Nasza locha się oprosiła. Jedno z prosiąt było takie niemrawe i słabowite, że odróżniało się od reszty znacząco. Gdy inne małe wywalczały sobie miejsce do karmy matki, ono nie miało siły i z każdym dniem było coraz słabsze. Wszyscy się zastanawialiśmy co zrobić aby nie zdechło. W końcu nasza mama wzięła je do domu i zaczęła sama karmić. Mlekiem z butelki. Nie trzeba było dużo czasu, by maluch doszedł całkowicie do siebie. Wyglądał dziwnie, jakiś taki poskręcany, ale chował się dobrze. Był wesoły. Przywiązał się też bardzo do mamy i nie odstępował jej na krok. Jak wierny pies. Prosiaczek tak się oswoił, że zachowywał się jakby był jednym z domowników. Pchał się nawet do łóżka gdy kładliśmy się spać. Nie ukrywał niezadowolenia gdy go stamtąd wyganialiśmy. Nie rozumiał dlaczego ma spać na podłodze, a nie w wygodnej pościeli jak pozostali. Mały urwis cieszył się ogólną sympatią ale słuchał tylko mamy. Innych ignorował. Wszystko było w porządku dopóki maluch był mały. Z czasem zrobiła się z niego wielka świnia. Nawet dosłownie. Gienek (tak na niego wołaliśmy) łatwo się obrażał i był wtedy złośliwy. Jak mu się coś nie spodobało potrafił dać nam popalić: a to powyrywał kartki z książek z których się uczyliśmy, a to zniszczył nasze ubrania. Z Gieniusiem było lepiej nie zadzierać. Ważył pewnie ze sto kilo,a z tym nie było żartów. Poza tym był wyjątkowo niezdarny i powiedzenie „zachowuje się jak słoń w składzie porcelany” pasowało do niego jak garnitur do nieboszczyka (cokolwiek by to znaczyło). Sąsiedzi kręcili tylko głowami ze zdziwieniem: „kto to słyszał aby taka duża świnia panoszyła się po domu. Jej miejsce powinno być w spiżarni. I to co najwyżej jako baleron lub szynka.” – dodawali złośliwie.
To były czasy Robin Hooda. Tzn serialu o tym tytule. Każdy dzieciak z mojej wioski chciał być Robinem. Oczywiście ja nie byłem wyjątkiem. Każdy także chciał mieć łuk. Latały więc po wiosce całe stada Robin Hoodów i darły wniebogłosy gęby. Aż się echo niosło po okolicy. Co większy szczęściarz miał kawałek kija z przywiązanym sznurkiem. Imitacja łuku. Ja byłem mega szczęściarz. Można by nawet powiedzieć, że byłem królem szczęściarzy: mi ojciec zrobił łuk z prawdziwego zdarzenia. Można go było naciągać i strzelać. Do tego miałem jedną strzałę, która posiadała grot z gwoździa i się wbijała. Było to wtedy dla mnie większym powodem do dumy niż teraz posiadanie iPada lub innego super modnego gadżetu na „i”. Chodziłem po wiosce niczym paw i szukałem tylko okazji by zademonstrować swój nowy nabytek. No i zademonstrowałem. Pokazywałem właśnie jak daleko strzela łuk gdy na horyzoncie pokazał się Gieniuś. Nośność łuku na nieszczęście dla Gieniusia okazała się wielka. Dostał w samo serce. Gdy do niego dobiegłem zdążył tylko raz na mnie spojrzeć zanim wyzionął ducha. Była z Gieniusia góra apetycznego mięsa ale jakoś nikt nie miał na nie ochoty. W końcu pochowaliśmy go obok domu z należnym wieloletniemu przyjacielowi smutkiem. Czym znowu wzbudziliśmy sensację nie tylko sąsiadów.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)