MaciekBigos MaciekBigos
187
BLOG

Opowiadanie:Co będzie, gdy społecznościówki Nami zawładną?

MaciekBigos MaciekBigos Rozmaitości Obserwuj notkę 0

 POROZMAWIAJ ZE MNĄ

I

     Przeciągłe, głośne i zaprawdę drażniące uszy pikanie, połączone z mruganiem małej, pomarańczowej lampeczki w sposób dobitny poinformowało mnie o przedwczesnym rozładowaniu się baterii w moim elektronicznym papierosie, którego z upodobaniem wypalałem sobie przed snem od lat. Cholerny elektroniczny szajs! Dobrze, że nie trafiłem na tak zwaną „Godzinę dla ziemi”. Wtedy nawet nie miałbym, jak naładować swojego e-przyjaciela. Szukając po omacku ładowarki psioczyłem w myślach na ten cały cywilizacyjny postęp, który niby miał nieść za sobą lepsze, a przyniósł de facto to samo, tyle, że w innym opakowaniu i z trudniejszą obsługą…

Gdy ładowarka znalazła się dwoma bolcami w gniazdku, a końcówkę umieściłem w elektronicznym papierosie, znów mogłem w spokoju oddać się inhalacji parą wodną i tym, co lubię najbardziej- refleksji na temat Polski. Taa.. to był bez wątpienia mój konik. Swoją drogą owe nocne, patriotyczne rozważania zapożyczyłem jeszcze w pierwszej dekadzie lat dwutysięcznych od niejakiego Rafała Ziemkiewicza. No tak, skąd współczesny czytelnik ma wiedzieć cokolwiek, o „RAZ-ie”. Jest przecież rok 2043 i gałąź dziennikarstwa zwana publicystyką już dawno umarła. Umarła, ponieważ najnormalniej w świecie w dzisiejszej Polsce nie działo się nic, co wymagałoby typowo publicystycznego „krzyczenia zawczasu, ku przestrodze”. Dokładnie. Teraz nie było do tego powodu. Moja ukochana od urodzenia Polska Anno domini 2043 jest krajem ze wszech miar bardziej przypominającym połączenie Japonii z prozą Stanisława Lema, aniżeli osławiony kiedyś w krajowym dyskursie politycznym Gabon.

Wróćmy jednak do wspomnianego wcześniej pana Ziemkiewicza.

Otóż to on właśnie na przełomie lat 2011- 2013, ale także później w większości swoich wystąpień stwierdzał, iż w myśl klasycznie endeckiej zasady, aby poprawić jakość Polaków, jako społeczeństwa, każdy z nas, każdy w miarę swoich możliwości powinien choć raz w tygodniu poświęcić kilka godzin na pracę dla Polski. Pracę- jak mawiali także pozytywiści- organiczną, u podstaw. Pracę nie dającą zarobku, lecz dająca poczucie, że dzięki niej zmieniamy naszą rzeczywistość na lepszą. Gdy Ziemkiewicz wtedy wygłaszał w aulach uniwersyteckich tego typu sądy, Polacy byli społeczeństwem stricte zrywkowym. Potrafiliśmy się zerwać jednorazowo w imię jakiejś ponadpartyjnej idei. Niestety nie umieliśmy się organizować długofalowo. Ten sam przywoływany przeze mnie Ziemkiewicz swojego czasu przedstawiał taki charakter społeczeństwa za pomocą następującego przykładu.

Gdyby zbawienie Polski miało zależeć od tego, że Polacy wypiją Wisłę, to tłumnie rzucilibyśmy się wszyscy i siorbali, aż akwen stałby się suchy. Gdyby natomiast owo zbawienie zależało od tego, że Polacy codziennie będą przychodzili nad Wisłę ze szklanką, nabierali wody i wypijali, to pierwszy, drugi, może i trzeci dzień mijałyby wspaniale, lecz w przeciągu kolejnych już ktoś zapomniałby wziąć ze sobą szklanki, inny w ogóle zapomniałby o tej sprawie, a jeszcze ktoś kolejny miałby wtedy ważniejsze sprawy.

     Ja, właśnie w myśl przytoczonej ziemkiewiczowsko – endeckiej pracy u podstaw, codziennie przed snem poświęcałem kilka godzin na moją osobistą refleksję na Polską. Moją Polską. Inną, aniżeli ta, którą pamiętam z młodości. Prężną, dynamiczną i nowoczesną. Refleksja jest tu chyba słowem trochę nieodpowiednim. Co noc bowiem o tę, dzisiejszą Polskę jestem żywo i dogłębnie zatroskany. Zapytać możecie teraz Drodzy czytelnicy o dwie rzeczy: co wspólnego ma myślenie o kraju w odniesieniu do pracy na rzecz jego ulepszania oraz o co tu w ogóle się martwić, jeśli jest tak pięknie? Odpowiadam kolejno.

Myślę o Polsce po to, by jasno i wyraźnie zdiagnozować to, co jeszcze jest w niej do poprawy, by potem móc to wcielać w życie w imię zasady: najpierw diagnoza - potem leczenie.

Czym jestem zatroskany? Otóż kij ma zawsze dwa końce, a medal dwie strony. Oczywiście, żyje teraz w państwie z najwyższej światowej półki. Brak bezrobocia, nadwyżka w budżecie i wszechogarniająca nowoczesność oraz kompleksowa cyfryzacja. To wszystko sprawia, że kraj działa nie tyle, jak dobrze naoliwiona machina, ale bardziej jak korporacja, w której każdy, co dzień wykonuje mrówczą i tytaniczną pracę przed swoim komputerem w domowym zaciszu dla dobra ogółu. To działa – jasne. Czy jednak jest to fajne? Dla kogoś, kto urodził się jeszcze na chwile przed transformacją – niekoniecznie. Jak to? Przecież marzyliśmy o tym, by, jak to się zwykło dawniej mawiać „Polska dogoniła Europę”. I dogoniła. Ba! Nawet przegoniła. Jakim kosztem? Kosztem więzi społecznych. I to jest właśnie rzeczony przed momentem drugi koniec kija.

Z uwagi na to, że każdy pracuje w zaciszu swego domu, kontaktujemy się między sobą za pomocą globalnej sieci i portali społecznościowych, przy których stary i dawno zapomniany Facebook, to „małe Miki”, ludzie nie wychodzą już praktycznie w ogóle na ulice. Nie spotykają się, nie integrują, nie bawią się wspólnie w swoim towarzystwie. Każdy aspekt kontaktów międzyludzkich został zaadaptowany na potrzeby Internetu. Dotyk, spojrzenie, uśmiech, mrugniecie oka… to już nie to, co dawniej. Wszystko to osiągane i poznawane jest dzięki specjalnym okularom podłączanym do komputerów oraz silnie okablowanym kombinezonom, które zwykło się przywdziewać przed stosunkami płciowymi. Odbywanymi na odległość rzecz jasna. Jakby komuś, to wszystko było za mało, mógł wykupić sobie hologramowy portal, dzięki któremu obraz osoby w miejscu A konwertowany był na cyfrowy i trójwymiarowy obraz w miejscu B. Coś, co kiedyś wydawało mi się tylko czczym gadaniem „fiśniętych” fantastów, dziś było rzeczywistością, w której żyje. Rzeczywistością ludzkiego i gospodarczego dobrobytu, którego kosztem była..hmm… jak to nazwać? Dehumanizacja? Dematerializacja społeczeństwa? Nieważne. Dla mnie, dla wieloletniego dziennikarza, obecnie pracującego w dziale „Społeczeństwo” Nowej Gazety był to problem najważniejszy. Często patrzyłem z melancholią w oku na graty w mojej kawalerce. Maszyna do pisania, dyktafon i cała masa książek moich dawnych dziennikarskich mistrzów z młodości. Tuż obok pokaźna kupka czasopism z dwóch dekad, a wśród nich te osobiście według mnie najważniejsze: z publikacjami nieodżałowanej mistrzyni rozmów- Pani Teresy Torańskiej, Małgorzaty Domagalik oraz zdystansowanego, ale jakże wnikliwego w rozmowach dziennikarskich Piotra Najsztuba.

