Liv Ullmann :
"...Byliśmy tak do siebie podobni. To, czego nie wiedział o sobie, zaczął dostrzegać we mnie —jak gdyby w lustrze — mimo że ja byłam kobietą, do tego znacznie młodszą i zapewne niepodobną do niego w sposób, który był dla niego tajemnicą. Widział we mnie swój własny gniew i bezbronność. A kiedy wracały do niego, jak gdyby odbite — miały wpływ kojący. Ale, jak lustro, musiałam tam być i stale mu o tym przypominać.
Chciałam być jego kobietą i gdyby chciał, bym się zmieniła, gotowa byłabym zrobić wszystko. Chyba można zmieniać się razem— razem się rozwijać. Ale jeśli lustro jest zbyt jasne, można w nim zobaczyć nie tylko siebie takiego, jakim się jest naprawdę, trzeba też w końcu opuścić tę drugą osobę, która zawsze będzie nam przypominać kogoś, kim być już nie chcemy.
Pierwsze lato było czystym szczęściem. Kręciliśmy „Personę" na wyspie. Było gorąco. Przeżywałam inną osobę ludzką. On przeżywał mnie. I nie musieliśmy o tym mówić. Chodziłam boso po piasku tak drobnym, że zdawał się oddychać mi pod stopami.W ciągu dnia leżałam na ziemi i czytałam między ujęciami. Głowa ciążyła mi od tego, jak gdybym była nieprzytomna.
Nigdy nie zastanawiałam się, co może wyniknąć z naszego stosunku. Było tak, jakbym żyła wśród miękkich ścian słońca, szczęścia i pożądania. Nigdy już później nie przeżyłam takiego lata. Takiego już nie. Chodziliśmy na spacery wzdłuż brzegu; nie mówiliśmy nic, nie stawiali żądań, nie mieli żadnych obaw.
Kiedyś odeszliśmy daleko od innych, odkryliśmy mały grzbiet szarych kamieni, za którym rozciągała się naga, jałowa ziemia- Siedzieliśmy i spoglądali na morze, które przez chwilę leżało w słońcu całkowicie nieruchomo. Wziął mnie za rękę i powiedział:Zeszłej nocy miałem sen. Że ty i ja jesteśmy jakoś boleśnie połączeni. Na miejscu, gdzieśmy wtedy siedzieli, zbudował swój dom.
I to zmieniło jego życie. I moje.
Następnym razem, kiedy zobaczyłam wyspę, była zima. Zawiózł mnie tam małym prywatnym samolotem. To, co miało stać się naszym domem, było w trakcie budowy. Po raz pierwszy mieliśmy obejrzeć go razem. Spotkanie z dawnym rajem lata było wstrząsem. Zobaczyłam całkiem nowy krajobraz. Ciało przeszył mi chłód. Nie można było się przed nim obronić.
Dom usytuowany był daleko od piaszczystej letniej plaży, cały teren budowy pokrywały kamienie i sucha ziemia. Nikt na wyspie nie mógł zrozumieć człowieka, który kupił taki szmat nieurodzajnej ziemi. Weszliśmy pod cienkie rusztowanie do szkieletu naszego domu.
Ktoś przyniósł szampana, rozbiłam butelkę, wygłosiliśmy parę przemówień i ochrzcili dom.
Spacerowaliśmy po plaży pełnej kamieni i robiliśmy sobie zdjęcia. Na wszystkich wyglądam szczęśliwa, ale wiem, co myślałam: To sen. Biorę udział w czyimś śnie.Wszystko, co dotychczas było moim życiem, wydało się dalekie i nierealne. Ale również i to obecne było dla mnie dziwne. Zastanawiałam się, co się ze mną stanie.
Dwie główne role w „Personie" przypadły Bibi Anderson i mnie. Postać Bibi na przestrzeni całego filmu mówiła, płakała i szalała.
Jedyną moją kwestią było: „Nic".
Po raz pierwszy w życiu spotkałam reżysera, który pozwolił mi odsłonić uczucia i myśli, których nikt inny nie dostrzegał. Reżysera, który słuchał cierpliwie, z palcem wskazującym przy skroni, i który rozumiał wszystko, co próbowałam wyrazić. Ten geniusz stwarzał atmosferę, w której mogło się zdarzyć wszystko — nawet to, z czego sama nie zdawałam sobie sprawy.
(...)
Wyspa leży między Szwecją i Rosją.
Jak daleko sięgam pamięcią, nie widziałam równie nagiej okolicy. Jak relikt z epoki kamienia. Ale w słońcu lata jest ruchliwa i dość tajemnicza. Nocą z naszej sypialni mogliśmy obserwować ocean. I wyobrażaliśmy sobie, że jesteśmy pasażerami w podróży. Daleko, daleko światła statków, na które spoglądaliśmy jak na tajemnicze sygnały do nieznajomych na naszej plaży. Udawaliśmy, że jesteśmy w ciągłym niebezpieczeństwie, bo dom był tak samotny i mieliśmy tylko siebie.Kiedy byłam małą dziewczynką, marzyłam o innej wyspie. Pełnej palm, owoców i ciepła. A kiedy nadchodziła noc, czuwały nade mną leśne zwierzęta. Nigdy nie kojarzyła mi się z samotnością ani czymś niesamowitym.
Jego wyspa miała sękate świerki w dziwnych odcieniach zieleni; większość, ze złamanymi czubami, była przygięta do ziemi. Tylko najsilniejsze potrafiły się podnieść. A kiedy nadchodził zmrok, na próżno spoglądały w tęsknocie do nieba jak delikatne tancerki, niezdolne utrzymać się na puentach.
Najpiękniejsze ze wszystkich drzew rosło za oknem głównego pokoju i Ingmar powiedział mi, że należy do mnie. Następnej zimy po tym, jak opuściłam wyspę, wiatr wyrwał je z korzeniami. Byłam szczęśliwa. Nie będzie już cieszył się nim wspólnie z kim innym.
Brunatnoszara ziemia — rozległe pola pokryte suchym mchem. Przez jeden miesiąc każdego lata cała wyspa wybuchała gamą najcudowniejszych kolorów. Przypominała mi kwieciste pola z dzieciństwa. Chodziliśmy razem zbierać poziomki i byliśmy szczęśliwi. Ale kiedy dni stały się krótsze, a barwy bardziej stłumione i trudne do rozróżnienia, wyspa stawała się więzieniem, w którym nie wiedziałam, gdzie się udać ze swoją samotnością i poczuciem zagrożenia. Cały czas dręczył mnie niepokój i tęskniłam za jakimś innym miejscem. Nigdy jednak nikomu o tym nie mówiłam.
Jednocześnie wiedziałam, że nigdy nie byłam bliższa życiu.
Krótkie przebłyski szczęścia naznaczały mnie mocniej niż jakiekolwiek wcześniejsze doświadczenia. I wszystko, co było bolesne i trudne do zrozumienia, wytyczyło drogę przemianie wewnętrznej, za którą nieświadomie tęskniłam.(..)
Wiedziałam, że Ingmar odnalazł swoją wyspę i próbowałam kochać ją w ten sam sposób.
Nocami, kiedy nie mogliśmy spać, leżałam cicho obok niego, lękając się jego myśli. Zapewne myślał, że nie należę do jego wyspy — że zakłócam harmonię, którą on próbował sobie stworzyć wśród tak ważnej dla niego ciszy i przyrody.
Żyjącw sposób, którego sobie życzył, znajdowałam własne bezpieczeństwo. Bo tylko wtedy on czuł się bezpieczny.
(...)Na tej wyspie"czegoś szukałam.Tu ludzie żyli blisko ziemi, blisko morza, blisko tego, co jest naszym naturalnym przeznaczeniem..."*
Poczytuję sobie "Przemiany" liv Ullmann
Bardzo to wszystko subtelne bardzo wysmakowane
Kłótnie z Ingmarem-też-jak rzucanie kwiatków
Nie byłam szczęśliwa- doznawałam chwil szczęścia
Jest o czym myśleć.
Panie Boże cały tydzień byłam grzeczna , grzeczna a nawet bardzo grzeczna
Tak więc teraz proszę Cię o jedno-
chcę zobaczyć jakiegoś Świętego, raz!*
Lul
*L.Ullmann, Przemiany, Warszawa 1988, s.66-71
* gry i zabawy małej Lul



Komentarze
Pokaż komentarze (188)