Zakupy, nie przepadam, ale trzeba paszę treściwą do domu przynosić.
Jak to po pracy, wszystkiego pod dostatkiem, trochę zmęczony, trochę zły, trochę głodny i jakże samotny.
Wychodząc już zakupiony trafiłem na frytki. Podświadomość robi dobre psikusy, nie przepadam za nimi, ale z daleka nawet korzystnie wyglądały, tak jakoś wtedy widziałem, a może właśnie, że to jada w nagrodę ten najważniejszy :).
Siedząc nad plastikowym talerzem, plastikowym widelcem gmerałem w ociekającej tłuszczem ambrozji, ehhh, posolić trzeba, sól ponoć smak wydobywa. Nie wydobyła, nie było z czego.
No i bęc. Obok ktoś przystanął, zmarnowany życiem człowiek, z wielkim mozołem bułkę męczył. Frytki zadziałały, pomyślałem o nim życzliwie, pomyślałem nawet, że mimo mojej wstrzemięźliwości w sponsorowaniu, jeśli podejdzie dam mu parę złotych, nie będzie się trząsł wieczorem. Jak pomyślałem, tak zrobił, bułę zostawił i podszedł. Pogadaliśmy prawie bez słów. On już wiedział, że można żyć i nie chlać, ale jeszcze nie uwierzył, że to i jego dotyczy.
No i stało się, nie byłem zmęczony, nie byłem zły, nie byłem głodny i nie byłem samotny. Takie to proste, wystarczy sobie czasem jakieś frytki postawić, ale czy bez listów z PiSu do PiSu da się żyć tak saute’? :)


Komentarze
Pokaż komentarze (6)