To ich rozmowy chłonąłem, jako gówniarz marzący o pracy dziennikarza- wywiadowcy. To od nich (nie osobiście, ale jednak) uczyłem się niełatwej, ale jakże pięknej sztuki rozmowy; że oczywiście przed wywiadem należy zrobić research, lecz nie można czynić założeń, co do sposobu przedstawienia rozmówcy, że kluczowe jest pierwsze pytanie, bo jeśli trafione, to reszty można nie przygotować lub, że wystarczy włączyć dyktafon i rozmawiać o tym, co osobiście nas w drugim człowieku interesuje.

Szczerze mówiąc nigdy nie myślałem o tym, że dziennikarzem rzeczywiście będę. Jednak nawet w najczarniejszych snach nie zdawałem sobie sprawy z tego, iż wiedza na temat wywiadów, którą streściłem wyżej, stanie się wartością deficytową i w ogóle niepielęgnowaną. Teraz tak zaiste jest. Wiele razy rozmawiałem ze swoim redaktorem naczelnym (za pomocą komunikatora, a jakże), prosząc go o możliwość przeprowadzenia rzeczywistego, realnego wywiadu face to face.

- Kuźwa Robert! Ile razy mam ci powtarzać: to już tak nie działa! Chcesz wywiad, to wyślij pytania i czekaj na odpowiedzi. Nic prostszego. Po co dodawać sobie i komuś roboty, stresu? Dajże spokój z tym swoim melancholijnym idealizmem!

- Ale Paweł – nie dawałem za wygraną – prawdziwy wywiad, rozmowa to spotkanie z drugim człowiekiem. Żywym! Z krwi i kości! Z jego poglądami, emocjami, uczuciami, gestami…. To wszystko ma znaczenie dla przebiegu rozmowy. Ewentualne nerwowe ruchy dłoni, uciekanie wzrokiem przy trudnym pytaniu… To wszystko ślady, że tu właśnie powinienem „docisnąć” ciągnąć wątek, bo jest w nim tajemnica. A uśmiech? A błysk w oku? To wszystko, choć niewidoczne w wierszówkach jest sednem rozmowy, bo jest sednem charakteru drugiej osoby, jej emocji.

- Pieprzenie! Skoro nie widać tego w wierszówkach, to mnie to nie obchodzi, a i ty więcej za to nie zarobisz. Zamiast bujać w obłokach szykuj maila z pytaniami do prezydenta miasta. Wywiad ma pójść pojutrze…

     Tak wyglądało dzisiejsze dziennikarstwo. Pozbawione tego, co od zawsze dla mnie było sednem tego zawodu- pozbawione ciekawości świata i drugiego człowieka. Zapewne mógłbym jeszcze długo w myślach kląć na nowomodne standardy wyznawane przez moich zwierzchników i większość kolegów, gdyby nie to, ze moje rozważania przerwał nagle donośny dźwięk smartphone anonsujący przychodzące połączenie. „Odbierz” – rzuciłem sucho, ponieważ urządzenie reagowało na głos. Opcja z obsługą głosową także mi osobiście wydawała się lepsza, bo choć powierzchnia ekranu dotykowego miała być według producenta odporna na wszystko, to jestem pewny, że mój, małomiasteczkowy i niewprawny cywilizacyjnie paluch znalazłby sposób, aby ów „panzerekran” zepsuć. Po chwili usłyszałem głos naczelnego.

- Halo! Robert?! Nie spij! Wstawaj! Jest robota! Ulepiona wprost dla Ciebie! Halo?! Jesteś?!

- Jestem, jestem… Nie śpię. Mów.

- Nadal chcesz przeprowadzić wywiad z kimś na żywo, w cztery oczy?

- Taak- odpowiedziałem z lekkim wahaniem i jeszcze większym zdziwieniem.

