I owszem.Są chichoty życia.Zaskakują nas nagle,jak krzyżak nocą wyłażący spod wyra.Omotaja nasze myśli i zakładają w nich gniazda dla swoich larw.Po to ,by nękać i karmić się niechęcią.Naszą niechęcią dobrze wyhodowaną.I wtedy się zaczyna.Ten piękny lament.Wpierw jest prolog.Ciche zrzędzenie,narzekanie.”nie cierpię Kowalskiego”;szlag mnie trafia ,gdy o niej myślę”;”nie,nie odezwę się już,nie przeproszę!”;”nie doceniaja mnie..” itd. Itd. W nieskończoność.Po wstyd ,że są.Najlepiej je wyciszyć ,ukryć,udać ,że w nas się nie gnieżdżą,to dotyczy innych,my za piękni ,za udany cud natury,by w nas zaświniał pejzaż wewnętrzny.Potem zaczyna się jazda.Chichot przestaje być dzieckiem.I mamy lament.Jak tren starożytny,z płaczkami osobistymi dla wsparcia,wydumanymi osobniczkami w nas,dopieszczanymi celowo,by dokarmiały nasze ego, upewniały o racji i naszem cierpieniu ,upokorzeniu,wyjątkowości stanu bolesnego tak przecież.Och ,jak przecież bolesnego! Jakież to niesprawiedliwe,że nas dotyka,ta niechęć,ten smutek,ból istnienia,lęk i ucisk koło serca.
205
BLOG
teraz z innej beczki
Bo tak się chce przeżyć ten sen szatański wunderbarycznie
(wunderbar-cudnie,pięknie,niesłychanie).Bezboleśnie,pogodnie,zgodnie.A tu tu„taniec pingwina na lodzie”.
To co zrobić? Myśl obsesyjna dręczy.
I niech dręczy.To,co męczy nas wytrwale,jest dobrym ćwiczeniem,tresurą która wzmacnia.Daje siłę.Daje wiedzę.Daje odporność.Daje siebie bardziejj uczłowieczonego.
I kończę,bo dalej już pewnie czytać wam się nie chce.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)