Artur Lewczuk Artur Lewczuk
36
BLOG

Tkacz obrazów

Artur Lewczuk Artur Lewczuk Polityka Obserwuj notkę 0

Wyobraźmy sobie współczesną platońską jaskinię Jej mieszkańcy nie są jednak przykuci łańcuchami do skalnej ściany. Wręcz przeciwnie – poruszają się zupełnie swobodnie, a w dłoniach trzymają niewielkie lśniące zwierciadła. Wpatrują się w nie, jakby ciągle czegoś szukali. Pomyślmy przy tym, że ich zwierciadła mają niezwykłą właściwość: na żądanie potrafią wyświetlić obraz dowolnego miejsca na ziemi, przekrój ludzkiej komórki czy najnowsze wydarzenia wytapiające się po drugiej stronie planety. Ludzie ci przypominają nieustannych szperaczy, ale paradoksalnie są też przekonani, że wiedzą wszystko i widzą doskonale. Mówią: „Znam prawdę, bo widziałem to nagranie z wczoraj”, „Wiem, jak to działa, bo oglądałem tutorial o tym”. Ludzie ci nasycają siebie nie tylko „prawdą”, patrząc w swoje zwierciadła, chcą dzięki nim też przeżywać intensywnie emocje, które nadadzą ich życiu barwy. Ani im w głowie, żeby z jaskini się wydobyć, bo nie chcą prawdziwego światła – ono zawsze ma przecież demaskującą naturę. I pomyślmy też o tym, że są tacy, którzy doskonale znają potrzeby ludzi ze zwierciadełkami, i z tej wiedzy przebiegle korzystają.

Rozgrywający się w jaskini dramat polega na tym, że za każdym z tych zwierciadeł stoi niewidzialny tkacz obrazów. Nie pokazuje on nikomu całego świata. Obserwuje źrenice człowieka, mierzy bicie jego serca i na tej podstawie projektuje w lusterku tylko taki fragment rzeczywistości, który pozwala mu schwytać swoimi mackami człowieka wpatrzonego w cyfrowe zwierciadełko – jeśli trzeba, to rozgniewać go lub zachwycić albo utwierdzić w tym, co już wcześniej pomyślał. To ktoś, kto nieustannie czuwa, byśmy choć na chwilę nie odetchnęli ciszą, spokojem duszy, przypomnieli sobie dawne światy.

Współczesny człowiek stał się ślepcem z własnego wyboru, dotkniętym jedną z najcięższych z cywilizacyjnych chorób – grzechem niewidzenia. To grzech powszechny i wszechobecny, polegający na bezdusznym mijaniu świata. Zastygli przed szklanymi ekranami, z głowami obolałymi od wirtualnego zgiełku i sztucznych znaczeń, przestaliśmy być ze światem. Idziemy przez las, nie widząc drzew; mijamy łąkę, nie słysząc jej rozkołysań. Zuchwale ignorujemy fakt, że każda sekunda, w której światło wsiąka w liść, jest niepowtarzalnym wydarzeniem we wszechświecie. Człowiek współczesny zapomniał o smaku „bezdroża”, o tym, że najpiękniej żyje się tam, gdzie świat jest jeszcze niedopowiedziany, borowy, pełen leśnych dziwadeł i tajemniczych nawoływań. 

Współczesna cywilizacja chełpi się w swym samouwielbieniu, że posiadła pełnię widzenia, lecz w tym bezwstydnym triumfie rozumu tli się cichy, metafizyczny dramat. Człowiek naszej epoki, wyposażony w potężne reflektory intelektu, zapadł na osobliwą ślepotę – jego oko straciło zdolność chwytania wertykalnych, podniebnych fluidów, oślepło na cud i tajemnicę. Świat, ongiś kiełkujący, wzrastający, owocujący dzięki sacrum, został brutalnie spłaszczony, zredukowany do poziomej, jałowej makiety, na której bezustannie kotłują się małpie awantury o władzę, rynki i ludzką uwagę. Ta duchowa amnezja to sprawka ponurych demiurgów naszych czasów – bezdusznej polityki oraz jarmarcznego dziennikarstwa, które podszywa się pod powagę dawnej Kroniki. Człowiek, noszący w sobie odwieczną potrzebę przynależności do spraw ostatecznych, został przez ten system oszukany. W miejsce żywego sacrum podsunięto mu tandetne, plemienne ideologie –jarmarczne atrapy wiary. Partie polityczne ogłosiły się nowymi, fałszywymi Kościołami, a nieszczęsny oponent polityczny zyskał miano heretyka, którego należy wymazać z księgi żyjących. 

