Jan Herman Jan Herman
157
BLOG

Ojejeczku. Rola bladzi w wyzwalaniu się

Jan Herman Jan Herman Kultura Obserwuj notkę 0

 

Słowo „bladź” (bliad’) w języku rosyjskim ma znaczenie szczególne, we wszelkich swoich przejawach jest soczyste i pełne bogatej treści, zarówno w konotacji kulturowej, politycznej a nawet ekonomicznej.
 
To się kiedyś da wyjaśnić. Teraz tylko wzmianka.
 
Nie znającym języka podpowiadam, że chlaśnięcie słowem „bladź” na pewno nie oznacza „ojejeczku”, za to ma ładunek emocji taki sam, jak śląskie „jjjerruniee!”. Zakładamy więc roboczo, że nasza bladź to coś pomiędzy naszym swojskim k… mać i cholerą jasną.
 
Słowa bladź nie używa się automatycznie, bez wkładu własnego. Należy je wciąż od nowa i wciąż po swojemu tworzyć, ubogacać. Właściwie dziwię się, że nie ma jeszcze ogólnoświatowego konkursu na interpretację bladzi, tak jak są konkursy na najgłośniejszy krzyk czy na najpiękniejsze echo.
 
Są jednak w Rosji miejsca, cała sieć miejsc, gdzie treningi pod przyszłe konkursy trwają intensywnie i wciąż. My w Polsce takie miejsca nazywamy kawiarenkami internetowymi. Zaglądamy tam przypileni potrzebą wysłania mejla, przejrzenia jakiejś strony, kiedy jesteśmy w obcym mieście albo mamy awarię sieci w domu.
 
Ja właśnie miałem podobny powód: byłem w podróży. Znalazłszy ów otwarty dla wszystkich Internet, zajrzałem, zakupiwszy godzinkę za mniej-więcej 4 złote. Zanim zapłaciłem, już nabrałem obaw, czy dwaj całkiem młodzi obywatele, jeden w dalekim narożniku, a drugi w innym rzędzie, nie są przypadkiem niespełna rozumu. Obaj – ze słuchawkami na uszach – z artyzmem bluzgali na przemian bladziami i wykrzykiwali slangiem jakieś komunikaty, zdawali się zresztą jakby rozmawiać ze sobą.
 
Nie myliłem się: obaj mieli włączoną tę samą grę wojenną, a po chwili już zorientowałem się, że w tej grze są sojusznikami przeciw jakimś internetowym wrogom: podpowiadali sobie wzajemnie, gdzie się który wróg ukrył, zachodzili go z dwóch stron – i – paf, bladź kakaja! Sniali, bladź, niegodjaja (zdjęliśmy, ojejeczku, gnojka). I dalejże uprawiać turystykę wojenną po ukazującej się na monitorach wirującej labiryntami i zakamarkami miejskiej pustyni, w pogoni za następnymi bladziami.
 
Nie wiedziałem, że to dopiero początek. Po mniej-więcej 20 minutach w około 40-stanowiskowej sali komputerowej siedziały chyba trzy grupy podrostków, porozsiadanych w sposób nieuporządkowany (tam gdzie się zwalniało miejsce, tam siadał kolejny gracz), a w powietrzu krzyżowały się trzy różne gry, każda – ojejeczku - polegająca na smażeniu w piekle jakichś wirtualnych nieprzyjaciół.
 
Jeden z graczy, na oko trzy razy ode mnie młodszy, siedział tuż obok mnie. Na pewno był mistrzem świata w te klocki, którymi się bawił na monitorze. I na pewno stanąłby na podium mistrzostw świata w bladziach. A kiedy zdarzyło mu się, że mnie w swoim zapamiętaniu potrącił, wtedy z pełną atencją dla mnie, przedpotopowego jegomościa, raz po raz izwiniałsja (mitygował się): bardzo was przepraszam, bladź kakaja, nie gniewajcie się. Oczywiście, nie gniewałem się, ojejeczku. Ale wiem, że kiedyś w sytuacjach podobnych zwracano się do starszych nie - odruchowo - bladź kakaja, tylko „diadia” (wujku, tradycyjny zwrot małoletniego do dorosłego, nawet nieznajomego). I oznaczało to skruchę rzeczywistą, a nie zautomatyzowaną, niemal wirtualną.
 
W ciągu tygodnia pojawiałem się tam mniej-więcej 2 razy dziennie. Zawsze ta sama budująca atmosfera integracji młodego pokolenia przy wspólnie wykonywanych samodzielnie zadaniach. Uwaga: nie byłem tam jedynym jaskiniowcem, jedna pani w wieku trolejbusowym ściągała na przykład cytaty do swojego opracowania, jakiś dżentelmen występował w roli podobnej do mojej (pilna potrzeba podróżnicza), nawet uczniowie, rówieśnicy „moich” graczy zaglądali w sprawach odrabiania lekcji z geografii. A ów tygiel żył i pulsował w najlepsze.
 
W tym czasie akurat „pierdyknęło” w metrze Łubianka i Park Kultury, jakieś 5 tysięcy kilometrów od „mojej” kawiarenki internetowej. Zgadnijcie, komu najbardziej podobały się poglądowe symulacje 3D zamieszczane w Internecie przez rosyjskie służby śledcze (w telewizji to samo „szło” dwuwymiarowo)? I nawet nie zgadujcie, czy w „moich” graczach z internetowego „kombatu” wzbudzało to jakąś empatię w stosunku do ofiar…
 
Chciałbym tą drogą przeprosić wszystkich adresatów moich mejli, jeśli pojawiły się w nich niezrozumiałe słowa w języku rosyjskim, szczególnie ojejeczku. Przy takim tumulcie nie sposób było uniknąć pełnego, choćby chwilowego, wtopienia się w ten niezwykły element kulturowy. Błagam, ojejeczku, zrozumcie, to była chwila słabości!
Jan Herman
O mnie Jan Herman

...jaki jestem - nie powiem, ale poczytaj blog... Więcej o mnie znajdziesz w książce Wł. Pawluczuka "Judasz" (autor mnie nie zna, ale trafił w sedno). O czym jest ta książka? O zmaganiu się człowieka z własnym losem, wiecznością, z Panem Bogiem. O miłości, zdradzie, rozpaczy i ukojeniu. Saszka, prosty chłopak z białoruskiej wioski, po rewolucyjnej zawierusze, podczas której doświadczył wszystkiego, wraca w rodzinne strony i próbuje żyć tak jak inni. Ale kiedy spotyka samozwańczego proroka Ilię, staje się jego najwierniejszym uczniem i apostołem... Opowieść o ludzkich głodach - seksualnym i religijnym - o związkach erotyki i polityki, o tłumionej naszej prawdziwej naturze, o nieortodoksyjnej, gnostyckiej i prawosławnej religijności, tajemnicy i manipulacji wreszcie.................................................... UWAGA: ktokolwiek oczekuje, że będę pisał koniecznie o sprawach, które są "na tapecie" i konkurował na tym polu ze znawcami wszystkiego - ten zabłądził. Piszę bowiem dużo, ale o tym najczęściej, co pod skorupą się dzieje, a widać będzie za czas jakiś.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura