Teczuszka Stańczyka
Oto naści twoje wiosło: błądzący w odmętów powodzi, masz tu kaduceus polski, mąć nim wodę, mąć.
495 obserwujących
709 notek
4033k odsłony
  8175   4

Pozostaję smoleńskim agnostykiem

Nie ma żadnych nowych dowodów czy faktów, które pozwalałyby Jarosławowi Kaczyńskiemu twierdzić z niezachwianą pewnością, że w Smoleńsku doszło do zamachu. A to każe postawić pytanie o motywy jego postępowania.

***

W dalszej części tekstu zajmowałem się szczegółowymi pytaniami, na które warto było odpowiedzieć w tamtym momencie, ale dzisiaj nie mają one już większego znaczenia. We fragmencie, który wyżej przedstawiłem, zawarły się zręby mojego stanowiska, które zajmuję niemal od początku, a dziś jestem go bardziej pewien niż kiedykolwiek: nie wiemy nic; nadal różne hipotezy są możliwe. W tym i ta – w moim tekście jej nie ma – że katastrofa była wynikiem błędu pilotów. Jakiś czas po 10 kwietnia pojawiły się teksty – w tym słynny artykuł Pawła Reszki i Michała Majewskiego – pokazujące bałagan i niedbalstwo w pułku specjalnym, zajmującym się wówczas transportem VIP-ów.

Swoją postawę nazywam smoleńskim agnostycyzmem.

W zacytowanym fragmencie tekstu podkreśliłem współcześnie passus, który wydaje mi się szczególnie ważny, a który dotyczy potencjalnych korzyści z wyeliminowania z polskiego życia publicznego dużej grupy osób, niezależnie od wyniku wyborów prezydenckich. Gdy spojrzeć na polskie życie publiczne po 2010, a szczególnie po 2015 r., widać, jak bardzo miałem rację. Gdyby żyli ludzie tacy jak Janusz Kochanowski, Władysław Stasiak, Sławomir Skrzypek, a przede wszystkim sam Lech Kaczyński – można założyć z dużym prawdopodobieństwem, że polska polityka nie byłaby robiona tak ordynarnie na rympał. Do tego należy dodać korzyść naszych wrogów z samego wewnętrznego sporu, wzbudzanego sprawą Smoleńska.

Jednak przez 12 lat nie zobaczyliśmy śladu absolutnie pewnego dowodu. To, co przekazali nam Rosjanie w ramach oficjalnej współpracy, nie mogło i nie może dzisiaj tym bardziej budzić zaufania. Badania, prowadzone pod egidą Antoniego Macierewicza, opierały się na części danych – tych, które były dla Polaków dostępne – oraz na arbitralnych założeniach, domysłach, poszlakach. Rozłam w środowisku ekspertów, z których część w pewnym momencie odmówiła żyrowania kierunku zamachowego, całkowicie zakwestionował wiarygodność jakichkolwiek wniosków środowiska Macierewicza. Jeśli dziś – piszę ten tekst jeszcze przed wieczornym wystąpieniem Jarosława Kaczyńskiego – prezes PiS twierdzi, że ma pewność, iż doszło do zamachu, to jest to twierdzenie lub odczucie całkowicie bezpodstawne. Kaczyński pewności żadnej mieć nie może, bo nie pojawiły się żadne twarde powody, aby mógł ją mieć. Jak się zdaje, całe jego przekonanie opiera się wzięciu pod uwagę, jak dzisiaj zachowuje się Rosja. Ale przecież identycznie zachowywała się już w 2014 r. To jedynie poszlaka, nic więcej.

Stanowczość, z jaką dzisiaj Jarosław Kaczyński stawia sprawę, musi zatem prowadzić do pytania o miejsce jego samego w polskiej polityce i powody jego działania. Prezes PiS nie jest prywatną osobą. Jeżeli stwierdza, że jest pewien, iż Rosja przeprowadziła skuteczny zamach na polskiego prezydenta, jego brata, to mówi to jako wicepremier, prezes rządzącej partii i faktycznie najważniejsza osoba w państwie.

Unikałem stawiania tego pytania bardzo długo, również dlatego, że przez lata nie było dla niego wystarczającego uzasadnienia, ale teraz niestety jest, więc postawić je trzeba: do jakiego stopnia obecna polityka wobec wojny rosyjsko-ukraińskiej, jaką próbuje prowadzić pan prezes, wynika z jakiejkolwiek kalkulacji z uwzględnieniem interesu polskiego państwa, a w jakiej z jego osobistej traumy po stracie najbliższej osoby?

Nie rozstrzygam, jaka jest odpowiedź. Jednak gdy zastanowić się nad drogą polityczną i osobistą Naczelnika, wnioski mogą budzić obawy. Dekady oderwania od normalnego życia, dekady skupienia wyłącznie na polityce, od lat, od śmierci pani Jadwigi Kaczyńskiej, praktycznie brak jakichkolwiek osobistych zobowiązań, otoczenie dworem czapkujących sługusów, brak umiejętności korzystania z technologii, a więc odcięcie od prądu opinii, który najmocniej zaznacza się już od lat w internecie, a nad tym wszystkim trauma 2010 r.

10 kwietnia 2010 r. będzie jednym ze zdarzeń definiujących najnowszą historię Polski. To jest jasne i oczywiste; próby lekceważenia tamtego dnia – dziś zresztą rzadsze niż sześć czy dziesięć lat temu – nie mają sensu. Zarazem dla kolejnych wkraczających w życie pokoleń będzie to coraz bardziej data czysto historyczna i to również trzeba brać pod uwagę.

Gdy zaś sam siebie pytam, czy wierzę, że za mojego życia katastrofa zostanie przekonująco wyjaśniona, odpowiadam sam sobie: wątpię.


Lubię to! Skomentuj215 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka