Mefi100 Mefi100
439
BLOG

Opowieści weselne...między innymi.

Mefi100 Mefi100 Rozmaitości Obserwuj notkę 0

 Naszła mnie dzisiaj jakaś ochota na wspominki. Może chandra? Poza tym "rocznica". Trzy tygodnie temu umieściłem swój pierwszy wpis w salonie. Chyba to jest prawda z tym, że jak człowiek traci jakiś zmysł to zastępuje go innym i jeszcze go wyostrza. Ja zawsze byłem gadułą. I to wielkim. Przez chorobę moja mowa czasami jest niewyraźna. Jak u pijaka. W sumie różnica niewielka: kiedyś mało kto mnie słuchał, a dzisiaj mało kto mnie rozumie. Nie tak dawno wracałem do domu. Byłem już niedaleko gdy poczułem pragnienie. Wstąpiłem do pobliskiego sklepiku osiedlowego.

 - Poproszę colę.

Pani przyniosła mi cukier. Nie szkodzi - przyda się.

 - Colę - próbuję wyraźniej.

Tym razem dostałem kurczaka. Też się przyda. Jestem uparty i niezrażony dotychczasowymi niepowodzeniami. Kontynuuję rozpoczęty temat.

 - Colę! - wydzieram się na pół osiedla. Pani pokazuje jeden palec. Jestem w siódmym niebie.

 - Tak. Jedną. - też pokazuję jeden palec. Z ekscytacji pokazuję nie ten palec co chciałem. Pani na szczęście nie rozumie albo nie zauważa gestu i z uśmiechem na twarzy przynosi mi ziemniaki. Jeden kilogram. Patrzę przerażony na swoje zakupy: więcej nie udźwignę. Na szczęście pić już mi się odechciało. Napiję się po powrocie do domu. Herbaty.

   Gdy grałem po weselach mieliśmy fajnego klawiszowca. Niewidomego. Bardzo utalentowany muzyk ale śpiewać to on nie powinien. Czasami tylko się zastanawiałem jak to możliwe, że człowiek posiadający słuch absolutny nie słyszy sam siebie. Ale wracając do meritum. Często gdy graliśmy na weselach zdarzały się takie sytuacje: 

 - Czy dawno jest Pan niewidomy! - pytał, a właściwie krzyczał jakiś pijany gościu. Zwracałem delikatnie uwagę:

 - On nie jest głuchy tylko niewidomy.

Cisza. Chwila konsternacji. Po chwili niepewne:

 - Aha.

   Zdzichu, tak miał na imię, często bez skrupułów wykorzystywał swoje kalectwo. Gdy ludzie na weselu byli już pod dobrą datą, zawsze znalazła się jakaś dziewczyna, która powodowana zapewne współczuciem, wdawała się ze Zdzichem w dyskusję. Zdzichu wtedy pochylał się w moją stronę i konspiracyjnym szeptem pytał:

 - Ładna?

 - Ładna.

 - Dobrze.

Przybiera najbardziej żałosną ze swojego zestawu min i mówi do niej:

 - Masz bardzo ładny głos. Na pewno jesteś piękna.

Dziewczyna skromnie:

 - E tam!

 - Niestety nie mogę tego docenić, bo jak zapewne zauważyłaś jestem niewidomy i jeszcze, jakby tego było mało, na dokładkę nie widzę. I ta usterka mojego charakteru (w tym momencie dziewczyna przeważnie kiwała energicznie głową zgadzając się z rozmówcą) nie pozwala mi docenić twojego, niewątpliwego uroku. Co prawda nie widzę ale mam bardzo rozwinięty zmysł dotyku (w co nie wątpiłem). Jeśli byś nie miała nic przeciwko, dotknę twojej twarzy.

   Dziewczyna przeważnie nie miała nic przeciwko. I na twarzy, przeważnie, się nie kończyło. To były te momenty w których wszyscy żałowaliśmy, że nie jesteśmy niewidomi.

   Kiedyś ze Zdzisiem wracaliśmy nad ranem z wesela. Odprowadzałem go do domu. Była zima, dużo śniegu, ślisko. A my  dostosowani do otoczenia - zawiani. Mówię:

 - Zdzisiu, jak to jest? Nie widzisz, a kręci ci się w głowie. Tego nie rozumiem. Jak to możliwe?

Tylko się uśmiechnął i poszliśmy dalej: ja co prawda widzący ale mocniej zawiany od Zdzisia i w sumie prowadzony przez niewidomego. Doszliśmy do jego domu. Zadzwoniłem do drzwi. Otworzyła jego żona.

 - Dzień dobry. Przyprowadziłem męża.

 - Gdzie jest?

 - Jak to gdzie? Tutaj. - odparłem zdziwiony. Zdzisio był co najmniej dwa razy masywniejszy ode mnie i trudno było go nie zauważyć.

 - Gdzie? - jego żona była uparta.

Rozejrzałem się wkoło. Faktycznie, Zdziś się rozpłynął! Nie było go już przy mnie.

 - Przed sekundą tu jeszcze był.

Spojrzała na ulicę w prawo - kilkaset metrów otwartego terenu. Nic. W lewo. To samo i nic. Po Zdzisiu ani śladu. Zgłupiałem.

 - Gdzie Zdzisio? - powtórzyła jakby z groźbą w głosie. Trochę się wystraszyłem bo to był duża kobieta. Na szczęście rozległo się ciche pochrapywanie. Spojrzeliśmy zdziwieni po sobie, a następnie w dół skąd dobiegał ten odgłos. Odgarnąłem trochę śniegu i znalazłem. Leżał  w jakimś głębokim wykopie obok domu w który wpadł. Świerzy śnieg zamortyzował upadek i przykrył Zdzisia. To uratowało mu zdrowie i być może życie. Mi też. 

 
Mefi100
O mnie Mefi100

Świat ten jest już tak zbudowany: rządzą nim nie najmądrzejsi lecz najbardziej bezwzględni, Często też, zwyczajni głupcy. Niestety, nie jestem jeszcze wystarczająco stary żeby mi skleroza pozwoliła o tym zapomnieć.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości