MariuszM MariuszM
66
BLOG

To już trzy lata ...

MariuszM MariuszM Polityka Obserwuj notkę 4

    Minęły już trzy lata od momentu, kiedy największy z Polaków przeszedł do wieczności. Może w ten jeden dzień, warto zatrzymać się i w biegu codzienności choć przez chwilę zastanowić się jaki to wszystko ma sens. Ta cała szarpanina, polityka, gonitwa w szczurzym wyścigu, walka. Może jednak nie o to w życiu chodzi?

Przeczytałem właśnie swoje świadectwo z pogrzebu Jana Pawła II, pisane na gorąco zaraz po powrocie z Rzymu. Znowu wróciły do mnie tamte emocje, znowu zorientowałem się, że chyba biegnę w złym kierunku. Dobrze, że odgrzebałem te notatki. Pomyślałem, że wrzucę je na bloga, może ktoś jeszcze będzie miał ochotę przypomnieć sobie tamte chwile.

Ostrzegam tekst jest bardzo osobisty i mocno religijny. Żeby nie było, że nie ostrzegałem :) 

 

 

Nowe życie

 

            Jan Paweł II zawsze był dla nas ważny, ale aż do momentu, kiedy zaczął odchodzić nie zdawaliśmy sobie sprawy jak bardzo. To, co się stało w naszych sercach w pierwszych dniach kwietnia nie można nazwać inaczej jak wielką przemianą. W dniach, kiedy nasz kochany Ojciec Święty przechodził z życia do życia, my wracaliśmy z powrotem w ramiona Niebieskiego Ojca. To były dni, w których praktycznie nie odchodziliśmy od telewizora, ale to było dziwne oglądanie, w czasie którego poprzez łzy i modlitwę Duch Święty bardzo mocno przemieniał nasze serca, zmieniał nasze myślenie, to był czas kiedy wiele rzeczy przestawało mieć jakiekolwiek znaczenie, a inne stawały się ważniejsze niż kiedykolwiek przedtem. Jeszcze w piątek późno w nocy modliliśmy się w malutkim kościółku, w którym byłem chrzczony o zdrowie Ojca Świętego, modliliśmy się o cud, i jakoś podświadomie czuliśmy, że ten czas jest cudowny, że jest naznaczony jakimś szczególnym błogosławieństwem, że dzieje się coś niezwykle ważnego w nas samych, że to odchodzenie Ojca Świętego nie jest bezowocne, że jego śmierć budzi nas na nowo do życia. Jak się później okazało nie byliśmy w tym sami, podobnie odczuwały to miliony ludzi na całym świecie, a setki, tysiące nawróceń, często po wielu latach, są żywym dowodem na to jak bardzo owocne było nie tylko całe życie ale nawet i śmierć Jana Pawła II.

Dla nas jako rodziny okres przed śmiercią Ojca Świętego był szczególnie trudny, oboje z żoną straciliśmy pracę, kiepskie perspektywy, trudna sytuacja materialna, powodowały, że było w nas dużo lęku o przyszłość, czuliśmy się zagubieni i osamotnieni.

Kiedy w sobotę wieczorem już wiedzieliśmy, że nasz ukochany Ojciec Święty powiedział tu na ziemi swoje ostatnie Amen, wszystkie nasze problemy straciły jakiekolwiek znaczenie. To się może wydać dziwne, ale ten ogromny ból i żal, który wtedy czuliśmy, to nie tyle był żal nad Ojcem Świętym, ale nad nami samymi. Poczuliśmy ogromną stratę. Co my teraz zrobimy? Zostaliśmy sami, jak sieroty, jak my teraz dalej będziemy żyć?

Drugą dziwną rzeczą było to, że w ten wieczór, nie tyle mieliśmy przed oczami wspaniałe życie Jana Pawła II, jego wielki pontyfikat, ale patrzyliśmy się na nasze własne, młode jeszcze życie i zadawaliśmy sobie pytanie, gdzie się pogubiliśmy? Dlaczego tak daleko odeszliśmy od tej Drogi, po której On kroczył? Gdzie w zamęcie tego świata zgubiliśmy tą perłę bezcenną, dla której warto zostawić wszystko inne, dlaczego chaszcze codziennych trosk i lęków tak skutecznie zagłuszyły słowa prawdy, którą głosił?

To chyba Duch Święty sprawił, że czuliśmy wtedy, że jedyną sensowną odpowiedzią na śmierć Ojca Świętego musi być radykalna zmiana naszego życia. To był czas, kiedy Duch Święty głęboko przemieniał nasze myślenie. Zaczynała w nas dojrzewać decyzja, że chcemy o wiele bardziej niż dotąd zaufać Panu, że odtąd w naszym życiu chcemy naśladować Jana Pawła II i tak jak On niestrudzenie iść za Jezusem, choćby nas to miało wiele kosztować.

Całe życie Karola Wojtyły było wielkim darem od Boga, ale chyba nikt się nie spodziewał jak owocna dla nas, dla Polski i dla całego Świata będzie jego Śmierć.

 

 

Rokitno

 

W niedzielę pojechaliśmy jeszcze do Babci na wieś. To była niedziela pełna spokoju, po raz pierwszy od dłuższego czasu nigdzie nam się nie spieszyło.

Wtedy właśnie gdzieś w nas zaczęło budzić się pragnienie, żeby być blisko Ojca Świętego, żeby te dni, jedne z najważniejszych w naszym życiu przeżyć w sposób szczególny, czuliśmy też potrzebę wyrażenia na zewnątrz tego, co przeżywamy: naszej miłości do Niego, naszej wdzięczności za wszystko, co dla nas zrobił.

Kiedy pierwszy raz głośno powiedziałem, może byśmy pojechali na pogrzeb do Rzymu, wydawało się to zupełnie nierealne.

