Pociecha moja jest jeszcze w wieku szkolnym. Orłem nie jest… no cóż, to się zdarza. Ale jest MOJĄ pociechą. Smutkiem i zmartwieniem też czasami. Życie różne bywa.
Jak każda pociecha ma swoich przyjaciół. Jednych „lepszych” innych „gorszych”. Ma swoje własne problemy: szkolne, sercowe towarzyskie, itp. Musi sobie sama z nimi radzić. Ja mogę próbować coś tłumaczyć, ale w końcowym efekcie i tak „ma swój rozum” i zwykle nas, rodziców, nie słucha. Cóż, w tym wieku człowiek jednak zwykle uczy się bardziej na błędach swoich niż cudzych. Ale o tym nie dzisiaj. Dzisiaj o innych dzieciach. Właściwie dziecku.
Pociecha ma pewną przyjaźń. Pod koniec roku szkolnego odwiedzało nas Ono pomagając Pociesze w nauce. Bo zdolniejsze, lepiej się uczące no i ciut starsze – właśnie zdawało maturę i miało trochę czasu (?!). Parę razy się zasiedziało i zostało na noc (od lat jestem przyzwyczajony, że czasem moja Pociecha nocuje u przyjaciół, a czasem rewanżujemy się wzajemnością). Nie zdziwiło mnie więc to. Ale po kolejnym razie zainteresowałem się „może rodzice się martwią?” „Nie martwią”. No to spoko. Ale później Pociecha powiedziała…
A to jest cała historia. Dziecko jako maturzysta ma już skończone lat 18. To wiek, który uprawnia do otrzymania dowodu osobistego, udziału w wyborach, pozwala na małżeństwo… Ale w naszym społeczeństwie człowiek w tym wieku ciągle jest jeszcze dzieckiem (choć gdy my mieliśmy 18 lat to czuliśmy się… ho! ho! ho! jacy dorośli). Tutaj okazało się, że od prawie miesiąca… nie mieszka już z rodzicami. Parę dni w trakcie matur pomieszkało jeszcze i babci ale babcia też powiedziała: Adieu, sweet bahnhoff. Dziecko więc zdając jeszcze maturę poszukało dorywczej pracy, podrzuciło tam plecak z walizką z rzeczami i po pracy katem nocowało w… pracy. Jak się trafiło, to nocowało u nas.
Wziąłem więc je na spytki. Niezbyt chętnie, ale potwierdziło. Cóż, mam miękkie serce, co wiąże się z twardym zadkiem, rzekłem więc: „Przynoś manatki, na razie będziesz nocować u nas”. Jak się przeniosło dalej za język…
Historia jest taka. Jak to czasami bywa, stosunki w rodzinie bywały różne. Bywało gorąco, pach bywał w ruchu, ale tak się zdarza. Przed samą maturą dowiedziało się jednak, że… mama nie jest mamą, tata tatą, babcia babcią… etc. Jest dzieckiem adoptowanym, sierotą, ma skończone 18 lat, skończyło szkołę i mają go dosyć. Żegnaj Genia świat się zmienia…
Spróbowałem najpierw przez szkołę: „Wie pan, co my możemy. Przez trzy lata próbowaliśmy mediować z rodzicami, ale to było jak o ścianę. Zresztą… teraz to nie jest już nasz uczeń. To abiturient.”
No to telefon do rodzica: „U pana nocuje? A ja myślałam, że w pracy… Wie pan, w tym wieku dzieci zawsze konfabulują. Ależ może w każdej chwili wrócić do domu”.
No to z górki. Mówię dziecku, że jest spoko, może wracać do domu. Spojrzało jakoś jak na Marsjanina. Posmutniało. Bąknęło coś pod nosem. I poszło do pokoju do Pociechy. Rzekłem za nim jeszcze „Nie spiesz się. Nie wyganiam Cię. Jak będziesz gotowe, to wtedy zadzwoń i pojedź”.
Trzy dni później pokazało mi SMS od mamy: „Jak rodzice Pociechy lepiej się poczują, to możesz wrócić do domu. Zrobimy tą szopkę dla nich. Ale dobrze wiesz, że długo tu nie zagościsz. Nie masz tu czego szukać”.
No i klops.
To nie moje Dziecko, ale mimo pełnoletniości to wciąż dziecko! Uzdolnione muzycznie, plastycznie, językowo (swobodna znajomość trzech języków i jeszcze trochę innych), w naukach ścisłych. Matura zdana z drugim wynikiem w szkole, matematyka z maksymalna liczba punktów na poziomie rozszerzonym. Przyjęte na studia techniczne.
Nie mam dobrych warunków mieszkaniowych aby jeszcze jedna osoba z nami mieszkała. W pokoju pociechy jest po prostu rozłożony dodatkowy materac i Dziecko śpi na podłodze. Jest trochę „naćkane”, bo umeblowanie nie przewidywało potrzeby przechowywania rzeczy jeszcze jednej osoby.
Nie jestem krezusem i nigdy nie byłem. W najlepszych momentach mam delikatne górki finansowe, ale one pełnią rolę buforów, które niwelują okresy niższych dochodów. Summa summarum żyję, ale bez szaleństw. Mi to wystarcza, ale na potrzeby mojej rodziny. W obecnej sytuacji jest to, jak w dawnych powieściach pisano, dodatkowa „gęba do żywienia”. W związku ze ściśle określonymi dochodami wydatki zawsze mam zaplanowane: tyle na raty, tyle na czynsz, media, jedzenie, lekarstwa, chemię, ubrania… Dodatkowa osoba to dodatkowych kilkaset złotych miesięcznie: jedzie kosztuje, kosztuje woda, którą zużywa, więcej prądu, proszku do prania…
Jestem małostkowy ? Może. Ale muszę się „bilansować”. Dziecko jest z nami już trzy miesiące. O ile na utrzymanie będę mógł jeszcze jakiś czas wykładać (na co dzień jest to niezauważalne, dopiero w skali miesiąca zauważa się większy ubytek środków finansowych), bo chwilowo jestem na górce, o tyle jest problem z np.: ubraniami – zużyte, zaczynają się Dziecku drzeć. Aby wyłożyć na np.: spodnie, kurtkę, koszulę, bilet miesięczny, raczej nie będę mieć.
Namówiłem, aby porozmawiało z rodzicami o pieniądzach. Nie chcą Dziecka w domu – niech finansują Jego życie poza domem. Rozmawiało. „W porządku, uzgodnione”. Nie w porządku. Właśnie znowu przez Pociechę dowiedziałem się, że po czterech miesiącach poza domem dostało pierwszy raz AŻ kilkaset złotych. Na wszystko: jedzenie, ubrania, bilety, zaraz zeszyty, skrypty. De facto powinno samo z tej kwoty wynająć gdzieś pokój… Tanim sumptem pozbyto się niechcianego Dziecka-kłopotu.
Jest w o tyle trudnej sytuacji, że na uczelni nie może wystąpić o stypendium socjalne. Na jakiej podstawie? Formalnie ma rodziców, którzy maja nawet niezłe dochody. Pokój w akademiku? Tak samo – brak podstawy. Mogę sugerować Dziecku wystąpienie do sądu z pozwem o alimenty. Ale… Musi samo podjąć tą decyzję, ja nie mogę wywierać takiej presji. Lepiej by było, gdyby dogadali się polubownie. Bo i nie wiadomo, kiedy i jaka decyzje podjąłby sąd.
Wyrzucić z domu? Nie, to wciąż dziecko. Chociaż nie moje. Zostawić? To problemy, przyziemne, bo finansowe, ale problemy. Osobowe, bo to jednak ktoś nowy w domu, z innymi zwyczajami, przyzwyczajeniami. Ale wyrzucić na ulicę ?!
Zostaje u nas. Nie wiem jak… ale zostaje.
Jak ktoś ma miękkie serce, musi mieć twardy zadek.
I tylko kukułki mają twarde serca.


Komentarze
Pokaż komentarze (16)