Słówko o więziennych zwyczajach.
Kosze na śmieci były w celach więziennych raczej na pokaz. Śmieci wyrzucało się za okno. Zawsze. Kiedyś, na początku, chciałem coś wyrzucić do kosza. Piotr zwrócił mi uwagę, żebym więcej tego nie robił. Tu panuje zwyczaj wyrzucania za okno. Wszystkiego. Miałem pewne opory. Ale musiałem się przemóc i przemogłem. Pod oknami leżało więc wszystko: zwykłe śmieci ale i dużo nie wykorzystanej żywności. Było tego naprawdę wiele. Całe hałdy owoców cytrusowych, pełno kartonów nie napoczętych nawet napojów różnego rodzaju, herbata, słodycze. Serce mi krwawiło na widok takiego marnotrawstwa. Dużo czasu minęło zanim się przyzwyczaiłem. Trochę. Te śmieci codziennie sprzątała specjalna ekipa. Dostawali za to pieniądze. 600DM miesięcznie. Na osobę. Mieli dzięki temu pracę i zarobek.
Pieniądze można było wydać raz w miesiącu w więziennym sklepiku. Na artykuły spożywcze i codziennego użytku lepszej klasy niż te co dawało więzienie. Bardziej luksusowe. Na przykład zamiast maszynek do golenia no name jakie otrzymywaliśmy gratis to można było sobie kupić firmowe. Ja tam nie czułem żadnej różnicy ale co firmówka to firmówka. Czy się tego chciało czy nie w więzieniu tak jak i w każdym innym miejscu na ziemi obowiązywał pewnego rodzaju szpan: na pierwszy rzut oka było widać jaki jest statut materialny osadzonego.
Kto pracował lub miał bogatych krewnych ten mógł sobie zamawiać towar z katalogów wysyłkowych. Prawie wszystko. W naszej celi był tak kupiony telewizor, mikrofala, ekspres do kawy. Poza tym wszyscy chodzili w firmowych ciuchach.
Pieniądze zarobione w więzieniu były dzielone na trzy części: jedną można było dysponować samemu, drugą można było wysłać np. rodzinie, trzecią i ostatnią część pieniędzy dostawało się na końcu, po skończeniu odbywania wyroku.
Przychodził raz w miesiącu do celi klawisz i zostawiał każdemu kartki z rozpisanymi towarami jakie były do dostania w tym sklepiku. Dlatego mówiono na to "rozpiska". Każdy sobie obliczał ile może wydać pieniędzy i co chce kupić. Po trzech dniach znowu przychodził ten sam co poprzednio klawisz i zbierał kartki. W sklepie pakowano towar według zapotrzebowania z tych kartek. Do specjalnych papierowych toreb. Jak już to zrobiono to szliśmy celami po odbiór zamówionego towaru. Oddzielnie cela ze "zboczeńcami". Była jedna taka cela z tzw. dewiantami. Pedofile itp. Klawisze bardzo dbali o to by dostęp do mieszkańców tej specjalnej celi był jak najbardziej ograniczony. Inaczej mogło dojść do tragedii. W żadnym więzieniu nie lubiano osób, które znęcały się nad dziećmi i kobietami. Zero tolerancji dla tego rodzaju osób. Dlatego więzienie było dla nich podwójnie dokuczliwe: jako samo w sobie i ze względu na ślepą nienawiść do tego rodzaju ludzi. Wystarczyło podejrzenie, a życie zamieniało się w koszmar.
Była też biblioteka. Z książkami w różnych językach w tym z polskim. Z Polaków tylko ja czytałem...książki. Czym wzbudzałem cichy podziw. Na początku trochę, z tego powodu ze mnie kpiono. Że niby ze mnie taki inteligent. Ale nie było to dokuczliwe.
Była też siłownia. Tylko w nagrodę lub dla najbardziej układnych więźniów. Ja mogłem chodzić lecz nie chodziłem: ze swoją raczej mizerną posturą nie chciałem się narazić na żarty ze strony co bardziej wypasionych współwięźniów. C.d.n...


Komentarze
Pokaż komentarze (4)