W naszej współczesnej polskiej rzeczywistości mamy też nasz własny, rodzimy przypadek tego stanu – naszego tkacza obrazów. Jego specyficzność polega na tym, że dba o to, byśmy żyli w nieustannym strachu. On wie, że wprowadzanie ludzkiego umysłu w stan wiecznego pogotowia paraliżuje umysł i czyni go niezdolnym do czystszej refleksji. Wszak istota ścigana przez drapieżną bestię nie podziwia architektury chmur ani nie duma nad sensem kosmosu – jej wzrok, porażony grozą, zawęża się do najbliższego zakrętu drogi. Tkacz ów rozumie, że musi starć się, by nikomu nie przyszło do głowy, żeby go pominąć w swoich myślach, wie, że inni nie mogą choć przez chwilę nie mówić o nim. Oczywiście nie zaniedbuje też potrzeby przeżywania zbiorowej euforii, więc od czasu do czasu ogłasza swoje wielkie zamiary, jak choćby budowę polskiego statku kosmicznego. Tych, którzy mu się przeciwstawiają, zamienia na niebieskich ekranach w demony nienawiści. On jako ktoś „racjonalny i spokojny” jawi się jako ten, który nie pozwoli, by ci, którzy są „owładnięci mroczną obsesją podejrzeń, budowali politykę na grobach, na dzieleniu Polaków”. Jest kimś, kto z iście cyrkową zręcznością wykorzystuje efekt Czarnego Piotrusia. Jak mało kto potrafi unikać odpowiedzialności i dąży do tego, aby ostateczna wina, toksyczny zasób lub najgorsze zadanie spadły na kogoś innego – czyli na osobę, która na samym końcu zostanie z bezwartościową kartą w ręku. Tak było, gdy postanowił, że wiek emerytalny będzie podwyższony, wtedy Czarnym Piotrusiem stały się okoliczności („To nie nasza wola, to demografia i matematyka nas do tego zmuszają”), a kartę z Czarnym Piotrusiem wyrafinowanie zostawił tym, co to „żywią i bronią” i mają zielony sztandar. A gdy jakiś czas potem chciał drugi raz zdobyć władzę i wiedział, że jego wrogowie mogą go obwozić po wiecach z kartą Czarnego Piotrusia, wtedy pokajał się i powiedział: „Popełniłem błąd” i solennie przyrzekał, że już więcej tak niemądrze nie postąpi. Tym samym wyrwał swoim przeciwnikom pałkę z rąk. Jest kimś, kto robi wszystko, aby na końcu gry, którą dla niego jest polityka, to nie on został z feralną kartą. On jest, jak ci, którzy są „za”, ale z powodu innych, muszą być „przeciw”. Jak najbardziej „popiera związki partnerskie czy liberalizację prawa aborcyjnego”, ale część jego akolitów (tych z prawicowymi ciągotkami) ma inne zdanie i dlatego on nie może teraz nic zrobić, bo to mogłoby naruszyć porządek polityczny, więc jest na razie „przeciw”. W przypadku kryzysów wizerunkowych wewnątrz „koalicji” lub ministerstw reaguje oburzeniem, nakazuje wskazanemu winowajcy przyrzeczenie poprawy i daje „reprymendę”, bo przecież nikogo nie chce krzywdzić; rozumie, że człowiek jest istotą błądzącą i zasługuje na danie mu szansy na poprawę. On bardzo często „naprawia” własne gniazdo poprzez „reprymendy”, o których bardzo szybko zapomina oczekując, że ktoś nią obdarowany na jakiś czas przycupnie w jakimś miłym kąciku, by świat o wszystkim zapomniał. A świat szybko zapomina, bo któż pamięta, co działo się przedwczoraj, gdy dzisiaj jest tak przebogate nowymi zdarzeniami. 

