Źródło: niezlasztuka.net
Źródło: niezlasztuka.net
Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha
5947
BLOG

Wstyd za Polskę i Polaków, czyli ojkofobia w natarciu

Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha Patriotyzm Obserwuj temat Obserwuj notkę 76
Ludzie wstydzący się za Polskę i Polaków są rdzeniem elektoratu obecnej koalicji. Ale kiedy to się zaczęło? Kiedy ojkofobia stała się ważnym czynnikiem polskich wyborów?
Wyszukiwanie miejsca w polskiej historii, gdzie rozpoczęły się rozmaite trendy lub gdzie miały początek określone cechy narodowego charakteru, jest zajęciem pasjonującym, ale też nawet dla zawodowych historyków momentami arcytrudnym i nawet płonnym. Kiedy czyta się wielkie dzieła podsumowujące polskie dzieje, widzimy, że coś – jakaś skłonność, tendencja, zachowanie – zaczyna się nagle pojawiać, a potem staje się powszechne. Ale skąd się wzięło?
Poseł Paweł Kowal, który w mojej opinii w polskim Sejmie reprezentuje bardziej interesy Ukrainy niż polskie (choć na tle reszty polskiej klasy politycznej aż tak bardzo się w tym nie wyróżnia), był łaskaw wygłosić następujące stwierdzenie w wywiadzie dla portalu Interia, komentując kwestię ludobójstwa na Wołyniu: „Jedni [mordercy] byli narodowości ukraińskiej, drudzy polskiej. Nie uznajemy zmiany tej granicy, której dokonano w 1939 r. To była część Polski pod okupacją niemiecką lub nieformalną okupacją sowiecką. Zbrodnia nie obciąża państwa ukraińskiego, bo nie istniało”. Jednocześnie – trzeba dodać gwoli uczciwości – pan poseł określił tę zbrodnię jako ludobójstwo.
To bardzo interesujące podejście, bo oznaczałoby na przykład, że polskie państwo nie musi wykonywać żadnych gestów, związanych z marginalnymi – ale jednak przecież będącymi faktem – przypadkami szmalcownictwa czy denuncjowania Żydów z powodów ideologicznych, lub w sprawie postępowania granatowej policji podczas okupacji. Na wszelkie tego dotyczące roszczenia mielibyśmy prawo odpowiedzieć dokładnie tak samo jak mówi teraz Paweł Kowal w sprawie ludobójstwa na Wołyniu: Polska wtedy nie istniała, jedni byli polscy obywatele przyczyniali się do śmierci drugich byłych polskich obywateli, była to więc co najwyżej wewnętrzna polska sprawa, a właściwie wyłącznie niemiecka – co ma dzisiaj do tego polskie państwo?”. A jednak takiego wybiegu nie używamy.
Przeciwko podejściu pana posła świadczy przede wszystkim fakt, że współczesne ukraińskie państwo wzięło ludzi z obozu ukraińskich nacjonalistów na sztandary i dumnie się z tym obnosi (podczas gdy polskie państwo wszelkie przejawy kolaboracji z Niemcami podczas okupacji uznaje za haniebne). W narodowym panteonie Ukrainy, także tej z okresu po 24 lutego, trwają i pysznią się zarówno Bandera, jak i Szuchewycz oraz pomniejsze postaci obozu OUN. Poczesne miejsce zajmują symbole ukraińskiego obozu nacjonalistycznego, który był ideowym projektodawcą, a jego członkowie – wykonawcami straszliwego mordu na Polakach. Poprzez te działania państwo ukraińskie jak najbardziej bierze na siebie odpowiedzialność za wydarzenia na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej z roku 1943 oraz późniejszych. Polskie państwo zaś ma obowiązek upominać się o ekshumacje, pochówki oraz nieustannie protestować przeciwko obecności banderowskich symboli i bohaterów w przestrzeni publicznej. Pisałem o tych sprawach bardziej szczegółowo wielokrotnie w przeszłości, nie będę więc tutaj powtarzać swoich argumentów.
Postawa Pawła Kowala – niezależnie od jego możliwych osobistych, specyficznych motywacji – jest bardzo charakterystyczna dla zjawiska, które za sir Rogerem Scrutonem można nazwać ojkofobią. Scruton stworzył ten termin łącząc dwa greckie słowa: οἶκος, czyli „dom”, oraz φόβος, czyli „strach”. Brytyjski filozof stosował termin „ojkofobia” jako antonim dla terminu „ksenofobia” (ξένος to po grecku „obcy”).
Gdyby rozejrzeć się po dzisiejszym krajobrazie politycznym, okazałoby się, że zaludniają go w dużej mierze ojkofobii oraz że ojkofobię można przypisać dużej części Polaków. W pewnym uproszczeniu można by nawet powiedzieć, że obecna koalicja doszła do władzy w sporym stopniu na bazie ojkofobicznego sentymentu. Znów: zastrzegam, że w tak krótkim tekście konieczne są daleko idące uproszczenia, bo temat wymagałby obszernego studium. Trudno jednak nie dostrzec, że niechęć wobec Polski i polskości jest istotnym elementem „nowoczesności”. Składa się na nią wiele przekonań: że Polacy nie wymyślili właściwie nigdy nic godnego uwagi, że nasze rozwiązania ustrojowe zawsze były głupie, że demokracja szlachecka była jakimś potworkiem, że tylko wzorując się na Zachodzie możemy do czegoś dojść, wreszcie, że interes innych jest ważniejszy od naszego. Stąd taka chęć do kajania się przed Izraelem czy Ukrainą. W tym ostatnim przypadku dochodzą i inne emocje. Ludzie, którzy prezentują skrajnie proukraińskie stanowisko, doznają jednocześnie swoistej ekstazy moralnej (przypominającej tę, będącą udziałem na przykład wielbicieli Jerzego Owsiaka), czując, że stają po stronie skrzywdzonych nawet wbrew własnemu interesowi, a w dodatku mogąc się dołączyć do chóru potępień wobec agresora. A jeszcze przyjemniej się robi, kiedy własną postawę można przeciwstawić jakiejś domniemanej ciemnocie, takiej jak choćby protestujący rolnicy, dzięki czemu można poczuć się członkiem warstwy wyższej niż jakieś tam chłopstwo. Lecz kiedy się to zaczęło?
To nie jest postawa nowa. W „Panu Tadeuszu” – którego w całości nowoczesna pani minister zamierza wykreślić z listy lektur (to zbrodnia na polskiej świadomości i tożsamości) – mamy wszak pamiętne fragmenty z Księgi I:

