Łukasz Bardziński Łukasz Bardziński
168
BLOG

Prawica w twierdzy

Łukasz Bardziński Łukasz Bardziński Polityka Obserwuj notkę 0

 Trwa przysłowiowa obrona Częstochowy, największa partia opozycyjna, wraz ze sprzyjającymi jej środowiskami znajduje się w twierdzy, bez końca przyjmuje ciągłe ataki i nie ma zamiaru nic z tym zrobić, a kiedy pojawia się jakiś „Kmicic”, który proponuje chociażby atak na jedną z najpotężniejszych armat przeciwnika, natychmiast jest wyrzucany poza mury obronne z piętnem zdrajcy. 

 
Pisząc o ataku na armatę nie mam na myśli ciągłego kwękania na dziennikarzy i mainstreamowe media., bo że te są nieobiektywne nie jest tajemnicą, że należy punktować ich obłudę też nie jest wielka filozofią, ale to aby wejść z nimi w dialog, podjąć walkę w czasie primetimu i starać się dotrzeć do nieprzekonanych, zamiast mówić swoim sympatykom- widzicie jak nas źle traktują, ale to . wydaje się już ponad siły prawicy zamkniętej w twierdzy. Oczywiście bywa tak, że zwyczajnie w studio panuje dysproporcja sił, lub przedstawiciel prawicy nie jest zapraszany, tylko z drugiej strony, ktoś też wpadł kiedyś na pomysł aby bojkotować prorządową stacje telewizyjną. Jeżeli osoby reprezentujące PiS w TVN nie dają sobie rady, może warto zastanowić się nad zmianami na pierwszej linii frontu medialnego. Czy naprawdę nie ma atrakcyjnych i mających coś ciekawego do powiedzenia twarzy po prawej stronie?
Spójrzmy na Wojciecha Cejrowskiego, owszem nie jest politykiem, ale o obecnej władzy wypowiada się równie ostro jak prezes PiS, jego ciemnogrodzkie poglądy nawet w największej partii opozycyjnej mogłyby uchodzić za bardzo radykalne, a jednak jest on wręcz pożądany w TV,  wywiady z nim są hitami internetu etc., ma on po prostu medialną osobowość, która sprawia, że jest w mediach oczekiwany. Jego największym atutem jest przede wszystkim naturalność i zdolność mówienia o wielkich ideach bez nadęcia, czym potrafi dotrzeć również do ludzi młodych. 
Bo przekaz w dzisiejszych czasach jest najważniejszy, i nie tylko to „co” ale i „jak” przekazujemy. 
Ciężko posądzić o dobrą komunikację sztab, który w świecie twittera i jego 140 znaków, komunikuje się ze swoimi działaczami za pomocą kilkustronicowych listów, tłumaczących, że ci właśnie przed chwilą wypchnięci poza mury twierdzy są zdrajcami. 
 
Wciąż mówi się o zagospodarowaniu młodego elektoratu, przez pewien okres w ostatniej kampanii, wydawało się, ze trafił do niego PiS, jednak na finiszu, stracił go na rzecz diametralnie odmiennego Palikota. Ten ostatni zrozumiał, że to co trafia do młodych to happening, event, a nie gadające głowy i zbił na tym polityczny kapitał. 
W skrajnej opozycji do Palikota mamy środowisko Gazety Polskiej, również nie stroniące od eventów, ale palenie kukły, to już nie te czasy i nie to miejsce, podobnie z zapatrzeniem w kibiców, owszem jest to w części wartościowe środowisko, ale z uwagi na fakt, że w społeczeństwie są oni postrzegani przez pryzmat czarnych owiec, zbytnie spoufalanie się nie jest wstanie przełożyć się na sukces wyborczy, o modzie na konserwatyzm, która jest niezbędna dla takiego sukcesu, nie wspominając. 
A konserwatyzm naprawdę może być trendy, nikt nie zarzuci środowisku Frondy, że jest sztywniackie, tym bardziej nikt osoby związanej z Fundacją Republikańską nie nazwie oszołomem, o Instytucie Sobieskiego czy środowisku Teologii Politycznej nie wspominając. Owszem są to środowiska elitarne, ale czy nie można by ich zacząć rozwijać troszkę na kształt klubów Gazety Polskiej, - np. Klub Frondy w każdym większym mieście, czy Kluby Republikańskie na uczelniach, a być może i w szkołach średnich. Nie chodzi tutaj o upartyjnianie środowisk, a o pokazanie, że istnieją formy działalności prawicy bezpośrednio z politykom nie związane, a przynoszące wiele pożytku. 
I chyba dochodzimy tutaj do istoty zwycięstwa prawicy w Polsce, nie wielkie projekty polityczne, które owszem są potrzebne, ale nie przyniosą sukcesu ( w demokracji nie przekładają się na sukces wyborczy), ale środowiska, które są otwarte na ludzi z zewnątrz, działające w lokalnych środowiskach i nie ograniczające się tylko do akcji stricte politycznych czy związanych marszami pamięci, są drogą do zwycięstwa. Społeczeństwo musi zobaczyć, że konserwatyzm, to tez młodzi aktywni ludzie, działający również na polu kultury czy sportu. W walce o rząd dusz nad społeczeństwem, nic lepszego niż długi marsz, który od lat prowadzi lewica, nie wymyślono, pora aby i prawica uczyniła pierwsze  kroki na tej długiej drodze. 
Jest do tego jednak potrzeba dłuższa refleksja i dyskusja, bo trzymanie się jednej strategii w nadziei, że przyniesie skutek nie jest najlepszym pomysłem. 
Dochodzimy tutaj do kwestii, która była zaczątkiem sporu pomiędzy Łukaszem Warzechą a Rafałem Ziemkiewiczem, czyli film Joanny Lichockiej „Przebudzenie”. 
Ta dyskusja, której, w całości,  nie chciałbym tutaj analizować doskonale pokazuje istotę problemu. 
Film „Przebudzenie”  to doskonały „znak czasu” i jest jak najbardziej potrzebny, Joanna Lichocka świetnie udokumentowała „jak było” i potrafię zrozumieć autorkę, że miała jak najlepsze intencje. Problem w  tym, że nie można się ograniczać do takich filmów, bo one wywarzają drzwi już otwarte, ale nie otwierają tych które są zamknięte. „Przebudzenie” utwierdzi uczestników marszów pamięci, że są otoczeni przez lemingi, ale tylko oni mają monopol naprawdę i są moralnymi zwycięzcami. Problem w tym, że moralne zwycięstwo nie przynosi żadnych realnych skutków. Może warto dotrzeć do innych środowisk, które w tej chwili „Przebudzenie” określają PiSowską agitką, innym sposobem. Skoro tak drażni ich rozmowa o Tragedii Smoleńskiej, o pamięci o jej ofiarach, to nie ma sensu iść na czołowe zderzenie. Może warto skupić się na pokazaniu Pierwszej Pary od innej strony, czy nie warto się skupić o poczuciu humoru Lecha Kaczyńskiego, na ciepłej aurze Marii Kaczyńskiej, na ich kontaktach ze światem kultury? Czy Janusza Kurtykę nie warto przywoływać poprzez projekty związane z żołnierzami wyklętymi, które można przygotować w sposób niezwykle atrakcyjny dla młodych ludzi. Szczególnie ten ostatni temat, jest bardzo wdzięczny przy różnych eventach, które mogłyby trącić kontrowersją, bo czy nie byli to buntownicy, którzy walczyli z systemem? Taka wizja mogłaby być bardzo atrakcyjna dla młodych ludzi, którzy w okresie młodzieńczego buntu szukają jakiejś przynależności grupowej i często z braku alternatywy wpadają w uściski środowisk tj. Krytyka Polityczna. 
Czytelnik może tutaj postawić autorowi zarzut, że podchodzę do polityki w sposób PRowski, że zamiast mówić coś wprost proponuję „przeciwnika” okrążyć i zaatakować od strony z której czuje się bezpieczny. Tylko warto się zastanowić, czy jest to zarzut. W dzisiejszych czasach, nie sposób uniknąć tak zwanych działań PRowskich, zwyczajnie bez nich polityk jest bezbronny. Wierzę, też że PR może nie tylko służyć maskowaniu nieudolności rządu, ale być skutecznym orężem ideowców, którzy naprawdę chcą coś z kraju zmienić. W przeciwnym razie ideowcy, pozostaną okopani w wielkiej twierdzy, która niezauważalnie, ale będzie się kurczyć, mury będą burzone, aż z wielkiej prawicowej armii zostanie garstka w małym pomieszczeniu, które już nie będzie twierdzą, a złota klatką lub więzieniem. 
Tezy, które tutaj zostały przedstawione zdają się potwierdzać informacje  z za oceanu, oto bardzo ideowy obrońca życia Rick Santorum, skazany w prawyborach na porażkę, pozbawiony ogromnych funduszy, jakimi dysponuje konkurencja (faworyt Romney ma 100 krotnie większy budżet), zajmuje 2 miejsce w prawyborach w stanie Iowa, przegrywając różnicą 8 głosów (oddano 122 tys.). Sekretem jego sukcesu była skuteczna kampania wyborcza, oparta głownie z uwagi na ograniczenia finansowe, na spotkaniach z wyborcami.  Więc, z małym budżetem, bez poparcia establishmentu jednak można nawiązać równorzędną walkę! Zwracam uwagę, że Santorum nie ograniczał się do spotkań ze swoim sztabem, czy zadeklarowanymi sympatykami, on przychodził do ludzi spotykając się z nimi m.in. w pizzeriach (zresztą podobne metody stosował również G.W.Bush, pomimo poparcia establishmentu Partii Republikańskiej i ogromnych pieniędzy, o czym pisze w swoich wspomnieniach). 
 
Kończąc warto jeszcze zwrócić uwagę, na konsekwencję w działaniu, kampanii wyborczej nie wygrywa się w miesiąc, kupując nowe, modne  garnitury i przyjmując na kilkadziesiąt dni nową strategię. Taka metoda działania powinna być obliczona na miesiące a nawet lata. Zdaniem autora PiS miał świetny pomysł z „Aniołkami”. Wymyślono je kilka lat temu, by szybko kobiecą twarz partii porzucić, w odmłodzonej wersji pojawiły się jesienią 2011 roku na czas kampanii i wraz z nastaniem ciszy wyborczej zniknęły. Żaden „Aniołek” do Sejmu się nie dostał, ale to nie oznacza, że ta strategia była zła, dziewczyny miały miesiąc by z politycznego niebytu trafić do pierwszej ligi. Żadnej się to nie udało, ale to nie oznacza porażki akurat w ich przypadku. Strategia mogła być dobra, ale nie w tak krótkim czasie. Zamiast ją porzucić i puścić przekaz do społeczeństwa- wykorzystaliśmy dziewczyny przy wyborach i już są nam niepotrzebne, możemy o nich zapomnieć, należało kontynuować taką kampanie przez kolejne miesiące. Mogłyby być to spoty, filmiki w internecie, oddanie głosu na konferencji, czy cykl spotkań. Oczywiście łatwiej jest istnieć medialnie z perspektywy posła, ale gdyby była taka wola zapewne znalazłby się sposób na dalsze medialne trwanie „Aniołków”. Właśnie po przegranych wyborach, nadal obecne w mediach dałyby przekaz: „Jesteśmy tutaj, nie tylko dzięki urodzie, która ma przyciągać elektorat, jesteśmy inteligentne, mamy pasje i możemy wiele wnieść do polityki, jesteśmy głosem młodego pokolenia w największej partii opozycyjnej. PiS stawia na młodych, liczy się z nami i nie zapomina o nas”. Niestety zamiast tego mieliśmy seans „kłótni w rodzinie”. Czy wieści o wewnętrznych sporach i wyrzucaniu działaczy przyniosą coś dobrego? Z pewnością nie, a czy PiS z „Aniołkami” wciąż aktywnymi w partii mógłby przyciągnąć zainteresowanie młodych ludzi, i w przyszłości zaprocentować „Aniołkami” w Sejmie? Szansa na to byłaby duża. Jednak nastawienie na pozyskanie sympatii młodego pokolenia, otwarcie na nowe środowiska, chęć zaciekawienia ludzi czymś nowym wymaga opuszczenia twierdzy i ruszenia z ofensywą, co wcale nie musi oznaczać porzucenia fundamentów, na których ta twierdza została zbudowana. 
 
 
 

urodzony w roku 1984, marzy o świecie będącym przeciwieństwem książki Orwella, z której tytułem jego urodziny się zbiegły. Politolog, przez monarchistów uznany za przedstawiciela romantyzmu politycznego. Uwielbia poznawać świat i odkrywać pozapolityczne aspekty romantyzmu. Pisze i czyta w dużych ilościach. Najlepiej przy akompaniamencie dobrego rocka w tle.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka