Tymi słowami siostry na oddziale określały stan, gdy pacjent z Alzheimerem po raz kolejny „wybierał się na spacer”. Tak się składa, że ostatnio za każdym razem gdy leżę w szpitalu bywa przynajmniej jeden pacjent z Alzheimerem.
Cechy charakterystyczne: pielucha, cewnik, kroplówki i całkowity brak współpracy.
Nie będzie jadł – bo siostra która go karmi jest pechowa.
Wyciąga sobie cewnik – bo musi iść do toalety.
Nie będzie leżał w łóżku – bo za drzwiami czeka na niego (słyszał przecież wyraźnie) Lusia (Krzysztof, Marysia albo ktokolwiek inny z rodziny).
Dla sióstr na oddziale taki „Alzheimer” to istny dopust. Za dnia jest „stosunkowo” spokojny – co chwila jego uwagę angażuje ruch w pokoju: ktoś przychodzi, wychodzi, rozmowy, do tego próby wstawania pacyfikują inni pacjenci. Nocą – trzy światy. Siostry we dwie mają do obsłużenia trzydziestu pacjentów (zastrzyki, kroplówki), sprawdzenie stanów, przygotowanie zamówień, itp. A „Alzheimer” co chwila wstaje, wyrywając sobie cewnik, wenflony, trzeba go złapać, ułożyć, wkłuć nowe, podłączyć kroplówki, założyć cewnik… Ostatecznie zwykle taki pacjent i tak koniec końców wyjeżdżał na noc na korytarz pod pielęgniarską dyżurkę z rękoma przywiązanymi do poręczy.
Dla sióstr to męczący obowiązek. A dla innych pacjentów? Irytujący, męczący, czasem śmieszny, ignorowany…
W niedzielę pierwszego września usłyszałem przed południem dystyngowany a drżący głos jakiegoś starszego pana:
- Przepraszam, gdzie mogę znaleźć Pana Mieczysława ?
Nim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć dał się słyszeć z pokoju obok odzew:
- Stanisław! Tu jestem!
To był… nasz „Alzheimer”! Nagle mówił głośniej, wyraźniej, z sensem. Jakby inny człowiek. A to była dopiero uwertura. Pan Stanisław wyszedł a nasz 93-latek znalazł tymczasem jakiegoś chętnego słuchacza:
- …nasz porucznik… nad głowami szły serie kaemów… wybuchy nad rzeką… kazał nam szybko biec… wtedy nadleciał… usłyszeliśmy głuchy pomruk…
Był jak Robert de Niro z „Przebudzenia”. Odżyły wspomnienia, powrócił wrzesień 1939 i młody 19-letni strzelec znowu stanął do walki z Niemcami. Był rzeczowy, logiczny, zajmujący, spokojny – choć żywo mówiący, był inny. Był nie „Alzheimerem” a był sobą. Prawdziwym sobą.
…był…
Następnego ranka po „Przebudzeniu” nie było już ani śladu. Był tylko znowu marudny, lekko bełkoczący, uparcie wstający z łóżka, bez jasnego kontaktu ponaddziewięćdziesięcioletni staruszek… I tak pewnie do następnego roku, do kolejnego września, do kolejnych odwiedzin Stanisława.
I tylko póki Stanisław będzie mógł przychodzić, a Mieczysław będzie go jeszcze poznawał, póty z półprzytomnego „szalejącego dziadka” będzie na jeden dzień powracał 19-letni wrześniowy obrońca.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)