniona z pracy), ale przede wszystkim jako symbol wszystkich poniżanych ludzi, którym odbierano prawo do godności. Strajkujący w stoczni walcząc o godność nie poniżali swoich przeciwników, przekonywali do swoich racji. Nie obrażając i nie poniżając ich wymuszali tym samy, aby ci traktowali ich tak samo.Gdy Walentynowicz przyjęto do pracy „strajk stoczniowy” został zakończony. Walentynowicz wspólnie z Wałęsą poinformowała komitet strajkowy o załatwieniu wszystkich postulatów. Wspominała: „Kadrowiec w pół godziny przyniósł gotowe angaże. Mało tego, dyrektor dołożył nam po 1500 złotych. Załatwiono też wszystkie żądania Komitetu Strajkowego Stoczni, inne obiecano rozpatrzyć w najbliższym czasie. Wydawało się nam, że jest to zwycięstwo”.
Już po zakończeniu strajku wychodziła z Wałęsą z sali BHP, gdy dopadła do nich Alina Pieńkowska: „zaczęła krzyczeć: »A co z tamtymi ludźmi!?! Jak my teraz spojrzymy w oczy wszystkim, którzy nas poparli w mieście!?!«”. Po krótkiej konsternacji postanowili zatrzymać ludzi, ale dyrekcja stoczni wyłączyła już mikrofony. Z głośników nadawano komunikat o zakończeniu strajku. Był to dramatyczny moment, wspomina pani Ania: „Ja się rozpłakałam. Wszyscy rozchodzili się do domów. Wszystko zaczynało się rozsypywać. Wtedy Alinka zaczęła biegać między ludźmi i zadawała te same pytania co wcześniej nam. Zatrzymywali się. Słuchali. Ci, którzy jeszcze nie wyszli ze Stoczni, zostawali”.
Strajk trwał nadal i mogły być ogłoszone legendarne 21 postulaty, a później podpisane Porozumienia Sierpniowe, tylko dzięki małej pielęgniarce Alince Pieńkowskiej, później żonie Bogdana Borusewicza.Po strajku mówiła: „Dzisiaj dwa miesiące od tamtych dni czujemy przeogromne zmęczenie. Jesteśmy na nogach od dziewiątej rano do dziesiątej wieczór. Rozmawiamy z ludźmi. Spotykamy się. Dyskutujemy. Nakładają się również na to trudności, które stwarza rząd, choćby przez dezinformację społeczeństwa, inaczej rozmawia się z nami, inaczej, czy to celowe, ze związkami starymi, ich mutantami, z ludźmi zaufanymi rządu. W każdym razie CRZZ bardzo nam przeszkadza, dlatego, że chcieliby ludźmi rządzić, a nie wiedzą czego należy się trzymać. Raz po raz pojawiają się w naszych zakładach ulotki, albo podpisane, na przykład przez Front Jedności Narodu, albo też nie podpisane. Potem przyjeżdżają do nas ludzie z Krakowa i nie wiedzą, czy te związki, gdzie oni są, to są ich związki, czy też jeszcze coś innego. Tak więc Leszek zamiast zajmować się jak najszybszym organizowaniem Związków zajmuje się ciągłym wyjaśnianiem, zajmuje się sprawami drobnymi, interwencyjnymi” (Relacja Anny Walentynowicz, „Punkt”, Gdańsk 1980, nr 12, s. 255).Około 50 tomów liczą akta inwigilacji Anny Walentynowicz, którą prowadziło ponad 100 funkcjonariuszy SB i ich współpracowników w latach 1978-89. SB wobec liderów Związku prowadziła operację „Klan”, która miała na celu skłócenie środowiska solidarnościowego, szczególnie Lecha Wałęsy z panią Walentynowicz i małżeństwem Andrzeja i Joanny Gwiazdów. To odbywało się np. przy pomocy kłamstw rozpowiadanych przez agentów.