- Super! No to teraz masz okazję się wykazać. Słuchaj uważnie! Godzinę temu na jednym z portali społecznościowych ukazało się ogłoszenie jakiejś kobiety. Mnie osobiście to śmieszy, ale posłuchaj, co napisała.- głos w słuchawce na moment ustąpił miejsca dźwiękom klikania myszki komputerowej, by chwilę później, po odchrząknięciu naczelny kontynuował.-  Bobek jesteś?! Cholera, jakie to dziwne, śmieszne i podniecające. Nieważne. Słuchaj! Gościówa napisała tak: Hej. Gdziekolwiek jesteś i kimkolwiek jesteś, proszę przyjdź, przyjedź, przyleć i porozmawiaj ze mną… Tak po prostu… Tak, jak robiło się to dawniej… Tak, żebym nie tylko słyszała twój głos, ale i widziała Ciebie naprzeciw. Twoje oczy, uśmiech, ręce… Tak, by każde słowo, które wypowiadasz nie tylko brzmiało, ale zamykało się przy wypowiadaniu w kształcie twoich warg. Żebyśmy przy zaciętej wymianie zdań nachylali się ku sobie, badawczo szukając wzrokiem reakcji na kolejną sentencję. Nieważne, czy jesteś kobietą czy mężczyzną. Skontaktuj się ze mną, przybądź i porozmawiajmy… Zapłacę. I tu stary jest numer telefonu. Niezłe, nie? Jak jakiś pieprzony erotyk! Ha ha ha! Co Ty na to?

- Yyy – treść ogłoszenia w przenośni i dosłownie ścięła mnie z nóg. W milczeniu i zdziwieniu wylądowałem na fotelu. Jakże smutne, ale piękne i głębokie słowa! Przez lata praktyki dziennikarskiej nigdy nawet przez myśl mi nie przeszło, że o zwykłej rozmowie dwojga osób można napisać tak pięknie. Słowa anonsu rozbrzmiewały w mojej głowie, jak dzwon odbijając się echem od każdej synapsy. – Jasne, że to biorę! Ale pewnie jest już cała masa chętnych, co?

- Ha ha! Stary! O czym ty mówisz?! Każdy się boi! Jeśli ktoś może i powinien to zrobić, to tylko ty! Liczę na ciebie Robciu. To może być „jedynka” kolejnego wydania! Chcesz numer do tej wariatki?

- Dawaj! – w pośpiechu sięgnąłem po długopis i kartkę papieru leżąco na podłodze.- Dyktuj!- zamaszystymi ruchami skreślałem na fakturze papieru kolejne cyfry, a każda z nich wydawała się przybliżać mnie do błogosławieństwa żywego wywiadu.- Dobra. Mam! Za chwilę do niej dzwonię. Będziesz miał swoją „jedynkę” tylko nie przeszkadzaj mi i zlituj się- nie dzwoń do mnie. Muszę pomyśleć. Odezwę się po wszystkim. Cześć.

Nie mogłem czekać. Byłem tak podekscytowany i zaciekawiony, iż każda sekunda zwłoki z telefonem do autorki ogłoszenia zdawała się być czasem zmarnowanym. Za pomocą komend głosowych wybrałem numer i zaciągając się papierosem w trakcie sygnałów łączenia, czekałem na odzew z „tamtej strony słuchawki”.

- Halo? Słucham? – do moich uszu dotarł spokojny, lecz trochę zakłopotany żeński głos. Jak na mój słuch? 30 – 35 lat.

- Dobry wieczór. Z tej strony Robert Laśkiewicz z Nowej Gazety. Dzwonię w sprawie pani anonsu na jednym z portali spolecznościowych… - kobieta nie dała mi dokończyć zdania. Głos, wcześniej jakby spłoszony, teraz brzmiał nader ofensywnie.

- Proszę dać mi spokój! Jestem zdrowa i normalna. To ten świat zwariował i ci ludzie! Znaczy wy- dziennikarze i cała reszta tych „mrówek robotnic”, korporacyjnych trybików siedzących w domach bez choćby krzty chęci wyjścia na spotkanie z drugim człowiekiem…

- Ależ droga pani… -  wtrąciłem szybko w obawie, że rozmówczyni rozłączy połączenie.- Ja właśnie chciałbym przyjechać i z panią porozmawiać. Tak, jak pani tego życzy: osobiście i w cztery oczy. Fakt, ukazałoby się to potem w gazecie. Nie mniej jednak pani warunki będą spełnione. Więc? Co Pani na to? Czy możemy się spotkać i PO – ROZ – MA – WIAĆ? 

 

 

MaciekBigos
O mnie MaciekBigos

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości