W zamierzchłej przeszłości, w siedemdziesiątych latach dwudziestego wieku, będąc wraz z rodzicami na wczasach z FWP nad polskim morzem, nie, nie, nie był to kurort prominentów władzy z tamtych lat, jak to w przypadku opozycyjnego aktualnie blogera i nauczyciela akademickiego, ale mała wiocha rybacka, spotkałem młodszego znacznie ode mnie kolesia wakacyjnego. Nie pamiętam już dziś jak miał na imię, ale zapamiętałem jego wyliczankę, którą zastępował liczebniki od jeden do osiem, były też następne, ale to już umkło.
Tak to leciało,
razu, dwazu, trzyzu, czteryzu, pinda, linda, dzikula, dzik.
Nikt jeszcze wtedy nie pomyślał o Lindzie, a tym bardziej o pindzie :).


Komentarze
Pokaż komentarze (1)