W poniedziałek wracaliśmy do Wrocławia, ponad 300 kilometrów, myśl o wyjeździe coraz częściej wracała w naszych rozmowach.

Patrząc się teraz z perspektywy, jesteśmy przekonani, ze sam Ojciec Święty chciał żebyśmy pojechali do Rzymu, może to nawet było bardziej jego zaproszenie niż nasze pragnienie. W każdym razie wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że w ogóle pojedziemy, a już w najśmielszych snach nie przypuszczaliśmy jak wiele się jeszcze wydarzy.

Zaczęliśmy się zastanawiać, jakie mamy możliwości wyjazdu. Przez ostatnie dni byliśmy daleko od Wrocławia i zupełnie nie zdawaliśmy sobie sprawy, że całe masy ludzi organizują się na wyjazd do Rzymu. Trochę nam się oczy otworzyły, kiedy zadzwoniliśmy do naszego duszpasterstwa i dowiedzieliśmy się, że jadą trzy pełne autokary i że nie ma już miejsc. Właściwie pozostawała jedna możliwość - pojechać do Rzymu autostopem. Ale na autostop pozostawało już bardzo niewiele czasu, żeby mieć realną szansę dotarcia na czas, powinniśmy wyjechać we wtorek i to nie za późno. We wtorek oboje z żoną mieliśmy rozmowy w sprawie pracy, więc zdawaliśmy sobie sprawę, że raczej nie damy rady wyjechać o rozsądnej porze. Powoli zaczęliśmy godzić się z myślą o tym, że do Rzymu nie pojedziemy.

Po drodze do Wrocławia kilka kilometrów w bok od trasy, pośród pól i lasów, jest Rokitno, maleńka wioska i sanktuarium Matki Bożej Cierpliwie Słuchającej. Chociaż było już późno, a przed nami było jeszcze parę godzin jazdy, postanowiliśmy, że zjedziemy z drogi i wstąpimy do Rokitna. Trafiliśmy akurat na mszę w intencji Ojca Świętego. Po lewej stronie od ołtarza zauważyliśmy wystawioną białą sutannę ze stułą i papieskie nakrycia głowy piuskę i mitrę. Po zakończonej mszy kapłan powiedział, że są to szaty Jana Pawła II i kto chce może podejść i je ucałować, powiedział, że są to prawie relikwie. Dla nas to były relikwie, to że mogliśmy podejść i ucałować rękaw sutanny Ojca Świętego było niesamowite, przez moment poczuliśmy niemal fizyczną bliskość Jana Pawła II. Kiedy przy melodii „Barki” patrzyliśmy jak ludzie podchodzą i z miłością całują szaty Ojca Świętego, tak mocno do nas dotarło, że nasz kochany papież rzeczywiście jest Święty, że właśnie zaczyna się jego kult w kraju, który był jego ojczyzną i że my jesteśmy tego świadkami. Jechaliśmy do Rokitna na chwilę, pomodlić się, a dane nam było duchowo spotkać się z Ojcem Świętym, to był pierwszy z takich wyraźnych znaków, że Ojciec Święty, chociaż odszedł do wieczności jest obecny w naszym życiu. W ciągu kilku najbliższych dni wiele jeszcze takich znaków mieliśmy doświadczyć.

 

 

Wyjazd

 

Nie widząc realnej możliwości dotarcia do Rzymu, oddaliśmy to Bogu w modlitwie: „Panie, jeśli Ty chcesz żebyśmy dotarli do Rzymu i pożegnali Ojca Świętego, to spraw żebyśmy mogli tam dotrzeć.” Szczerze mówiąc po tej modlitwie trochę zluzowaliśmy i przyjęliśmy postawę, że jak mamy tam być, to będziemy, ale tak naprawdę sami w to nie wierzyliśmy.

Widocznie jednak mieliśmy tam być. Tak się stało, że z tego wszystkiego zwierzyliśmy się naszemu przyjacielowi Michałowi, on też bardzo przeżywał odejście Ojca Świętego. We wtorek po południu już po naszych rozmowach w sprawie pracy, Michał zaproponował żebyśmy pojechali do Rzymu jego samochodem z nim i z jego narzeczoną Moniką. Mieliśmy się złożyć na paliwo, zapakować niezbędne rzeczy i w środę wieczorem wyruszyć. To, że wyjazd staje się realny i że nasza modlitwa została wysłuchana, trochę nas zaskoczyło. Zaczęliśmy jednak się szykować do wyjazdu, we wtorek późnym wieczorem zrobiliśmy jeszcze naradę wojenną i zaplanowaliśmy wszystkie szczegóły. Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że nie mieliśmy wątpliwości i obaw. W końcu to jednak długa trasa i nie wiedzieliśmy, czego możemy się spodziewać po drodze i w samym Rzymie. Jednym z najważniejszych pytań było czy w ogóle dojedziemy do Rzymu.

Środa była dniem, kiedy media zaczęły bombardować nas informacjami, że z powodu napływu wielkiej ilości pielgrzymów Rzym jest cały zablokowany. Włoskie władze informowały, że większość pielgrzymów nie ma najmniejszych szans na dotarcie choćby w okolice Watykanu, na obrzeżach miasta przygotowywane są parkingi i place z telebimami i że właściwie już teraz lepiej jest kierować się na Tor Vergata pod Rzymem, kilka kilometrów za obwodnicą. W środę wieczorem, tuż przed naszym wyjazdem, panika medialna osiągnęła apogeum, pojawiły się informacje, że autokary są już zatrzymywane 300 kilometrów od Rzymu. Mocno się zastanawialiśmy czy jest sens jechać. W sumie to niewiadomo, dlaczego zdecydowaliśmy się zaryzykować. Co nami kierowało, że wyruszyliśmy w nieznane, pomimo wszystkich tych informacji? Argument, że mamy już zrobione kanapki był jedynym, który przyszedł nam wtedy do głowy, ale chyba nie to zadecydowało. Zdawaliśmy sobie sprawę, że możemy nie dojechać do celu, że najprawdopodobniej utkniemy gdzieś przed Rzymem. Plac z telebimem, był wtedy szczytem naszych marzeń. Mimo to zapakowaliśmy się i pojechaliśmy, dla Ojca Świętego!

 

 

W drodze

 

Mieliśmy prowadzić na zmianę ja z Michałem, planowaliśmy wyspać się przed drogą, ale nie znaleźliśmy na to czasu. Kryzys nadszedł ok. 2 w nocy z środy na czwartek. Byliśmy niedaleko za Dreznem i Michał, który pierwszy prowadził powiedział, że już nie daje rady jechać i musi się chociaż na parę godzin zdrzemnąć. Wtedy dotarło do nas, że jesteśmy dopiero na początku drogi, zmęczeni zaspani, a zostało nam już bardzo mało czasu, następnego dnia miał być pogrzeb. To była chwila zwątpienia. Powiedziałem, że spróbuję pojechać jeszcze z pół godziny, gdybyśmy tam zostali na noc to najprawdopodobniej po obudzeniu wrócilibyśmy z powrotem do Wrocławia. Nie wiem, co się stało, ale jak siadłem za kierownicę to odeszło ode mnie całe zmęczenie i senność. Parę godzin później, jak przekazywałem kierownicę z powrotem Michałowi, byliśmy już za Monachium pod granicą austriacką, mniej niż 200 kilometrów od ziemi włoskiej.

Później poszło już dużo łatwiej, nie licząc korków na włoskich autostradach jechało się bardzo dobrze. Były momenty na drodze, gdy większość samochodów przed i za nami, miała polskie rejestracje, wstążki na antenach i zdjęcia Ojca Świętego za szybą. Większość mijanych autokarów też była z Polski. Pozdrawialiśmy się wzajemnie, było coś wyjątkowego w tej drodze, wszyscy wiedzieliśmy gdzie i po co jedziemy, to była wielka narodowa pielgrzymka. Bardzo nas to jednoczyło, żartowaliśmy ze to jest taka pokojowa inwazja na Rzym.

W czwartek przed południem wysiadła Era, nie mogliśmy się zalogować do żadnego z Włoskich operatorów telefonii komórkowej. Działały telefony z Plusa i z Idei, ale tak się złożyło ze cała nasza czwórka miała telefony z Ery. Straciliśmy kontakt ze światem, wiedzieliśmy, że mogą się o nas martwić rodzice, nie mogliśmy wysłać żadnego smsa, ale najbardziej nam było żal, że nie możemy zadzwonić do znajomej, która od kilku dni była w Rzymie i od której mieliśmy nadzieję dowiedzieć się jak wygląda sytuacja w Wiecznym Mieście.

Późnym popołudniem, dotarliśmy w okolice Rzymu, zatrzymaliśmy się na posiłek na stacji kilkadziesiąt kilometrów przed Rzymem. Obok nas zatrzymali się nasi rodacy na poznańskich numerach. Kiedy podczas rozmowy dowiedzieli się że mamy kłopoty z telefonami, zaoferowali nam swój telefon. Dzięki ich uprzejmości mogliśmy zadzwonić do naszej znajomej i dowiedzieć się, co rzeczywiście dzieje się w Wiecznym Mieście.

Ten telefon trochę nas uspokoił, okazało się, że informacje o zablokowanym Rzymie są mocno przesadzone. Postanowiliśmy, więc nie rezygnować bez walki i zamiast od razu kierować się na któryś z parkingów na obrzeżach, spróbować dotrzeć w pobliże Watykanu, a ponieważ wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, zjechaliśmy z głównej autostrady i zaczęliśmy wjeżdżać do miasta jedną z bocznych dróg od strony północno-zachodniej.

 

 

Gościnny Rzym

 

Kiedy mijaliśmy rogatki miasta zaczynał się już zmierzch, wjeżdżaliśmy w głąb miasta w leciutkim korku, ale nigdzie po drodze nie trafiliśmy nawet na ślad blokady. Wjeżdżaliśmy w głąb miasta i wjeżdżaliśmy, byliśmy coraz bliżej centrum, a tu nic, żadnych zapór. Trochę zaczęliśmy się niepokoić, że nie damy rady zaparkować, że wjedziemy za daleko. Postanowiliśmy, że zatrzymamy się w pierwszym lepszym nadającym się do tego miejscu i zorientujemy się na mapie gdzie jesteśmy i co dalej robimy. Akurat po prawej stronie był niewielki placyk, właściwie taki zjazd przed bramą, zatrzymaliśmy się tam. Pierwszą rzeczą, którą zauważyliśmy była umieszczona w murze, wprost przed naszymi oczami tabliczka informująca o tym, że jest tutaj zakon sióstr Karmelitanek. Niewiele myśląc wybiegłem z żoną z samochodu i zadzwoniliśmy do bramy. Po kilku minutach mogliśmy wrócić do Michała i Moniki i z radością powiedzieć im, że nie tylko mamy parking dla samochodu, ale też i nocleg. W dodatku okazało się, że jesteśmy nie więcej niż 4 km od Placu Świętego Piotra i to z górki. To, co się stało było niesamowite, to było pierwsze miejsce w Rzymie, w którym zatrzymaliśmy samochód i od razu znaleźliśmy schronienie. Siostry okazały się bardzo gościnne, miały zajęte wszystkie pokoje, ale otworzyły nam świetlice i łazienkę. Mieliśmy wszystko, czego mogliśmy tylko zapragnąć. W świetlicy były stoły, a nawet wygodne kanapy, na których spaliśmy. Mieliśmy też dostęp do prysznica, a samochód mogliśmy zostawić na dziedzińcu za bramą. Co ciekawe parę godzin wcześniej jeszcze w drodze kiedy byliśmy pełni obaw, o to co zastaniemy w Rzymie, zaraz po tym jak zmówiliśmy różaniec, powiedziałem: zobaczycie, że Pan się nami zaopiekuje i że jeszcze znajdziemy nocleg w centrum Rzymu. Powiedziałem to, bo wierzyłem, że prowadzi nas Duch Święty i ze doświadczymy Jego opieki. Ale taki nocleg wydawał nam się cudem, tym bardziej, że nie byliśmy przekonani czy w ogóle dotrzemy do Rzymu.

