Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha
4992
BLOG

Pies nie „zmarł”, pies zdechł

Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha Społeczeństwo Obserwuj notkę 161
W bambizmie chodzi nie tyle o wyniesienie zwierząt do statusu ludzi, ale raczej o obniżenie statusu ludzi. Przerażające jest, jak wiele osób deklaruje, że gotowe są zabić człowieka w odwecie za zabicie zwierzęcia.

Istnieją pewne tematy, które niezawodnie wzbudzą w mediach społecznościowych wielkie oburzenie części odbiorców. Pomijam sprawy w tak oczywisty sposób emocjonalnie naznaczone jak aborcja. Ale to również dyskusje o klimacie i przyczynach jego zmian, o walce z motoryzacją, a przede wszystkim o zwierzętach.

Jeden z najbardziej krwiożerczych i zdegenerowanych rzymskich cesarzy, Kaligula, miał ulubionego konia, zwanego Incitatus („Pobudzony”). Tegoż konia mianował senatorem. Cel był dla wszystkich obserwujących jasny: deprecjacja senatu, uderzenie w senatorów, pokazanie swojego jedynowładztwa, ale też pogardy dla ludzi. Tego typu gest doskonale komponował się z charakterem Kaliguli: sadysty, socjopaty, mordercy. Powszechnie odebrano czyn Kaliguli jako pogardliwy wobec ludzi, ponieważ dla każdego było jasne, że koń to nie człowiek. Że próba zrównania zwierzęcia z ludźmi jest chora i nienormalna. Można całkiem serio postawić pytanie, czy gdyby Kaligula żył w dzisiejszych czasach, reakcja byłaby identyczna. Być może w „Gazecie Wyborczej” przeczytalibyśmy artykuł z następującym lidem: „Kaligula, kontrowersyjny władca Cesarstwa Rzymskiego, kocha zwierzęta. »Mianowanie przez Kaligulę Incitatusa senatorem pokazuje, że koń jest wart więcej niż niejeden człowiek« – mówi »Wyborczej« etyczka, prof. Magdalena Środa”.

Wśród różnych niszczących fundamenty cywilizacji prądów bambizm odniósł jedno z największych, choć ciche zwycięstwo. Zrównywanie zwierząt z ludźmi odbywało się powoli, w dużej mierze w sferze języka, który jest najlepszym narzędziem do manipulowania świadomością. Zawsze warto pamiętać, jak celnie diagnozował to jeden z ideologów współczesnej lewicy, włoski filozof Antonio Gramsci.

Działały również inne czynniki – między innymi migracja ze wsi do miast. Malała zatem – głównie na Zachodzie – liczba osób mających codzienny kontakt ze zwierzętami, a rosła liczba ludzi mających kontakt okazjonalny, jak w zoo, lub trzymających zwierzęta domowe. Wskutek tego postrzeganie zwierząt zmieniało się w kierunku widzenia ich jako stworzeń – a z czasem jako „kogoś” – bliskich człowiekowi emocjonalnie. Słowo „kogoś” należy tu wziąć w cudzysłów, bo jest to już antropomorfizacja. Zwierzę co do zasady nie jest „kimś”, lecz „czymś”. I nie jest to pogląd w jakiejkolwiek mierze kontrowersyjny.

Następnie pojawił się kolejny poziom: przyznanie zwierzętom „praw”. Niestety, takie pojęcie pojawiło się również w polskim obiegu prawnym i to za sprawą PiS (o czym wielu bambistów nie ma pojęcia), z powodu prozwierzęcej obsesji pana Kaczyńskiego. Tymczasem próba przyznania zwierzętom praw to jeden z najgroźniejszych wybryków współczesnego świata. Prawa nigdy nie istnieją w oderwaniu od obowiązków, ale zwierzęta obowiązków nie mają – z oczywistego powodu: nie posiadają samoświadomości i nie są w stanie wypełniać jakichkolwiek obowiązków. Pies nie powstrzyma się od pogryzienia człowieka, bo wie, że nie ma do tego prawa. Kot nie powstrzyma się od wejścia na czyjąś posesję, bo wie, że mu tego nie wolno.

Drugim warunkiem posiadania praw jest umiejętność odróżniania dobra od zła, a tej zwierzęta również nie posiadają. Zwierzęta w naturalnym środowisku zabijają się nawzajem i nie jest to ani dobre, ani złe. Tak po prostu jest. To działanie instynktowne, mieszczące się poza kategoriami moralnymi. Nikt będący przy zdrowych zmysłach nie potępi z etycznego punktu widzenia lwa za to, że upolował antylopę, która opiekowała się młodymi. Podobnie jak nie postawimy przed sądem kota za to, że upolował przypadkowego wróbla.

Poza tym przyznawanie zwierzętom praw rodzi nierozstrzygalny problem granicy, od której te prawa miałyby funkcjonować. Dlaczego właściwie swoje „prawa” miałby mieć pies, a pewnie i koń, ale już nie chomik? A jeśli chomik tak, to może i szczur, bez wątpienia jeden z najinteligentniejszych ssaków żyjących na ziemi? Ale czy w takim razie można wykładać trutki na szczury? A co z akwariowymi rybkami? Co z jaszczurką albo pająkami?

Człowiek ma prawa nawet, jeśli są one ograniczone, tak jak w przypadku osób o ograniczonej poczytalności. Te prawa są gatunkowe – przysługują człowiekowi jako takiemu. Ale jeśli człowiek nie rozumie w pełni natury swoich czynów, to i tak jest traktowany odmiennie niż pozostali. Na przykład może nie zostać skazany za popełnioną zbrodnię. Cóż dopiero mówić o zwierzętach, które natury swoich czynów nie pojmują z zasady.

Wszystko to nie oznacza, że jako ludzie nie mamy wobec zwierząt zobowiązań. Oczywiście, że mamy. Powinniśmy je traktować dobrze, nie sprawiać im w miarę możliwości cierpienia, dbać o nie, jeśli zostały powierzone naszej opiece. Możemy być do nich przywiązani i kochać je tak, jak się kocha zwierzęta. Wszystkie te zasady mogą obowiązywać także jeśli z hodowli zwierząt się żyje. Nie ma tu żadnej sprzeczności. Za to jeśli ktoś chciałby być naprawdę konsekwentny w wyznawaniu istnienia „praw zwierząt”, powinien przyjąć w sprawie ich hodowli – a więc i jedzenia mięsa oraz używania produktów odzwierzęcych – stanowisko pani Sylwii Spurek.

W warstwie językowej bambizm objawia się w odejściu od stosowania wobec zwierząt określeń dla nich zarezerwowanych i używaniu określeń zarezerwowanych dla ludzi. Dotyczy to opisu samego zwierzęcia – zamiast „kufa” czy „morda” – „twarz”, zamiast „nozdrza” – „nos”, zamiast „świece” – „oczy”. Idzie to jednak znacznie dalej. Organizacje prozwierzęce mówią – zwłaszcza w kontekście wyciągania od ludzi pieniędzy – o „krowie i dzieciach” zamiast o krowie i cielętach. Powszechne stało się określenie „adopcja” na wzięcie zwierzęcia ze schroniska, choć adoptować można jedynie dziecko. Uwaga: dziecko, nie „psiecko”. Zwierzęcia nie można także „zamordować”. Pojęcia „morderstwo” czy kodeksowe „zabójstwo” są również zarezerwowane dla ludzi. Zwierzę można zabić, czasem niestety także zamęczyć.

To samo dotyczy śmierci zwierzęcia, które zdycha czy pada. Podając informację o skazaniu byłego senatora PiS, pana Bonkowskiego, za godne potępienia potraktowanie swojego psa (zdechł po tym, jak był ciągnięty na sznurze za samochodem), profil Radia Zet na portalu X napisał: „Na skutek obrażeń po upadku pies zmarł”.

Zostawiam tu na boku kwestię kar za zabijanie zwierząt, które w absurdalny sposób wywindował PiS – znów trzeba zauważyć, że ten prozwierzęcy aspekt rządów partii pana Kaczyńskiego pozostał kompletnie niezauważony przez twardych antypisowców (którzy celują w bambizmie). Nie mam też wątpliwości, że pan Bonkowski powinien był za swój czyn odpowiedzieć – trudno tu mieć wątpliwości. Takie zachowanie wobec zwierząt powinno być oczywiście karane – kwestia tylko, w jaki sposób.

Gdy przypomniałem, że pies może zdechnąć, paść, nie przeżyć, ale nie można napisać, że „zmarł” – zaczęło się wylewanie wiader pomyj. Typowe, niespecjalnie zaskakujące. Bambiści kochają zwierzęta, ale nie szanują ludzi, a już zwłaszcza tych, którzy ośmielają się krytykować uczłowieczanie przez nich zwierząt.

Warto jednak zatrzymać się nad kilkoma wątkami z tej awantury.

Pierwszy, to powtarzające się stwierdzenie, że „jakby ktoś zamordował (sic!) mojego psa, to też bym za…bał” (charakterystyczny jest bardzo wulgarny ton takich wypowiedzi), względnie „wyrwał chwasta”. Nawet jeśli uznać, że mamy do czynienia z typowym internetowym pieniactwem, i tak jest to bardzo niepokojące.

Z prawnego punktu widzenia, aby obrona konieczna była uzasadniona, waga dobra chronionego musi być równoważna z dobrem poświęconym. Dlatego jeśli atakuje nas bandyta z nożem, a nie mamy możliwości uniknięcia ataku, mamy prawo bronić się wszelkimi dostępnymi środkami, z zabiciem napastnika włącznie. Ale i tak to sąd oceni, czy nie przekroczyliśmy granicy obrony koniecznej i nie miał miejsca tzw. eksces intensywny, czyli zastosowanie środków niewspółmiernych to sytuacji. Jeśli natomiast ktoś nawet na naszych oczach zabiłby naszego psa, a my zabilibyśmy napastnika, który nie zagrażałby nam bezpośrednio – z całą pewnością nie byłaby to obrona konieczna i nie stwierdziłby tego żaden sąd. Życie psa nie jest dobrem tej samej wagi co życie człowieka. A już w ogóle nie byłoby o tym mowy, gdyby zabójstwo człowieka nastąpiło po fakcie, w akcie jakiejś zemsty. Tymczasem to właśnie dopuszczają osoby deklarujące, że zabiłyby za zabicie swojego zwierzęcia. I to jest przerażające.

Jest i drugi problem z tym związany: gdzie osoby deklarujące taką reakcję stawiają granicę usprawiedliwionego ich zdaniem odwetu za śmierć zwierzęcia? Rozumiem, że zabiłyby za zabicie psa czy kota. A za zabicie kanarka czy papugi? A co z rybkami akwariowymi? A gdyby ktoś zabił ich udomowioną mysz? Albo gdyby ofiarą padł, dajmy na to, ulubiony ślimak? Gdzie jest granica? Odpowiedzi oczywiście brak.

Drugi wątek to przekonanie, że istnieje jakiś niezaprzeczalny i oczywisty związek pomiędzy sposobem traktowania zwierząt a sposobem traktowania ludzi. Otóż – bynajmniej. Najbardziej znanym przykładem jest oczywiście masowy morderca, sprawca holocaustu, w dużej mierze psychopata Adolf Hitler, który dałby się pokroić za swoją suczkę Blondie. Ale to tylko jeden z bardzo wielu przykładów osób, które ludzi nienawidziły, a kochały zwierzęta.

Taka zależność nie istnieje również w drugą stronę. Można być okrutnym wobec zwierząt, a jednocześnie być wzorowym obywatelem, kochającym mężem i ojcem. Nie będę tu złośliwie przypominał niedawnej informacji o tym, jak to prominentna przedstawicielka lewicy, pani Joanna Scheuring-Wielgus, oddała do schroniska swoje psy, bo w czymś tam jej przeszkadzały. Obrońcom zwierząt najwyraźniej to umknęło.

Wszystko to prowadzi do pytania: czemu właściwie to uczłowieczanie zwierząt służy i jakie są tego skutki? Otóż mniej chodzi tutaj o wyniesienie statusu zwierząt, a bardziej o obniżenie statusu ludzi. Nie tyle zwierzęta mają być równe ludziom, co raczej ludzie równi zwierzętom, a więc nie tyle jest to humanizacja zwierząt, co raczej dehumanizacja ludzi. Po co? To oczywiste: dehumanizacja ludzi jako gatunku pozwala wprowadzać podziały i emocje, w ramach których możliwe jest pozbawienie części ludzi ich praw w oczach innych grup ludzi. Przykładów mamy mnóstwo. Zdehumanizowane zostają nienarodzone dzieci. Zdehumanizowani zostają Rosjanie in gremio. Zdehumanizowani zostają przeciwnicy polityczni czy ideowi. Można im bez problemu odmówić praw, przysługujących człowiekowi, bo okazuje się, że te prawa nie są w żaden sposób powiązane z ludzkim gatunkiem, ale z tym, czy kogoś (przez „kogoś” rozumie się także zwierzęta) lubimy czy nie; czy ktoś podziela nasze poglądy czy nie.

Z tego mechanizmu, rzecz jasna, zdaje sobie sprawę tylko niewielka część ludzi. W przypadku całej reszty to subtelna operacja na emocjach i skojarzeniach, której nie pojmują.


Oto naści twoje wiosło: błądzący w odmętów powodzi, masz tu kaduceus polski, mąć nim wodę, mąć. Do nieznajomych zwracamy się "pan", "pani".

Nowości od blogera

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo