Po raz kolejny spędziłem czas pewien w szpitalu a teraz chwilowo jeszcze rezyduję w domu. Każdy pobyt to doświadczenia jedyne w swoim rodzaju: plusy i minusy państwowej służby zdrowia; ludzie ciekawi zaletami i wadami; możliwości organizmu ludzkiego; własne słabości, etc.
Tym razem parę dni leżałem na sali z pewnym sympatycznym staruszkiem rocznik 1928. Gawędziarz wspominający bez końca czas przeszły. No i mający czym się chwalić. Syn piłsudczyka-kombatanta. Kresowiak. Inteligent. Wspominający wyjazdy do Katynia i Smoleńska. Służbę do mszy odprawianej w Rzymie przez papieża. Opowiadający o uczestnictwie w rocznicowych spotkaniach kombatantów września 1939 r. … No właśnie. Tu jako urodzony Dick-wredniak zadałem głupie pytanie:
- A w jakiej roli pan na tych spotkaniach kombatantów uczestniczy? Przecież w 1939 r. miał pan 11 lat…
- Dla podtrzymania tradycji. Jako oficer rezerwy. Patent oficerski dostałem w 1952 r. po przeszkoleniu wojskowym na zakończenie studiów.
- Aaaa…
I tu przestał dla mnie być koherentny. Z jednej strony w opowieściach przedstawiał się jako gorliwy katolik, patriota, piłsudczyk, tradycjonalista, stróż tradycji i zwyczajów.
Ale z drugiej strony zaczęły mi nie przystawać do tego inne fragmenty układanki wspomnień, jakie czasami przywoływał, a które zaczęły układać się w całkiem inna całość.
W latach 70-tych i 80-tych przewodzenie wycieczkami do Petersburga i Moskwy.
Wspomnienia o pracy na kierowniczym stanowisku i znajomościach wielu prominentnych osób.
Kupno jeszcze kilka lat temu nowego samochodu (będąc od kilkunastu lat na emeryturze – to jest zawsze wyczyn dla emeryta – czyli raczej nie niska emerytura).
No i ten dysonans: z jednej strony kresowiak uciekający z rodziną z ojcowizny do Polski centralnej, syn piłsudczyka rannego w wojnie przeciw bolszewikom. Z drugiej strony bez problemu studiujący i otrzymujący stopień oficerski w apogeum lat stalinizmu…
W zasadzie to sanację i Piłsudskiego wspominał dobrze bo: „mieliśmy wtedy dobrze. Tato jako kombatant i inwalida miał pozwolenie na monopol zapałczany. Tato mógł wchodzić więc w spółki ze sklepikarzami. Przed wojną niczego nam więc nie brakowało.”
Może przez cały czas PRLu, mimo bycia jego beneficjentem, był prawym i uczciwym człowiekiem. Może było inaczej, ale po przejściu na emeryturę jego oraz dawnego systemu, przeszedł wewnętrzną prawdziwą metamorfozę i to wszystko co mówił o papieżu, Katyniu, uczestnictwie w różnych uroczystościach rocznicowych, wynikało z jego potrzeby i rzeczywistych poglądów a nie koniunkturalizmu czy tworzenia własnej legendy na potrzeby rodziny i własnej psyche. Może… Niech Bóg mu da zdrowie. Ale ja zacząłem patrzeć na niego już innymi oczyma.
No i w ten sposób przypomniał mi przy okazji inną postać, tu - Salonową, znaną większości Salonowiczów. Też prawiącego bardzo patriotycznie, katolicko, propisowsko, antyplatformersko, czasem antyżydowsko, zawsze antyGazetoWyborczo. Z manierą stylizującego się na język para-staropolski. Którego z szacunkiem pozdrawia nawet sam salonowy Sowiniec. Blogera nieco już leciwego, który tytułuje się przez „de”. Jak w internecie można wygooglować – jako jedyny z rodziny. Jak złośliwi twierdzą – byłego członka PZPRu. Nieraz przywołującego swe kombatanctwo a to w AK, a to w Szarych Szeregach. I to mimo, iż w chwili gdy ostatni hitlerowcy uciekali z Polski, nie miał jeszcze siedmiu lat.
Też pewnie w bezpośrednim kontakcie jest całkiem sympatycznym starszym panem…


Komentarze
Pokaż komentarze (3)