Ciąg dalszy sprawy, którą poruszyłem w poprzednim poście. Mimo tego przypomnę. Dostałem z Sądu Rejonowego wezwanie do dostarczenia im jeszcze jednej kopi swojego zażalenia, które złożyłem w tymże sądzie. Mają w sekretariacie sądu kopiarkę, więc jaki problem skopiować to zażalenie nawet w 1000 kopi? Widocznie duży gdyż wysłali do mnie list polecony abym osobiście to zrobił. Droga tego listu: napisanie, dostarczenie na pocztę w N.S, przesłanie go do Z.G. gdzie mieszkam. Dostarczył mi go oczywiście listonosz. Za potwierdzeniem. Potem robię tą kopię zażalenia. I szukam kogoś kto dostarczy mój list na pocztę, bo jestem na tyle chory, ze sam nie dam rady. Mając przy tym nadzieję, że zostanie dostarczony w wymaganym terminie 7 dni. Inaczej moje 12 letnie zabiegi zakończą się fiaskiem. Myślałem, że to już koniec absurdów i co prawda zadzwoniłem do Sądu w N.S, ale bardziej pro forma niż z nadzieją, że coś wskóram: dobrze przecież wiem, że jest to instytucja bezrozumna i jakakolwiek z nią dyskusja nie ma sensu. Mimo mojego nastawienia udało się znowu mnie zaskoczyć. Rozmowa z sekretariatem Sądu Rejonowego w N.S:
- Dostałem od Was wezwanie do przedłożenia jednego odpisu zażalenia. Jestem inwalidą i ciężko jest mi się fatygować na pocztę. Tym bardziej, ze to dosyć daleko. Nie moglibyście zrobić tego u siebie? Chyba macie jakąś kserokopiarkę?
- Mamy, ale przepisy wymagają by Pan złożył zażalenie w x egzemplarzach.
Tu się obruszyłem:
- Jak to? Przecież wysłałem do Was tyle egzemplarzy!
- Chwileczkę. Jeden się zawieruszył. Już go mam!
- Uff! To już nie muszę wysyłać?
- A co nie ma Pan tej kopi?
- No, mam ale teraz kiedy wszystko się już wyjaśniło, to chyba nie ma takiej potrzeby?
- To jest zalecenie sędziego. Musi Pan. Inaczej pan przekroczy termin.
- Ale ja Wam wysłałem komplet dokumentów zgodnie z przepisami. To Wy żeście je zgubili.
- Jeszcze raz Panu tłumaczę: pismo z wezwaniem zostało już wysłane. To nakaz sędziego, a nie mój. Czegoś Pan nie rozumie?
Nie miałem już sił tłumaczyć, że nic nie rozumiem. Ściana. Policzyłem do dziesięciu, ładnie podziękowałem i się rozłączyłem. Mam się przecież nie denerwować.
Dopiero potem oblał mnie zimny pot. Miałem jechać na święta do siostry. List odebrałby sąsiad - listonosz go zna. Ja przyjechałbym po terminie i jak to mówią: po ptokach.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)