Kiedy się już rozlokowaliśmy, wybraliśmy się na rekonesans, nazajutrz miał być pogrzeb. Marzyliśmy o tym, żeby znaleźć jakiś plac z telebimem, nie daleko od Watykanu. Późnym wieczorem dotarliśmy prawie do samego Watykanu. Watykan był zamknięty, a na około na okolicznych placykach i skwerach koczowały dziesiątki, może setki tysięcy ludzi. To, co tam zobaczyliśmy było zupełnie inne od tego, czego się spodziewaliśmy. Zamiast atmosfery smutku i przygnębienia, wszystkie ulice na około Watykanu rozbrzmiewały tysiącami głosów w każdym niemal języku, słychać było śpiewy i radosne okrzyki. Duża grupa Polaków częściowo ubrana w stroje krakowskie i góralskie, głośno skandowała „Polska !, Polska !”, w odpowiedzi na to było słychać „Espania ! , Espania !”, co chwilę słychać było włoskie rytmiczne przypominające śpiew okrzyki „Giovanni Paulo”. To, co tam zobaczyliśmy przypominało bardziej papieską pielgrzymkę lub światowe dni młodzieży, niż pogrzeb. Bardzo mocno dotarło do nas, że tutaj nikt nie myśli, że Ojciec Święty umarł, dla tych setek tysięcy ludzi Jan Paweł II żyje i jest obecny, właśnie tutaj pomiędzy nimi. To było coś niesamowitego, zamiast żegnać Ojca Świętego przyszło nam go witać, on naprawdę był tam obecny, bardziej jeszcze niż wtedy, gdy wędrowaliśmy za nim od miasta do miasta w czasie jego pielgrzymek. Do tej pory brzmią nam w uszach oklaski i okrzyki „Giovanni Paulo”. Tam tak wyraźnie odczuliśmy, że śmierć nie jest żadnym końcem, a tylko przejściem z życia do życia. Tam, na tych uliczkach wokół Watykanu tak bardzo realne stało się to, w co wierzymy.

Zrobiło nam się nawet trochę żal, że musimy wracać na wygodny nocleg, i że nie możemy zostać tam pośród tych ludzi, tak bardzo zjednoczonych i pełnych entuzjazmu.

Włosi okazali się bardzo gościnni, koczującym ludziom rozdawanie były koce i poduszki, nikomu nie brakowało wody, stały całe stosy zgrzewek z wodą mineralną.

Przeszliśmy się jeszcze trochę w stronę Via Conciliazione i spotkaliśmy dużą grupę z Wrocławia, z różnych duszpasterstw akademickich, spotkaliśmy znajomych.

Dochodziła 23 i musieliśmy wracać, mieliśmy kilka godzin snu, chcieliśmy być tu z powrotem o czwartej nad ranem. Powoli zaczynaliśmy wierzyć, że uda nam się dostać w okolice Placu Świętego Piotra.

 

 

Wejście

 

Piątek nad ranem, zaspaliśmy. Zamiast wstać o trzeciej, wstaliśmy po czwartej. Dało o sobie znać zmęczenie i mnóstwo wrażeń z poprzedniego dnia. Parę minut przed piątą wyruszyliśmy w stronę Watykanu, zaopatrzeni w kanapki, karimaty i oczywiście polskie flagi z przywiązaną czarną wstążeczką. Mieliśmy informacje od służb porządkowych, że będą wpuszczać na Plac Świętego Piotra od godziny szóstej, ale mieliśmy też sygnały, że mogą zacząć otwierać bramki wcześniej, nawet o czwartej. Chyba już na nic nie liczyliśmy, no może na kolejny cud. Nie dość, że zaspaliśmy to jeszcze mieszkaliśmy od północnej strony Watykanu. Postanowiliśmy, że nawet nie będziemy próbować wejść na Plac Świętego Piotra główną aleją Via Conciliazione i że spróbujemy dostać się od naszej strony, a dokładnie od Via Angelica. Dotarliśmy pod Watykan kilkanaście minut przed szóstą. Wszystkie wejścia były jeszcze pozamykane. Dowiedzieliśmy się, że prawdopodobnie mają otworzyć bramkę przy ulicy Via Mascherino i tam też się ustawiliśmy. Kiedy parę minut po szóstej bramka wciąż pozostawała zamknięta, zwątpiliśmy i uznaliśmy że chyba będą wpuszczać tylko od głównej ulicy. Wydawało się to najbardziej prawdopodobne. No cóż i tak byliśmy szczęśliwi, byliśmy pod murami Watykanu a z miejsca, w którym staliśmy widać było telebim, to i tak było więcej niż marzyliśmy.

Ojciec Święty chyba jednak chciał żebyśmy byli na Palcu Świętego Piotra.

Kilka, może kilkanaście minut po szóstej usłyszeliśmy jak przez megafon zaczęli informować, ze będą powoli wpuszczać niewielkimi strumieniami po kilkadziesiąt osób. Nawet nie wiemy dokładnie jak to się stało, ale kilkanaście minut później byliśmy już po drugiej stronie barierek. Plac Świętego Piotra wydawał się coraz bardziej realny.

