Pewien mój znajomy to już starszy człowiek. Praktycznie całeżycie chorował i to poważnie. Na jakąś nieuleczalną chorobę neurologiczną. Skończył studia, pracował, jest na emeryturze - cały czas towarzyszyła mu ta jego choroba. Walczył z nią jak potrafił. Ale, oczywiście, na niewiele to się zdało.
Pracował w najlepszej w moim mieście klinice dla zwierząt. Byłem w jego domu. Widziałem zdjęcie PaniĆwiklińskiej z małym pieskiem i odręcznymi podziękowaniami dla mojego znajomego. Tym, którzy nie wiedzą kto toĆwiklińska - znana przedwojenna aktorka.
Koledzy z pracy byli zdziwieni,że zamiast być na emeryturze, chce mu się jeszcze robić. Dziś wszyscy już nieżyją. A on nadal choruje i stan jego zdrowia jest nadal kiepski. Gdy pierwszy raz go zobaczyłem, to pomyślałem - co to zażycie? Trochę czasu od tego momentu upłynęło i już tak sobie o jegożyciu nie myślę. Co najwyżej o swoim.
Niedawno pojechał na rehabilitację. Dowiedział się tam,że chyba jest chory na coś innego. Coś o wiele mniej groźnego i dającego się wyleczyć. Ale teraz już mu nie zależy. Jest zmęczony. A najlepsza część życia i tak minęła bezpowrotnie. Nikt mu jej nie zwróci. Bo i kto? Przecież winnych nie ma. Zresztą jak zwykle.



Komentarze
Pokaż komentarze