Coraz wyraźniej widać, jaka jest i jaka będzie taktyka mediów po wyborach.
Od 21 października trwa nieustanne kopanie leżącego. Powoli staje się to nudne. Pomijając już jakiekolwiek zasady, funkcjonujące w każdej (oprócz faszystowskich) grupie, że nie bije się słabszych i nie dobija rannych, to pozostaje jeszcze kwestia strawności odbiorców mediów. Ile można słuchać o wewnętrznych problemach w PiSie, ile można wytrzymać jeszcze audycji i programów, w których kilku panów przez dobrą godzinę pastwi się nad braćmi (w sensie biologicznym) Kaczyńskimi i roztrząsa który z nich bardziej i na co się obraził.
Przyznam szczerze, że nie pamiętam jeszcze takiego okresu formowania się rządu, gdzie 70-80% czasu antenowego programów publicystycznych poświęcona była nie formułującemu się właśnie rządowi, ale tym którzy przegrali wybory.
Przecież tego się już nie da słuchać. Myślę, że nawet zajadli przeciwnicy PiSu mają już dość.
Mało miałem ostatnio czasu na radio i TV, ale miałem pecha trafić na kilka audycji. Oto parę przykładów z ostatnich dni:
Poranek tok.fm z zeszłej środy:
Włączyłem radio na początku drugiej tercji, o czym panowie redaktorzy, w tym obecny też na salonie red. Warzecha mówili? Oczywiście o problemach wewnątrz PiSu. Był to, zdawać by się mogło, niezwykle atrakcyjny dla dziennikarzy, okres formowania się nowego gabinetu. Sam chciałem usłyszeć coś więcej na temat nowych ministrów, a tu nic. Panowie w studiu woleli roztrząsać na wszystkie możliwe sposoby, wewnętrzne problemy PiSu. Myślałem, że chociaż trzecia tercja zostanie poświęcona nowo powstającemu rządowi. Gdzie tam. Mało nie spadłem z krzesła, jak usłyszałem na początku trzeciej tercji: „…Porozmawiajmy teraz o odchodzącym rządzie”.
Poranek tok.fm z ostatniego piątku:
Taka sama nawalanka, przepleciona czasami tak mdłymi wstawkami, że aż na wymioty brało, kiedy to red. Żakowski cieszył się jak dziecko, jakie to teraz szczęśliwe czasy nastały. Zupełnie zapomniał, co sam mówił, że dziennikarze są po to, aby patrzeć władzy na ręce. Chociaż trzeba przyznać, że pod koniec audycji sam Żakowski już chyba zauważył, ze przegina i jakieś siedem minut przed końcem powiedział jakoś tak: „…No dobra panowie, to porozmawiajmy teraz przez chwilę o nowym rządzie…”.
Przykład kolejny:
O ile wcześniej podczas desygnowania nowego premiera uwagę wszystkich mediów przykuwało w jakiej sali Tusk dostał teczkę i ile sekund mu ją wręczano, to teraz do sali nie można się już było przyczepić, więc głównym tematem stała się nieobecność na uroczystości premiera Jarosława Kaczyńskiego. Zupełnie tak, jakby to było najważniejsze, a nie sama uroczystość zaprzysiężenia nowego rządu.
Transmisję z uroczystości zaprzysiężenia słuchałem w tok.fm, oto co usłyszałem:
Podpis prezydenta trwał krótko – dziwny zarzut, miał się pół godziny podpisywać?
Kolejny tekst: Uścisk dłoni Lecha Kaczyńskiego z Waldemarem Pawlakiem miał lepszą oprawę. (w domyśle od uścisku z Donaldem Tuskiem).
Cały czas, zamiast mówić o nowych ministrach, ciągle mówili o Lechu Kaczyńskim i jego stosunku do nich, o jego mimice i minach i próbowali w ten sposób odgadnąć, co Lechu o kim myśli, żenada.
A zupełnie rozbrajający był tekst o Jarku, którego na tej uroczystości przecież nie było:
"To tragiczne, że cały czas musimy rozpatrywać reakcje Jarosława Kaczyńskiego w aspekcie psychologicznym, ten człowiek ma takie kompleksy i tak nie potrafi poradzić sobie z tą sytuacją…"
Otóż panowie dziennikarze nie musicie. Możecie z czystym sumieniem zająć się nowym rządem. Przydałoby się wreszcie powiedzieć coś społeczeństwu o nowych ministrach. Rozumiem, że są to ludzie z łapanki i większości z nich nikt nie zna, ale to jest właśnie wasze zadanie, pomóżcie nam ich poznać. Zostawcie już PiS, zajmijcie się wreszcie Tuskiem. Jak już tak bardzo chcecie zajmować się reakcjami polityków na przegraną, to uczciwie byłoby przypomnieć wszystkim w jaki sposób zachowywał się Donald Tusk po przegraniu najpierw wyborów do parlamentu a potem prezydenckich i to w odstępie kilku tygodni.
Zresztą Tusk hipokryta, też się do tego dokłada. Z właściwym sobie fałszywym uśmieszkiem, chwali się, że otrzymał od Jarosława Kaczyńskiego list z życzeniami sukcesu, ale zaraz niby mimochodem dodaje, że list składał się z 3 zdań. Po co to dodał? Przecież dokładnie wpisuje się to w taktykę mediów, dorabiania gęby zawistnych i nie umiejących poradzić sobie z porażką Kaczyńskich. Do tego Tusk „zaapelował o wyrozumiałość i cierpliwość do poprzedniej ekipy rządzącej”. Jak ja nie lubię ludzi obłudnych. Wolę już zwykłych kłamców.
Na deser dialog Igora Janke z wiceministrem spraw zagranicznych w rządzie PiSu Pawłem Kowalem, z ostatniego wtorku (tylko fragment, notowałem ze słuchu, na tyle dokładnie na ile się dało):
IJ: OK. To chciałbym, żebyśmy przez chwilę porozmawiali o Prawie i Sprawiedliwości, bo tam też dużo się dzieje…
PK: To jest ulubiony temat ostatnio we wszystkich radiach i telewizjach…
IJ: Rozmawiamy o Platformie Obywatelskiej …
PK: Nigdy o Platformie tutaj nie rozmawiamy, ale.. to jest, no dobrze dobrze…
IJ: O ile pamiętam to pan jest z Prawa i Sprawiedliwości, Czy pan już przeszedł do Platformy?
PK: Nie, nie wybieram się do Platformy (z uśmiechem).
IJ: Chciałbym żebyśmy o PiSie porozmawiali, nie wiem dlaczego pana tak to bardzo dziwi…
Po czym następuje tradycyjne „męczenie” o rozłamowców w PiSie i o to ilu to posłów PO może wyciągnąć z PiSu. Na co poirytowany już Paweł Kowal powiedział: „…moim zdaniem w nadmiarze wszyscy są zainteresowani i poinformowani jestem przekonany, że nudzimy teraz radiosłuchaczy…”
Dokładnie to już jest nudne. Moją uwagę zwrócił też ton, w jakim Igor mówił o ewentualnym wyłuskiwaniu posłów z PiSu. Wcześniej, kiedy próbował to robić PiS ton był zdecydowanie negatywny, dziennikarze powszechnie potępiali takie praktyki. Była to nieczysta gra, a nawet korupcja polityczna. Teraz mówi się o tym bez śladu potępienia, a nawet z nutą nadziei. Dziwne jak szybko można zmienić sposób oceny takich samych zdarzeń. A przecież robią to nasi ulubieni dziennikarze.
Niestety coraz wyraźniej widać, że to co uważałem za żart, żartem nie jest. Może faktycznie spotkali się szefowie mediów i ustalili, że czas już skończyć z atakowaniem rządu i czas zająć się opozycją.
Na koniec fragment bardzo ciekawej, moim zdaniem, analizy doktora Migalskiego:
"W jednym z ostatnich numerów „Wprost” to ciągłe mówienie o miłości, przyjaźni i wartościach nazwałem Erą Wodnika. Tusk od dłuższego już czasu próbuje uprawiać postpolitykę – prezentuje się w uśmiechach, komplementach, wyrazach uznania dla przeciwników. Jest w tym mistrzem – w partii bezpardonowo wykończył wszystkich swoich konkurentów, a jednak w dalszym ciągu ma opinię sympatycznego chłopczyka.
Pierwszymi posunięciami nowego gabinetu było przejęcie służb specjalnych, choć media wciąż skupiały się na jego żartach i zapewnieniach o tym, że ukochał całą ludzkość (ze szczególnym uwzględnieniem zapewne „Janka” Rokity, któremu, jak mnie pamięć nie myli, obiecał w czasie kampanii wyborczej udział w rządzie). Lider PO jest brutalnym graczem politycznym, ale skutecznie ukrywającym ową brutalność pod rozbrajającym uśmiechem i piętrzącymi się uprzejmościami.
Gra komputerowa
Nie zostało to dotąd zauważalne dzięki postawie mediów. Nieczyste zagrywki Jarosława Kaczyńskiego et consortes były odnotowywane od razu i w atmosferze powszechnego oburzenia; faule Tuska uchodzą mu na sucho. I to jest klucz do odkrycia najważniejszej części strategii szefa PO – do przeniesienia walki na sferę symboli do świata mediów.
Obecny premier wie, że trzy lata to okres tak długi, że prowadzenie prawdziwej polityki, a potem rozliczenie się z jej efektów mogłoby być dla niego i jego planów zabójcze, dlatego postanowił przenieść pole konfliktu na sferę metapolityczną – w rejony symboli i stylu. Tu kontakt z rzeczywistością nie jest konieczny, tu można ją kreować.
Tusk proponuje nam nie politykę, ale grę komputerową o nazwie „polityka”. Chce, by tematem rozmów nie były reformy i konkretne działania w świecie realnym – bo zaniechał ich poprzez nadanie administracyjnego charakteru swemu gabinetowi. Woli zastąpić te tematy deliberowaniem o stylu, jakości, formach. Nie mamy debatować o tym, co zostawia poprzedni rząd, lecz w jakim odbywa się to stylu. Nie powinniśmy pytać o program nowego gabinetu, ale podziwiać, jak elegancko odbywa się jego formowanie. Nie powinno mieć znaczenia, co stanie się przez następne trzy lata, ale jak będzie to oceniane (zwłaszcza za granicą).
Dlatego Tusk oddał walkowerem przewagę PO nad PSL w ramach rządu – dla niego nie jest ważne, jaką politykę będzie prowadził nowy gabinet, lecz czy będzie się to odbywać w atmosferze wzajemnych komplementów i prawienia sobie duserów. Dlatego sformował rząd technokratyczny – ma on spokojnie zarządzać krajem, w klimacie porozumienia i konsensusu. Dlatego porzucił hasła Platformy sprzed kilku lat – dziś ma to być sympatyczna partia uśmiechniętych ludzi.
Komentujemy styl
I prawie mu się to udaje – od wielu tygodni w Polsce nie mamy okazji do komentowania polityki, komentujemy styl politykowania. Każda dyskusja publicystów i naukowców zaczyna się i kończy pytaniami o styl uprawiania polityki – w jakiej sali odbyła się jakaś uroczystość, czy uśmiechano się, jak długie były listy polityków do siebie, czy to ładnie, że kogoś nie było lub że ktoś był, czy jakieś sformułowanie nie było aby zbyt ostre...
To nie jest polityka, to nie jest komentatorstwo polityczne. Tuskowi udało się zaczarować polskie życie polityczne – kwestia stylu jest w nim dominująca. Wiemy, że rządy PiS były złe, bo odbywały się w nieeleganckiej atmosferze.
Tusk nie chce, aby debatować o tym, co zostawia poprzedni rząd, lecz w jakim odbywa się to stylu. Spowodował, że nie pytamy go o program nowego gabinetu, ale podziwiamy, jak elegancko został powołany
Wiemy także, iż PO jest fajna, bo uprawia politykę w ładnym stylu. Jeśli w dalszym ciągu polska debata publiczna będzie odbywać się w tej konwencji, premier Tusk zostanie prezydentem Tuskiem. Bo platformersi są naprawdę sympatyczniejsi niż pisowcy, a ludowcy bardziej cywilizowani niż Łyżwiński i Lepper. Na fotografowaniu twarzy liderów PO Cesare Lombroso nie zarobiłby zbyt dużo. Ale czy to aby na pewno trafny sposób opisywania polityki?
Starcie w świecie słowa
Donald Tusk bardzo liczy, że świat dziennikarski będzie mu w tym pomocny. I ma po temu pewne podstawy. W 2005 roku tygodnik „Wprost” piórem Bronisława Wildsteina przeprowadził ankiety wśród czołowych dziennikarzy polskich. Okazało się, że 60 proc. z nich głosowało wówczas na PO. Odbywało się to w warunkach, gdy partia ta w całej populacji otrzymała zaledwie 24 proc. głosów.
Dziś, gdy ugrupowanie to zyskało ponad 42 proc. popularności wśród wszystkich Polaków, procent dziennikarzy, którzy oddali swój głos na Platformę, musi być jeszcze wyższy. Na to liczy Tusk – chce wypowiedzieć wojnę swym przeciwnikom nie w realnej polityce, ale w świecie słowa, w matriksie konstruowanym przez żurnalistów, których postrzega jako swoich zwolenników. Tutaj wynik wojny z PiS czy z LiD wydaje mu się przesądzony.
Sędziowie wszak są po jego stronie, a i on w tym komputerowym, odrealnionym świecie porusza się lepiej niż jego konkurenci (zwłaszcza lepiej niż siermiężni woje od Kaczyńskiego)."
Całość znajdziecie tutaj.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)