Do placu mieliśmy może ok. 500 metrów, których przebycie zajęło nam prawie dwie godziny, w czasie, których pokonaliśmy jeszcze kilka zapór. Trzeba przyznać, że Włosi bardzo sprawnie to wszystko zorganizowali. Był moment, w którym tłum zaczął niebezpiecznie gęstnieć i po chwili jak spod ziemi pojawiło się kilkadziesiąt osób, chyba z obrony cywilnej w jaskrawo neonowych zielonych i pomarańczowych uniformach. Ustawili kolejną tym razem żywą zaporę, rozdzielając tłum na dwie części i buforując w ten sposób strumień ludzi. Samo czekanie w tym tłumie przed wejściem na plac, było już dużym przeżyciem. Chociaż słyszeliśmy różne języki, widzieliśmy różne kolory skóry, wszyscy byliśmy razem, przybyliśmy tu z całego świata w jednym celu, zjednoczeni w miłości do Ojca Świętego. Z tyłu za nami grupa młodych Włochów z gitarą śpiewała hymn światowych dni młodzieży z Rzymu z roku 2000.

Parę minut po ósmej sforsowaliśmy ostatnie barierki, tym razem były to wykrywacze metalu, nasze plecaki prześwietlił rentgen i już byliśmy na Placu Świętego Piotra.

To było niewiarygodne, kilkadziesiąt godzin po podjęciu szalonej decyzji o wyjeździe nie tylko dotarliśmy do Rzymu, ale staliśmy na Placu Świętego Piotra. To, co wtedy czuliśmy to ogromna wdzięczność, że Duch Święty zaprowadził nas aż tutaj, nie mogliśmy w to uwierzyć. Wiemy, że to sam Ojciec Święty nas tam zaprosił. Przecież to było prawie niemożliwe, nikt z nas wcześniej nawet nie śmiał w to wierzyć, ale to był fakt, byliśmy na placu przed Bazyliką Świętego Piotra. W dodatku byliśmy wypoczęci i wyspani. Miejsce, w którym się znaleźliśmy to były okolice prawej fontanny patrząc w stronę frontu bazyliki. Mieliśmy widok na schody przed bazyliką, na ołtarz, dodatkowo przed nami był telebim, a nad nami po prawej stronie w górze było papieskie okno, to okno, w którym tyle razy widzieliśmy Ojca Świętego. Często w czasie tych kilku godzin spędzonych na placu spoglądaliśmy w to okno i mieliśmy dziwne wrażenie, że choć Go nie widać to Ojciec Święty tam jest i patrzy na nas, czuliśmy jego obecność. Jakby tego było mało, miejsce w którym staliśmy było na lekkim wzniesieniu, tak że wszystko co się działo na schodach przed bazyliką dokładnie widzieliśmy. Nawet Era odblokowała telefony, tak że mogliśmy zadzwonić do rodziców i powiedzieć im ze z nami wszystko w porządku i że jesteśmy na samym Placu Świętego Piotra. Byliśmy naprawdę szczęśliwi. Do pogrzebu pozostały niecałe dwie godziny.

 

 

Pożegnanie Ojca Świętego

 

Sama uroczystość pożegnania Ojca Świętego była niezwykła. To, co czuliśmy to głębokie wzruszenie, wielka wdzięczność za wspaniale spełnione życie Jana Pawła II. To dziwne, ale czuliśmy nawet coś w rodzaju triumfu. To nie był zwykły pogrzeb i nie chodzi tu tylko o to, że był największy, że było tylu możnych tego świata. Ten pogrzeb był niezwykły, bo wcale nie przypominał pogrzebu. To było raczej oddanie wielkiej chwały Bogu i wielkie radosne dziękczynienie za Jana Pawła II.

Kiedy zobaczyliśmy trumnę w jakiej wnieśli Ojca Świętego nie sposób było powstrzymać łez. Ten, którego żegnają teraz miliony, miliardy ludzi na całym świecie, ten który był naszym przewodnikiem, światłem które świeciło wysoko i jasno, leży teraz w prostej drewnianej trumnie a jedynym jej zdobieniem jest prosty krzyż i litera M. I przed taką trumną, pochylają się w hołdzie przywódcy największych potęg tego świata, prezydenci i królowie, którzy przybyli tu z różnych kontynentów tylko po to, żeby się przed tą prostą drewnianą trumną pokłonić. Ciężko było wtedy nie dostrzec, że prawdziwa siła leży nie w bogactwie czy potędze militarnej, ale w pokorze i miłości. Czuliśmy też, że wypełniają się kolejne słowa proroctwa Juliusza Słowackiego z wiersza o słowiańskim papieżu:

Moc mu pomoże sakramentalna
Narodów stu,
Moc ta przez duchy będzie widzialna
Przed trumną tu.

Były jeszcze dwa silnie do nas przemawiające symbole: biały gołąb latający nad Placem Świętego Piotra, a właściwie krążący wokół okien papieskiego apartamentu i wiatr, który rozwiewał szaty kardynałom i przewracał kartki ewangelii położonej na trumnie Ojca Świętego, po to, aby w końcu zamknąć księgę. Czuliśmy, że to nie jest zwykły wiatr, ale powiew Ducha Świętego. To było takie amen, wypowiedziane przez Pana Boga nad życiem Ojca Świętego, które było jak otwarta księga, z której wszyscy mogliśmy czytać.