Wtem brząknął w tabakierę złotą Podkomorzy,
I rzekł: «Mój Sędzio, dawniej było jeszcze gorzéj!
Teraz, nie wiem, czy moda i nas starych zmienia,
Czy młodzież lepsza, ale widzę mniej zgorszenia.
Ach, ja pamiętam czasy, kiedy do ojczyzny,
Pierwszy raz zawitała moda francuszczyzny!
Gdy raptem paniczyki młode z cudzych krajów
Wtargnęli do nas hordą gorszą od Nogajów,
Prześladując w ojczyźnie Boga, przodków wiarę,
Prawa i obyczaje, nawet suknie stare.
Żałośnie było widzieć wyżółkłych młokosów,
Gadających przez nosy, a często bez nosów,
Opatrzonych w broszurki i w różne gazety,
Głoszących nowe wiary, prawa, toalety.
Miała nad umysłami wielką moc ta tłuszcza;
Bo Pan Bóg, kiedy karę na naród przypuszcza,
Odbiera naprzód rozum od obywateli.
I tak, mędrsi fircykom oprzeć się nie śmieli,
I zląkł ich się jak dżumy jakiej cały naród,
Bo już sam wewnątrz siebie czuł choroby zaród.
Krzyczano na modnisiów, a brano z nich wzory;
Zmieniano wiarę, mowę, prawa i ubiory.
Była to maszkarada, zapustna swawola,
Po której miał przyjść wkrótce wielki post — niewola!
Pamiętam, chociaż byłem wtenczas małe dziecię,
Kiedy do ojca mego, w Oszmiańskim powiecie,
Przyjechał pan Podczaszyc na francuskim wózku,
Pierwszy człowiek, co w Litwie chodził po francusku.
Biegali wszyscy za nim, jakby za rarogiem,
Zazdroszczono domowi, przed którego progiem
Stanęła Podczaszyca dwukolna dryndulka,
Która się po francusku zwała karyjulka:
Zamiast lokajów, w kielni siedziały dwa pieski,
A na kozłach Niemczysko chude na kształt deski;
Nogi miał długie, cienkie jak od chmielu tyki,
W pończochach, ze srebrnymi klamrami trzewiki,
Peruka z harbajtelem zawiązanym w miechu.
Starzy na on ekwipaż parskali ze śmiechu,
A chłopi żegnali się, mówiąc: że po świecie
Jeździ wenecki diabeł w niemieckiej karecie.
Sam Podczaszyc jaki był, opisywać długo;
Dosyć, że się nam zdawał małpą lub papugą
W wielkiej peruce, którą do złotego runa
On lubił porównywać, a my do kołtuna.
Jeśli kto i czuł wtenczas, że polskie ubranie
Piękniejsze jest niż obcej mody małpowanie,
Milczał; bo by krzyczała młodzież, że przeszkadza
Kulturze, że tamuje progresy, że zdradza! [podkr. Ł.W.]
Taka była przesądów owoczesnych władza!