Z wielkich chichotem aż po zasłanianie ręką ust uwielbia stosować taktykę Zeliga. Bawi się przejmowaniem akcentu, żargonu, sposobu mówienia i gestykulacji rozmówców; on zawsze jest jak „swój” albo „taki nasz”, choćby przez to jego urocze zawieszenia głosu (sugerujące „głęboki namysł” i „odpowiedzialność za wypowiadane słowa”), świadomie czynione pomyłki (wie, że mówienie pięknym językiem, bardzo staranną polszczyzną tylko odstrasza ludzi od człowieka tak mówiącego, wie, że innym dzięki temu wyda się taki „ludzki”, przejmujący się bardzo tym, o czym mówi). Niedomowienia, aluzje, ironiczne komentarze, przymrużanie oka, uśmiechy w kącikach ust pełne litości, to jego stałe rekwizyty w pudełku komiwojażera. On nigdy „nie chce się znęcać”, ale jednak musi o kimś coś demaskującego powiedzieć, bo do tego zobowiązuje go jego wierność prawdzie i „elementarna uczciwość”. Kiedy mówi, jest zawsze lekko pochylony w stronę ludzi i porusza się wtedy ciągle. Nie gwałtownie, ale też nie stoi jak kamienny posag – bo on jest żywym srebrem, człowiekiem „czynu, działania”. Gdy czuje, że mówi do niego ktoś, kto nie chce go uszczypnąć, wtedy lekko przechyla głowę, nadstawiając ucha. Gdy czuje, że ktoś chce go okadzać słowami, jak wiejska babka odganiająca złe moce, wówczas często udaje znudzenie i szuka wzrokiem porozumienia ze sprzyjającą mu widownią. Robi wiele, żeby pointą w takiej sytuacji był wspólny śmiech. 

Jest mistrzem tworzenia odbić lustrzanych. Ci którzy na niego nacierają „piszą cyrylicą”, są „demonami konfliktów”, „personifikacjami czystego zła”, tymi, którzy prowadzą „idiotyczne wojny”. A on sam ciągle coś „gwarantuje”, często „spokój społeczny” sprawiedliwość wymierzoną tym, którzy jak brunatna fala „bezczelnie grabili”, zagarniali narodowy majątek. Dwoi się i troi, nic więc dziwnego, że nieustannie zaprasza do aresztów, które zapełniają się też coraz bardziej różnymi „sabotażystami”, a to oznacza, że „Epoka powojenna już minęła. Żyjemy w nowych czasach: w epoce przedwojennej”, więc tylko czekać, kiedy żelazna miotła w jego rękach zostanie zastąpiona innym rekwizytem.

Porzucił swoje wcześniejsze „programy” i ostatnio podszywa się pod kogoś, kto mówi głosem tych, polityków którzy próbują oderwać od jego twarzy maskę, tym samym wziął ich w jasyr. Doprowadził do tego, że często muszą milczeć (a co najwyżej krzyczeć, że na początku to „był ich pomysł”), bo atakując go, w istocie byliby tymi, którzy napadają na siebie. I chyba dobrze mu w tym przebraniu, bo chodzi w nim już od dłuższego czasu. 

I wciąga nas nieustannie w ten swój wir zdarzeń, odcinając od reszty świata, zasklepiając. Czyni wiele, żeby krążył w nas strach, bulgotały złe emocje, by każdy nasz dzień był podszyty jakimś lękiem, oburzeniem, byśmy nieprzejednanie nienawidzili się wzajemnie, przechodzili obok siebie z widowiskowo wyrażaną obojętnością, zapomnieli o tym, że gdzieś obok leży świat naszej niezwykłej historii, tradycji, codziennego trudu (którym z pewnością zachwyciliby się dawni pozytywiści) z mocą uzdrawiania, że tak wiele różnego rodzaju piękna nas łączy. Skutek jego działań jest jednak taki, że, powtarzając za Wyspiańskim, zaczęliśmy myśleć: „Społem – to malowanka” i dodawać do tych słów: „Ratuj się, kto może” na wszelkie sposoby.

I tu tak naprawdę dochodzimy do sedna tego, o czym piszę. Od kilku lat, gdy przyglądam się tym, którzy próbują wytarmosić tkacza obrazów za to, co robi z naszym narodowym życiem, jak traktuje polskość i w jaki sposób wpływa na naszą narodową codzienność, to widzę ludzi, którzy w swoich komentarzach, opiniach nie potrafią zobaczyć żadnego innego skrawka ziemi, oprócz tego, na którym stoi On w otoczeniu swojej kamaryli. Trudno znaleźć jakąkolwiek audycję polityczną, program telewizyjny o politycznym charakterze, polityczny komentarz w gazecie, w którym by nie pojawił się On. Można nabrać tym samym przekonania, że myślenie o Nim zaprząta nieustanie ludzkie umysły. Wystarczy przypomnieć te długie miesiące, kiedy rozważano, czy wróci na białym koniu, a jeśli wróci, to kiedy to może się stać. A On przecież był i jest osadzony głęboko w ciałach migdałowatych umysłów wielu ludzi – i będzie, dopóki opozycja przestanie cierpieć na syndrom sztokholmski, na jaki zapadła w związku z Nim, krążąc nieustannie wokół jego odrapanego pomnika. Skutek tego taki, że w oczach wielu innych ludzi urósł potężnie – na drożdżach nieustannego zajmowania się jego stanem umysłu pokaźny tłum przyłączył się do niego i biegnie za nim, jak niegdyś biegło pół Ameryki za filmowym Forrestem Gumpem.