Pani Ania w kuluarach I Zjazdu Delegatów NSZZ "Solidarność" w 1981 r.Wałęsa w stanie wojennym jeździł na procesy wytaczane przez władze PRL Walentynowicz. Swoją obecnością chciał ją bronić przed niesłusznymi zarzutami. Robił tak mimo ostrego konfliktu do którego doszło między nimi wiosną 1981 r. Już od września 1980 r. władze dążyły do rozbicia powstającej „Solidarności”. Pierwszym krokiem miało być poróżnienie środowiska korowskiego i WZZ z Wałęsą i innymi działaczami „Solidarności”. Sposobną do tego okazją do tego okazały się wydarzenia w marcu 1981 r. Wówczas nastąpiło widoczne rozbicie jedności związku. Jego przyczyną było odwołanie strajku generalnego przez Wałęsę, który miał zostać podjęty po wydarzeniach w Bydgoszczy. Natomiast natężenie sporu i kłótni na pewno zostało podsycone przez funkcjonariuszy i współpracowników SB (dowody na to znajdują się m.in. w 50 tomach akt SB dotyczących Walentynowicz).Już 01.04.81 r. Komisja Zakładowa „S” w Stoczni Gdańskiej przegłosowała pozbawienie prawa Walentynowicz „do reprezentowania Organizacji Zakładowej NSZZ »Solidarność« w Stoczni Gdańskiej na zewnątrz Stoczni, natomiast nie jest kwestionowane jej członkostwa w Prezydium Komisji Zakładowej w Stoczni, gdzie uczestniczy w pracach zespołu dla godności i ochrony praw człowieka; 2) powodem podjęcia uchwały jest utrzymująca się znaczna rozbieżność stanowiska kol. A. Walentynowicz ze stanowiskiem Komisji Zakładowej w sprawach dotyczących taktyki i strategii naszego Związku; 3) nie są kwestionowane ogromne zasługi kol. Walentynowicz w tworzeniu naszego Związku podczas strajku sierpniowego i w okresie zakładania i działania Niezależnych Związków Zawodowych oraz nie jest kwestionowany jej nieposzlakowany charakter i uczciwość. Nie można negować prawa każdego członka Związku do głoszenia swojego osobistego poglądu na temat działalności Związku, lecz członek władz Związku, przyjmujący wybór zobowiązany jest do reprezentowania woli swoich wyborców. Występując przeciw tej statutowej zasadzie działania zespołowego naraża władze Związku (Komisję Zakładową) na utratę wiarygodności”.
Członkowie Prezydium gdańskiego MKZ nie uznali uchwały komisji zakładowej stoczni za prawomocną, gdyż panią Anię w skład MKZ powołało plenum MKZ a nie sama stocznia. Apelowali: „do załogi Stoczni, aby stanęła w obronie Anny Walentynowicz przed manipulacjami ludzi, którzy rozgrywki personalne stawiają ponad interesem Związku”.
9 kwietnia Andrzej Gwiazda opublikował list otwarty do Lecha Wałęsy, w którym bardzo ostro skrytykował przewodniczącego. 16 kwietnia opublikowano w „Portowcu” wywiad z Walentynowicz ostro krytykującą stoczniową „Solidarność” i Wałęsę. Ta z kolei zarzuciła jej kłamstwa: „Wywiad ten zbulwersował bardzo członków naszego Związku. Wydaje nam się, że Pani Walentynowicz, będąca symbolem naszego stoczniowego ruchu – nie może sobie pozwalać na mówienie nieprawdy. Nikomu nie wolno przedstawiać faktów niezgodnych z rzeczywistością. Musimy powiedzieć sobie z całą stanowczością, że każdego działacza obowiązuje etyka. Tym większą musi się cechować uczciwością, im wyżej został wyniesiony w hierarchii społecznej. W naszej smutnej rzeczywistości wielokrotnie mieliśmy przykłady, że działacze od pewnego momentu nie potrafią udźwignąć ciężaru sławy. [...] Pani Walentynowicz, mimo że została zobowiązana przez Komisję Zakładową do uczestniczenia w pracach Prezydium, nie przychodzi do Stoczni. [...] Wszyscy musimy zdawać sobie sprawę, że tylko uczciwe działanie może przynieść pozytywne rezultaty, a plotki i insynuacje nie zawsze przynoszą pożądane efekty. Na szczęście, tym razem pomawianie, oczernianie i przedstawianie preparowanych faktów na pewno zostanie w porę ujawnione i nie przyniesie zamierzonych skutków” (w „AS” nr 21 ukazał się raport specjalnej komisji w sprawie konfliktu Walentynowicz z Wałęsą). Stoczniowcy uznali za nieuzasadnione ataki na Wałęsę za porozumienie z władzą i odwołanie strajku generalnego, które odczytał sam Gwiazda.Rozpoczęła się ostra walka między „gwiazdozbiorem” a stronnikami Wałęsy. Ta walka, w trakcie której z jednej i drugiej strony padają kłamstwa i kalumnie, trwa do dziś. W jej trakcie Andrzej Gwiazda bardzo trafnie scharakteryzował postawę i działanie „prawdziwych Polaków”, których nazywał „prawdziwkami”, którzy bezmyślnie, kierując się stadnym myśleniem podążają za tym kto głośniej krzyczy i bardziej im schlebia. Tymi prawdziwkami w 1981 r. mieli być członkowie stoczniowej „Solidarności”. „Prawdziwki” są niezbędne dla wszystkich partyjnych liderów – mają karty wyborcze. To im liderzy muszą schlebiać. Nie dbają dlatego o moralność i prawdę. Liczy się skuteczność. Ideały zeszły na dalszy plan. Pierwszorzędną rolę odgrywają osobiste animozje i walka o władzę. Apel o uczciwość ówczesnej komisji zakładowej „S” Stoczni Gdańskiej wobec tych, na których ciąży „ciężar sławy” jest aktualny.

Lech Wałęsa i Anna Walentynowicz podczas manifestacji przed plebanią kościoła św. Brygidy w Gdańsku, 31.08.1987 r.Nadal wielu zależy na tym, by ktoś taki jak kiedyś Anna Walentynowicz, nie wahał się im pomóc. To nie tęsknota za socjalistycznymi hasłami sprawiedliwości społecznej lecz prawo do godnego traktowania i pomagania pokrzywdzonym, którzy są w każdym systemie politycznym, była kiedyś przyczyną działań pani Ani. Czy tacy ludzie dziś są? Nie widać ich, dziś się tropi spiski i zdrajców. Ci co wspominają Wałęsę – zwalczają Walentynowicz i Gwiazdę. Ci, którzy wspominają Walentynowicz lub Gwiazdę – zwalczają Wałęsę i innych. Oni sami zwalczają się zaciekle nawzajem. Nie są już żadnym aktualnym symbolem. Są wyblakłymi kartami z przeszłości, którą chyba trzeba oddzielić radykalnie od dnia dzisiejszego po to, aby zrozumieć i przypomnieć dawne ideały godności, sprawiedliwości, uczciwości...

Ks. H. Jankowski, A. Michnik, L. Wałęsa i A. Walentynowicz chyba po raz ostatni razem na manifestacji przy kościele św. Brygidy w Gdańsku, 31.08.1987 r.Zdjęcia są mojego autorstwa.PS.
Do napisania tego postu natchnął mnie wpis Toyah:
http://toyah.salon24.pl/index.html


Komentarze
Pokaż komentarze (15)