Nie jest to zresztą jedyny taki fragment w naszej genialnej epopei narodowej, którą nowa władza zapobiegliwie chce ukryć przed kolejnym pokoleniem.
(Tu wyjaśniam tajemniczy być może dla niektórych fragment: „Żałośnie było widzieć wyżółkłych młokosów, / Gadających przez nosy, a często bez nosów”. Odpadnięcie gnijącego nosa było jednym z prawdopodobnych skutków zaawansowanej choroby wenerycznej, będącej skutkiem rozwiązłego trybu życia.)
Oczywiście mamy też dzisiaj drugą stronę tego równania, która reprezentuje wersję turbo „Pamiątek Soplicy”, stawiając na sklerotyczny, sztuczny, obowiązkowy patriotyzm. Ale to inna bajka i nią się tu dzisiaj nie zajmuję.
Zatem znów: kiedy to się zaczęło? Nasza narodowa mitologia utrudnia poszukiwanie rzetelnej odpowiedzi na to pytanie, ponieważ wybija momenty chwalebne, maskując choćby to, że powstanie styczniowe nie było przecież bynajmniej powszechne. Rząd Narodowy był tajną strukturą, pod jego kontrolą pozostawały pojedyncze obszary, walka była w dużej mierze partyzancka, a duża część Polaków z Królestwa Polskiego miała dość szybko dość destabilizacji i bynajmniej powstańców masowo nie wspierała. Twierdzenie, że Polacy w XIX w. w ogromnej większości myśleli o niepodległości i zafascynowani byli polskością, jest zwyczajnie nieprawdziwe. Aczkolwiek polskość miała wciąż gigantyczną siłę przyciągania i oddziaływania. Były przypadki takie jak Wojciech Kętrzyński, patron dzisiejszego Kętrzyna, dawnego Rastenburga, albo Teodor Parnicki, jeden z moich ulubionych pisarzy, których polskość po prostu wessała i którzy dokonali wyboru tej tożsamości, choć mogli wybrać inną.
W Muzeum Narodowym we Wrocławiu możemy zobaczyć obraz Bernardo Belotto zw. Canaletto, zatytułowany „Wjazd Jerzego Ossolińskiego do Rzymu w roku 1633”. Obraz pokazuje jeden z najwspanialszych epizodów z czasów wciąż wówczas istniejącej potęgi Rzeczypospolitej. Oto Jerzy Ossoliński wraz ze swoim orszakiem wkracza do Wiecznego Miasta w niedzielę 27 listopada 1633 r. jako poseł polskiego króla Władysława IV Wazy, aby podreperować relacje z Watykanem. Po drodze olśniewa niełatwych przecież do zaskoczenia Rzymian: sypie – dosłownie – pieniędzmi w tłum (własnymi, bo poselstwo odprawowano za własne pieniądze), konie z orszaku gubią złote podkowy, celowo słabo przybite, ludzie stoją oniemieli. Ta entrada wchodzi do legendy.
Ossoliński to dumny Polak, ale też całą gębą Europejczyk. Studiował w Austrii, Holandii, Francji i we Włoszech. Mówił świetnie kilkoma obcymi językami, w tym znakomicie po łacinie, czym wprost oczarował papieża Urbana VIII. Jego poselstwo odniosło sukces. Gdyby w tamtej dobie ktoś zaczął dowodzić, że mamy się wstydzić bycia Polakami albo że powinniśmy się niewolniczo wzorować na obcych – popukano by się w czoło.
Sięgnijmy zresztą głębiej w przeszłość. Wszak nasi najwybitniejsi humaniści, z Janem Kochanowskim na czele, byli tak zwanymi padewczykami – absolwentami jednego z najlepszych europejskich uniwersytetów – w Padwie. Wracali ze studiów do kraju, gdzie jakoś udawało im się nie popadać w bezmyślny zachwyt nad tym, jak jest „na Zachodzie” (choć tego pojęcia wówczas jeszcze nie używano). Inna sprawa, że w tamtym czasie ów Zachód był kulturowo w całkiem innym miejscu niż jest dzisiaj i tworzył ciągłość myślenia i wartości z renesansową Polską.
Co się takiego zmieniło między dniem, gdy Ossoliński tryumfalnie wjeżdżał do Rzymu a momentem zgryźliwie opisywanym przez Podkomorzego? Dziś kontynuacją pana Podczaszyca są fajnopolacy, stanowiący rdzeń elektoratu Koalicji Obywatelskiej i sporą część wyborców pozostałych partii koalicyjnych.
Na jedno natomiast warto zwrócić uwagę: zmiany, jakie chce w programie nauczania wprowadzić nowa władza, mają wyeliminować nie tylko istotne punkty zaczepienia dla polskiej tożsamości. Mają też skasować ze świadomości te momenty, które pozwalają nam leczyć się z ojkofobii, jednak nie zasadzie takiej, jaką trafnie wykpiwał w genialnym „Trans-Atlantyku” Witold Gombrowicz, ale poprzez całkowite pozbycie się kompleksów: i wyższości, i niższości.

Oto naści twoje wiosło: błądzący w odmętów powodzi, masz tu kaduceus polski, mąć nim wodę, mąć. Do nieznajomych zwracamy się "pan", "pani".

Nowości od blogera

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo