Miałem prywatną, absolutnie przypadkową okazję obserwowania dyskusji nad tzw. ustawą żłobkową, przejmowania żłobków warszawskich przez Urząd Miasta, związanych z tym perturbacji pracowniczych.
Numer, jaki wycinają do spółki B. Jaskołd (urzędnik) i A. Golimont (radny) nie da się inaczej scharakteryzować, jako spisek, i to przygotowywany bardzo profesjonalnie.
Może to nieładne, ale zainteresowanych odsyłam do prześledzenia życiorysów obu panów szanownych, aby pojąć, jak bardzo może człowiek „dojrzeć”.
Moim zdaniem cała koronkowa akcja zmierza do tego, by kilkadziesiąt świetnie położonych obiektów zostało „sprywatyzowanych”. A obaj panowie są istotnymi ogniwami tej historii na terenie Warszawy.
Argumentacja obu spiskowiczów idzie mniej-więcej tak: jest źle na rynku żłobkowym, tyle że kiedy były dotąd one pod skrzydłami służby zdrowia, dopłacano do nich. Samorządów na to nie stać. Kiedy opłaty za żłobki zbilansują koszty, dodatkowo rozkwitnie żłobkownictwo prywatne i opiekuństwo nad dziećmi, będzie zatem fajnie.
Rzeczywistość jest nieco inna: ze żłobków zdejmuje się „zdrowotne” wymagania co do higieny, a jednocześnie wprowadza się w ten obszar tzw. rachunek ekonomiczny. To oznacza, że lepszymi – pod względem komercyjnym – „producentami opieki żłobkowej” okażą się prywatni przedsiębiorcy, zwłaszcza że uciążliwe wymagania właśnie przestały obowiązywać.
A to oznacza, że za kilkanaście miesięcy do dzisiejszych żłobków będzie mniejszy „nabór”, bo mając „zdrowotną” infrastrukturę będą one żądać większej opłaty, by pokryć koszty większe niż w naprędce przygotowanych „prywaciarniach” (patrz: porównanie przedszkoli prywatnych i nie-prywatnych). Kiedy już znakomicie rozlokowane dotychczasowe żłobki staną się pół-puste i nierentowne – ich prywatyzacja lub „efektywniejsze” wykorzystanie na inne cele stanie się ekonomiczną koniecznością, o czym oznajmią wykorzystując eksperckie analizy panowie Golimont i Jaskołd.
Doprawdy, macki sępów są dalekosiężne i coraz bardziej zręczne, mimo lepkości!


Komentarze
Pokaż komentarze