Niedawno narzekałem nieco na chaotyczny sposób prowadzenia kampanii wyborczej przez Platformę, a tu nagle w weekend nastąpił zwrot sytuacji. Tusk zaatakował. Cios był mocny i musiał zaboleć. Porównanie zachowania obecnego rządu do wystąpień Jerzego Urbana z 1981 roku zamieszało na naszej scenie politycznej. Do tej pory to Jarosław Kaczyński celował w podobnych porównaniach. Aby nie odgrzebywać starych kotletów wypowiedzianych przez premiera na wiecu w stoczni przypomnę tylko słodkie porównanie wypowiedziane na początku kampanii wyborczej o tym co się stanie gdy Platforma wygra wybory: „Jeśli 21 października oni zwyciężą, nie będzie to nowy 4 czerwca 1992 roku, lecz nowy 13 grudnia 1981 roku”.
Trzeba przyznać – przednia wymiana uprzejmości między dwoma panami. Jak obaj chcą po wyborach usiąść razem i porozmawiać o koalicji, to dla mnie duża zagwostka. Chętnie obejrzałbym taśmy z tego spotkania. Chyba że znowu wszystko odbędzie się na oczach kamer, ale wtedy z PoPiSu nici. Ale do rzeczy. Mam wrażenie, że gdyby nie ten weekendowy „atak Urbanem po oczach” nie doszło by do debaty Tuska z Kaczyńskim. Chyba pierwszy raz od dawna Jarosław Kaczyński przyjął warunki przeciwnika, co w mojej opinii jest sporym sukcesem szefa Platformy. A debata? Tusk nie jest w niej faworytem, ale już po pierwszej debacie tej kampanii widać, że nawet lekka przewaga jednej ze stron nic nie zmienia.
Powiedzmy sobie szczerze – co się liczy podczas debaty? Czas antenowy. Duże partie marginalizują mniejsze. Tusk jest w sytuacji wręcz komfortowej. W piątek debata z trudniejszym przeciwnikiem. Prawdopodobnie lider PO lekko ją przegra, czego wszyscy się po trochu spodziewają. Zaraz potem w poniedziałek remisuje z Kwaśniewskim, z którym rozmowa będzie odbywać się w zupełnie innej atmosferze. Być może obaj będą puszczali do siebie oczkiem. W każdym razie nikomu się tutaj krzywda nie stanie. Co się dzieje? O debacie Tuska z Kaczyńskim szybko przestaje się pisać, bo media mają nowy temat – debatę liderów opozycyjnych, a o PiSie na chwilę przestaje się mówić. Istnieje spora szansa, że sondaże skoczą odwrotnie niż po debacie Kaczyński – Kwaśniewski i to PO dostanie na tacy 4-5 punktów procentowych kosztem PiSu.
Zwycięstwo i zdobycie decydującej przewagi wydaje się być bardzo blisko. Wystarczy nie przegrać debaty z premierem. A jednak scenariusz alternatywny też trzeba brać pod uwagę. Tusk zostaje zmiażdżony w debacie. W poniedziałek PO ratuje wynik wyborczy przyjacielską debatą z Kwaśniewskim. Nie wydaje mi się, żeby PO mogło stracić kosztem LiDu. Prawdopodobniejsza wydaje się jednak kolejne zdecydowane wahnięcie w sondażach w kierunku obozu rządzącego.
Jak by miało nie być niewątpliwie Platforma Obywatelska bardzo skutecznie wyszła z klinczu w jakim znalazła się po zagrywce sztabów wyborczych PiSu i LiDu i jest w ofensywie. Czy końcówka należeć będzie do Tuska pokaże piątkowy wieczór. Niemniej specjalistom od wizerunku szefa PO należą się słowa uznania.
Słówko o największym rozczarowaniu tej kampanii - Aleksandrze Kwaśniewskim. Lewica sięgnęła po swój największy atut, który dotychczas okazuje się raczej zbędnym balastem. Popełnia błąd za błędem. Dzisiejszy „pokaz” dla wielu przeleje czarę goryczy. Jeżeli to jest ten wielki comeback byłego prezydenta, to jego emerytura zbliża się szybciej niż się wszystkim wydawało.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)