Myśląc o tym, pomyślmy jednocześnie o cudzie, który jakiś czas temu się wydarzył. Świat zakochał się w Polsce. Przestał widzieć w nas wyłącznie skansen błędów, braków, wstydu. Dziaj zachwyca się tym, czym Polska jest tu i teraz. W nagłówkach zagranicznych gazet i na internetowych platformach dokonuje się niezwykła, metamorfoza postrzegania Polski. Cudzoziemcy, znużeni chaosem i niepokojem własnych metropolii, odkrywają w Polsce fascynujący mikrokosmos. Mówią z poruszeniem i zachwytem o naszej kulturze, tradycji, historii, architekturze, polskim krajobrazie, języku polskim, ale też o nas z bardzo osobliwą mądrą świadomością ukształtowaną w dużym stopniu przez wiarę. Czy to jest tylko jakiś incydentalny poryw fascynacji czymś dotąd nieznanym? Z pewnością nie. Sądzę, że jest to skutek autentycznego głębokiego przeżywania piękna naszej Ojczyzny, o którym tak wielu z nas zapomina, którego nie może dostrzec, bo algorytmy naszego narodowego życia są projekcją tych, których umysły podłączone są do umysłu tkacza obrazów. Przerażające w tym jest to, że powielają oni mity mające swoje korzenie w ciemnych czasach zaborów, tworzone na krosnach pogardy zaborców dla naszej narodowej wyjątkowości i osobliwości. Wystarczy choćby przyjrzeć się polskim współczesnym filmom, spektaklom teatralnym, współczesnej polskiej literaturze, żeby się o tym przekonać. To są często demobilizujące teksty kultury, przedstawiające Polskę jako demoniczny, mroczny kraj, zamieszkały przez ludzi o wilczych sercach. A my? My, cały swój wysiłek poświęcamy temu, by rozważać wyraz po wyrazie tego, co właśnie powiedział tkacz obrazów. Dzielimy jego słowa na litery, jakbyśmy chorobliwie i nierozerwalnie byli związani z tymi, którzy chcą być oprawcami naszych dusz. Tym samym trujemy siebie miazmatami ich myśli, popadając w grzech niewidzenia, zapominania o tym, co najważniejsze i prawdziwe. I tak sobie myślę, że czy już nie najwyższy czas, żeby Polacy, tak jak wielu dzisiaj cudzoziemców, zakochali się w swojej Ojczyźnie i zaczęli ją na nowo poznawać, o niej razem rozmawiać, na nowo zacząć odkrywać jej historię, w której jest mnóstwo zapomnianych już wydarzeń świadczących o mądrości Polaków – i tej społecznej, i tej militarnej, i tej humanistycznej oraz naukowej. Może najwyższy czas, byśmy zdobyli się na wielki algorytm dumy z własnej Ojczyzny i zaczęli opowiadać nasz świat naszym prawdziwym językiem, szeroko się rozglądając, a nie językiem tkacza obrazów, który nigdy ze swadą i podziwem nie mówił o polskiej historii, o polskiej kulturze, który wręcz odwrotnie, próbuje wyrwać nas z „polskiej nienormalności” i zaciągnąć pod brukselski pręgierz, by nie być Polakiem „rozłamanym”. Może najwyższy czas na nasze polskie odrodzenie. Tak jak ludzie renesansu na nowo zakochali się w antyku, tak my w naszych opowieściach, narracjach może na nowo stańmy się zakochani w Polsce, zacznijmy ja odkrywać w naszych codziennych rozmowach, ale publicznych rozmowach Zacznijmy mieć własne tematy, a nie te narzucone przez niego. Zacznijmy mówić o tym, co ważne naprawdę. Tkacza warto zostawić jemu samemu przy jego krosnach, a zaraz się przekonamy, że zacznie się plątać i już nie będzie wiedział, co ze sobą zrobić, jak to się dzieje, kiedy wyjeżdża pociągiem za granicę, by spotkać się ze swoimi znajomymi.


"Pisz piórem, kochany Francesco. Słowa pisane mieczem nie są trwałe. Pióro i zeszyt to prawdziwe fundamenty prawdziwego mocarstwa." Bolesław Miciński

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka