Kiedyś jako bardzo młody człowiek szykowałem się do wyjścia na wesele. Żeby tam zagrać. Dzień był sierpniowy, ciepły ale nie za gorący. Stałem przed lustrem i się szykowałem. Lustro było takie z sześciokątną drewnianą ramką i obejmowało swoim zasięgiem połowę ciała. Górną. Założyłem białą koszulę, do tego ciemny krawat z którym jak zwykle miałem nieco kłopotów. Chociaż krawat wiązałem praktycznie co tydzień to i tak nigdy nie doszedłem do wprawy. Potem była marynarka. Też ciemna. Wyszukiwałem jakichś jasnych paprochów i je strzepywałem. Najwięcej czasu, jak zwykle, zajęło mi przygotowanie do transportu gitary. Ponieważ było to moje narzędzie pracy bardzo o nią dbałem. Mówiąc szczerze - przesadnie. Po raz setny sprawdziłem futerał, wszystkie zapięcia. Gdy jako tako byłem już zadowolony, ostatni raz przeglądnąłem się w lustrze, ostatni raz poprawiłem krawat i wyszedłem.Jak już wspominałem dzień był ciepły (popołudnie) i wszystko powinno nastrajać mnie optymistycznie to jednak miałem silne acz niejasne uczucie, że czegoś nie dopatrzyłem. Wyszedłem z domu i skierowałem się niespiesznie w kierunku samochodu, który miał mnie zabrać na imprezę. Przechodziłem przez centrum miasta. Ludzie których mijałem spoglądali na mnie jakoś dziwnie i natarczywie. "Wydaje mi się" - uspokajałem sam siebie. Gdy dochodziłem do celu swojej wędrówki, zatrzymałem się przed jakąś wystawą by w szybie dokonać ostatniej lustracji swojej osoby. Muszę skromnie przyznać, że prezentowałem się znakomicie. Ale faktycznie czegoś zapomniałem. Spodni. Stałem przed tą wystawową szybą w eleganckiej koszuli, marynarce i krawacie, w błyszczących lakierkach ale bez spodni. Wiatr mi smętnie rozwiewał poły koszuli i schładzał ciepłą bryzą moje gołe i chude, jak dopiero teraz zauważyłem, nogi. Z wysoko podniesioną głową szedłem na wesele, z taką też teraz wracałem do domu. Nic się nie stało. Ooo! Nic się nie stałooo! C.d.n...
409
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (2)