Bardzo mocno poruszył nasze serca kardynał Ratzinger, który w prosty i piękny sposób opisał w swoim kazaniu życie naszego ukochanego papieża. Czuliśmy w jego słowach wielki szacunek do Ojca Świętego. Wielokrotnie przerywaliśmy kazanie oklaskami, szczególnie w tych momentach, w których mówił o wielkiej miłości, poświęceniu i „jakże owocnym cierpieniu” Jana Pawła II. Gdy opowiadał o tym jak papież się modlił i głosił słowo, wiedzieliśmy, że mówi do nas ktoś, kto był bardzo blisko naszego Ojca Świętego.

A kiedy na koniec swojego kazania kardynał Ratzinger wprost powiedział, że nasz papież jest w niebie, „stoi w oknie domu Ojca” i kiedy zwrócił się do Niego z prośbą o błogosławieństwo, oklaskom nie było końca. Nikt nie miał wątpliwości, dla kogo były te brawa. Ten moment, kiedy przez kilkanaście minut, aż do utraty sił biliśmy brawo i wznosiliśmy okrzyki na cześć Jana Pawła II pozostanie jednym z najpiękniejszych wspomnień w naszym życiu. To była chwila, kiedy poprzez łzy wzruszenia docierała do nas z olbrzymią mocą prawda, że nie ma śmierci, że właśnie dziękujemy Bogu za życie Jana Pawła II, który nie umarł, ale przeszedł do wieczności i teraz patrzy z góry na nas, na nasze serca pełne miłości. Wtedy też poczuliśmy, że nie możemy zmarnować naszego życia, że musi ono być piękne, takie jak życie Karola Wojtyły, pełne miłości i chwały Boga.

I jeszcze ten widok telebimu, na którym w dużym zbliżeniu widzieliśmy lekko pochyloną, pełną pokory i szacunku twarz kardynała Ratzingera, który nie przerywał braw, ale trwał z nami w tym hołdzie, jaki lud rzymski i miliony ludzi z całego świata składały Ojcu Świętemu.

To były chwile triumfu, wielkich wzruszeń i potężnego działania Ducha Świętego.

Jeszcze w dwóch momentach zakręciła się nam łezka w oku. Przed pogrzebem, kiedy obok nas rozlokowała się starsza Rzymianka widać było, że jest bardzo uboga, może nawet bezdomna i kiedy po wymianie uśmiechów zorientowała się, że jesteśmy z Polski, zaczęła do nas mówić „Grande Papa, grande Papa”. I drugi raz, po pogrzebie, kiedy ludzie powoli opuszczali już plac, na czele grupy Włochów szedł może czterdziestoletni mężczyzna i wołał „Viva Polonia, Grazie del Papa, Viva Polonia”.

Na Placu Świętego Piotra była szczególna atmosfera, jeszcze długo po pogrzebie nie chciało nam się stamtąd wychodzić. Zresztą nie tylko nam, duża grupa Polaków z flagami i transparentami zgromadziła się na środku placu i długo śpiewała polskie pieśni. Była oczywiście „Barka”, „Abba, Ojcze” i inne pieśni i piosenki, które tyle razy śpiewaliśmy na pielgrzymkach idąc na spotkanie z Ojcem Świętym. Widoku górali, którzy w strojach ludowych, przez łzy, śpiewali „Góralu czy ci nie żal…” nie zapomnimy nigdy. Kiedy razem z rodakami, którzy przybyli z różnych stron świata pożegnać największego z nas, zaśpiewaliśmy hymn poczuliśmy prawdziwą wspólnotę, a kiedy śpiewaliśmy słowa …z ziemi włoskiej do Polski… zrozumieliśmy, że czas powoli wracać do domu. Zdaliśmy sobie sprawę ze coś się jednak skończyło. Minęła jakaś epoka, my nie znaliśmy innego papieża, nas wychował Jan Paweł II, to przy nim dorastaliśmy, to on nas uczył wiary. W Rzymie młodzi Włosi mieli takie koszulki z zabawnym zdjęciem Ojca Świętego jak robi sobie z dłoni lornetkę i z napisem: „Generazione JP II”. Kiedy zobaczyliśmy te koszulki uświadomiliśmy sobie, że my też jesteśmy pokoleniem Jana Pawła II, to On nas ukształtował.

 

 

Lody od Ojca Świętego

 

Powoli około godziny 16:30 zaczęliśmy opuszczać Plac Świętego Piotra, przed nami nocleg i powrót do Polski. Chcieliśmy jeszcze odwiedzić Bazylikę Świętego Piotra, na wszystkich telebimach leciały napisy, że bazylika będzie otwarta jutro od godziny siódmej. Postanowiliśmy, że jeszcze tu wrócimy, następnego dnia z samego rana, przed odjazdem.

To dziwne, ale Rzym, który w czasie pogrzebu wydawał nam się pełen radości i światła, teraz jakby posmutniał, niebo zaszło chmurami, zaczynał siąpić leciutki deszczyk. Bardzo powoli wracaliśmy do sióstr na nocleg, ale to jeszcze nie był koniec wrażeń tego dnia. Oprócz wielkich cudów, które dokonały się w naszych sercach, zdarzyło się jeszcze parę może drobnych, ale zaskakujących rzeczy. Najpierw Basia (moja żona), która przed pogrzebem źle się czuła, brało ją przeziębienie, teraz nagle po całym dniu na powietrzu stwierdziła, że czuje się doskonale i że przeszła jej choroba. Nawet drzazga, która dwa dni wcześniej wbiła się w jej dłoń zniknęła. Potem zachciało się jej lodów włoskich, w sumie to wszyscy stwierdziliśmy, że mamy na nie ochotę. Kiedy siedzieliśmy przy stoliku i jedliśmy lody, podeszła do nas kobieta i zapytała się nas czy jesteśmy z Polski. Odpowiedzieliśmy, że tak. Uśmiechnęła się, położyła na stoliku siedem euro i powiedziała „Macie na lody.” Wszystko to stało się tak błyskawicznie, że zaskoczeni nie zdołaliśmy nic więcej powiedzieć, jak tylko „dziękujemy”. Tego było już za wiele, nawet jak dla nas. Było oczywiste, że ktoś nas tu wspaniale nas przyjmuje: nie dość, że mamy wspaniały nocleg ze wszystkimi wygodami, nie dość, że dotarliśmy na sam Plac Świętego Piotra, to jeszcze teraz Ktoś nam stawia lody. Co innego mogliśmy powiedzieć jak tylko: dziękujemy Ci Ojcze Święty? A pomyśleć, że dwa dni wcześniej wyruszaliśmy w drogę nie wierząc właściwie, że uda nam się dotrzeć bliżej niż na obrzeża Rzymu.

 

 

Modlitwa nad grobem Ojca Świętego

 

Następnego dnia rano, po dobrze przespanej nocy, wykąpani i wypoczęci, godzinę później niż planowaliśmy, zjawiliśmy się na placu przed bazyliką. Padał deszcz, przed wejściem do świątyni ustawiła się niewielka kolejka. Po kilku minutach byliśmy we wnętrzu tego wielkiego, najważniejszego dla wszystkich katolików kościoła. Kościoła, w którego podziemiach znajduje się grób Świętego Piotra, ucznia Jezusa i pierwszego papieża, a od wczoraj też grób Jana Pawła II, także ucznia Jezusa i ostatniego papieża. Obaj leżą parę metrów od siebie, dzieli ich dwa tysiące lat historii a łączy miłość do Chrystusa, miłość która sprawiła że jeden i drugi potrafili ofiarować swoje życie do końca. Pewnie sobie teraz rozmawiają w niebie, jeden wprowadził kościół w pierwsze tysiąclecie, drugi w trzecie. Mają o czym rozmawiać. Oczywiście groty watykańskie były zamknięte, a grób naszego papieża dopiero był przygotowywany. Od miłego pana z ochrony Bazyliki dowiedzieliśmy się, że grób otworzą dla wiernych najwcześniej za dwa, trzy dni. Zapytaliśmy, w którym miejscu leży Ojciec Święty, ochroniarz pokazał nam miejsce w podłodze, pod którym jest grób. Cały teren wokół baldachimu, pod którym jest grób Świętego Piotra i wejście do podziemi był otoczony barierkami i nikt nie miał tam wstępu. Widzieliśmy tylko jednego kardynała, który tamtędy przechodził. Nie wiele myśląc klęknęliśmy z Basią przy barierce, twarzą w stronę miejsca gdzie spoczął Ojciec Święty i zaczęliśmy się modlić. Przypomnieliśmy sobie wszystkie nasze spotkania z Ojcem Świętym, które jeszcze jako narzeczeni wspólnie przeżywaliśmy. Przypomnieliśmy sobie też to ostatnie, kiedy 18 sierpnia 2002 roku na sześć dni przed naszym ślubem byliśmy na błoniach w Krakowie. Mieliśmy tam ze sobą nasze ślubne obrączki, a ewangelia, która wtedy była czytana, była tą ewangelią, którą wybraliśmy żeby „Orzech” nasz duszpasterz akademicki, przeczytał nam na naszym ślubie. To był Jan 15, 9-17, słowa pełne miłości i mocy.

Pomyśleliśmy, że skoro kardynał Ratzinger, prefekt Kongregacji Nauki Wiary, powiedział, że Ojciec Święty jest w niebie, więcej nawet, wprost zwrócił się do Niego z prośbą o błogosławieństwo, wyznając w ten sposób wiarę w świętość Jana Pawła II, to nie stanie się nic złego jak i my pomodlimy się o wstawiennictwo Ojca Świętego. Poprosiliśmy wtedy Jana Pawła II o szczególną opiekę nad naszą rodziną, powiedzieliśmy Mu, że chcemy by był naszym patronem. Powierzyliśmy Ojcu Świętemu całe nasze życie, naszą przyszłość, nasze lęki, plany i marzenia. Wtedy w bazylice nie tylko prosiliśmy Ojca Świętego o wstawiennictwo i opiekę, ale też postanowiliśmy zmienić nasze życie.

Nie wiem jak długo modliliśmy się klęcząc przed tą barierką, myślę, że kilkanaście minut. Kiedy kończyliśmy naszą modlitwę stało się coś co nas niezwykle poruszyło i co było dla nas kolejnym znakiem, że cały ten wyjazd nie był przypadkowy. W momencie, gdy już wstawaliśmy podszedł do nas ochroniarz, którego pytaliśmy gdzie leży Jan Paweł II i ku naszemu zdumieniu, przeprowadził nas przez barierki do miejsca, pod którym leżał nasz kochany Ojciec Święty. Była tam w podłodze kratka, przez którą widać było groty watykańskie. Widzieliśmy z góry robotników, którzy przygotowywali miejsce spoczynku naszego Papieża. Uklęknęliśmy i pomodliliśmy się chwilę dokładnie nad grobem. Prawdopodobnie byliśmy pierwszymi pielgrzymami, nie licząc oficjalnych gości, którzy mieli taką możliwość. Co prawda do grot nie weszliśmy, ale od grobu Ojca Świętego dzieliły nas może dwa, trzy metry. Nie wiemy, dlaczego pan z ochrony przeprowadził nas przez barierki, pomimo, że go wcale o to nie prosiliśmy, ale wierzymy, że było to działanie Ducha Świętego. Było to dla nas bardzo mocne przeżycie, wiedzieliśmy, że nasza modlitwa została wysłuchana. Jesteśmy przekonani, że spotkała nas szczególna łaska, na którą nie zasłużyliśmy. Nie mamy żadnych wątpliwości, że mieliśmy tam być, aby pożegnać Ojca Świętego i podziękować za Niego Bogu. Zrozumieliśmy też jak wielkim darem dla nas była ta pielgrzymka.

 

 

Powrót

 

Zostaliśmy jeszcze w bazylice na Eucharystii, przyjęliśmy komunię świętą i wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Najpierw pieszo uliczkami Rzymu, a potem samochodem do Polski.

Jakże inny jednak był to powrót. Do Rzymu jechaliśmy smutni, pełni obaw, niepokoju o to, co zastaniemy na miejscu, ale też i pełni lęku o całe nasze życie, o naszą przyszłość. Wracaliśmy pełni wiary, ufności i nadziei. Opieka, jakiej doświadczyliśmy, wszystkie znaki i cuda, które Pan zdziałał w naszym sercu sprawiły, że bardzo umocniła się nasza wiara. Cały ten wyjazd był jednym wielkim cudem.

Wiedzieliśmy, że skoro Pan Bóg opiekował się nami tak wyraźnie podczas tej pielgrzymki i zapewnił nam wszystko, czego potrzebowaliśmy, to zatroszczy się też o całe nasze życie. Po raz kolejny przekonaliśmy się, że nie ma lepszego przewodnika niż Duch Święty.

Mieliśmy też nowego patrona i orędownika w niebie. Kogoś, kogo znaliśmy i kochaliśmy, kogoś, kto nas kocha - Jana Pawła II.

To się może wydać dziwne, ale do Rzymu jechaliśmy w poczuciu, że Ojciec Święty odszedł, a z Rzymu wracaliśmy wiedząc, że nie tylko nie odszedł, ale stał nam się szczególnie bliski, o wiele bliższy nawet, niż wtedy, gdy w czasie Jego pielgrzymek do Polski widzieliśmy go żywego i słuchaliśmy jego głosu. Wiemy, że teraz ten głos stokroć silniejszy, brzmi w naszych sercach i wpływa na całe nasze życie. Wciąż modlimy się o beatyfikację Jana Pawła II i jesteśmy przekonani, że szybko ona nastąpi. W czasie tych kilku dni w Rzymie otrzymaliśmy wiele darów. Jednym z najcenniejszych było to, że Pan zabrał z naszych serc wszelki lęk. Lek przed życiem i lęk przed śmiercią. To wołanie Ojca Świętego: „nie lękajcie się” wreszcie na dobre znalazło drogę do naszych serc i już tam zostanie. Kiedy w dniu pogrzebu wracaliśmy na nocleg, na białym płótnie rozłożonym na Palcu Świętego Piotra, obok wpisów z całego świata, narysowaliśmy serce i napisaliśmy: „Już się nie lękamy - Basia i Mariusz”.

Kolejnym darem było to, że się określiliśmy, zrozumieliśmy, że jesteśmy pokoleniem JP II. To właśnie Jan Paweł II jest naszym duchowym ojcem. Tam w Rzymie zobaczyliśmy jak wiele mu zawdzięczamy. Zrozumieliśmy też, że ten wielki dar, to że mogliśmy dorastać w blasku tego wielkiego Papieża, jest też dla nas zadaniem. Ojciec Święty zostawił po sobie tak wiele. Chcemy coraz lepiej poznawać Jego naukę, chcemy według niej żyć, chcemy w jej świetle wychować nasze dzieci.

 

Ojciec Święty, kiedy umierał ostatnim słowem, jakie wypowiedział było „Amen”. Odchodził pogodny, gotowy na to wielkie przejście z życia do życia. Wiedział, że tu na ziemi do końca wypełnił wolę Bożą, jego życie było pełne i przyniosło plon stukrotny.

My też chcemy przeżyć życie w pełni, zrealizować Boży plan i za kilkadziesiąt lat, gdy Pan nas wezwie, popatrzeć się na owoce naszego życia i tak jak Ojciec Święty pogodnie powiedzieć „Amen”.

 

 

Basia i Mariusz Michalscy  

 

 

Epilog - Możliwość dania świadectwa.

 

Z Rzymu wróciliśmy umocnieni, chcieliśmy wszystkim opowiedzieć, co Pan dla nas uczynił. Chcieliśmy dać świadectwo, jak dobrze jest zaufać Panu. Kiedy dwa dni po powrocie zadzwoniła do nas Pani redaktor z tygodnika katolickiego „Niedziela”, z propozycją opisania naszych przeżyć z wyjazdu do Rzymu, wiedzieliśmy, że mamy kolejny znak. Nie dość, że mogliśmy uczestniczyć w jednym z najważniejszych wydarzeń w naszym życiu, nie dość, że byliśmy w wyjątkowy sposób prowadzeni przez Duch Świętego, nie dość, że Pan odnowił i umocnił naszą wiarę, to jeszcze teraz Sam stwarza nam możliwości podzielenia się tym wszystkim.

 

Obszerne fragmenty naszego świadectwa ukazały się w dolnośląskim dodatku „Niedzieli” nr 18 z 1 maja 2005 roku.

 

Sławcie Pana, wzywajcie Jego imienia,

Głoście dzieła Jego wśród narodów!

Śpiewajcie Mu i grajcie Mu,

rozpowiadajcie wszystkie jego cuda !

Ps 105, 1-2

 

 

P.S.

Rok po pogrzebie, dokładnie 20 kwietnia urodził się nasz syn – Jan Paweł.

Jasiek niedługo skończy 2 latka, jest naszą radością i największym darem. On też należy do pokolenia JP2.

MariuszM
O mnie MariuszM

Jesteś gościem na moim blogu od 3 kwietnia 2007 roku. Moje fotki Polecam posty »Wielkanocne wspomnienie z pogrzebu Jana Pawła II

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Polityka