33 obserwujących
222 notki
150k odsłon
  190   0

Coś głupiego (o studiach)

Trzeba zacząć od tego, że gdybym się nie dostała na ten kierunek, nigdy bym się nie dowiedziała, że taki jest. I jak wygląda.

Nie chciałam iść na te studia. Wymyśliłam germanistykę, jadąc po ambicji. Kiedyś tam marzyłam o studiach filologicznych, żeby “poznać język od podszewki”, ale to była dawno i nieprawda . Zawsze uważałam siebie za ciężki przypadek pod względem języków. Z gramatyką od dziecka nie miałam problemów, z czytaniem tekstów też raczej nie; z pisaniem było trudniej, mówić nie byłam w stanie. Obrazuje to dialog, który przeprowadziłam gdzieś w Austrii w 2005, w drodze do Kolonii na ŚDM.

Długa podróż autokarem. Pasażerowie zaczynają widzieć świat na żółto. I wtedy – przerwa. Stacja beznynowa, sklep, rzucamy się do łazienki i konsternacja: ile trzeba zapłacić? W grupie mówią po angielsku, francusku, po niemiecku 2 osoby, których oczywiście nie ma obok. Ja się uczyłam dwa lata i stoję jak słup. Ludzie machają rękami, no bo jak spytać, na migi, czy co? Podeszła do nas pani, widać, że chce pomóc.
W tej sytuacji wzięłam się na odwagę i sformułowałam pytanie:
– Wie viel kostet die Toilette?
I czekałam drżąć na odpowiedź. Nie wiem czemu, byłam pewna, że to będzie 1-2 Euro – tak jak u nas w złotówkach. Tak się skupiłam na Euro, że nie zrozumiałam jej odpowiedzi:
– Dreißig Cents.
Zgłupiałam i w ogóle nie wiedziałam, co ta pani do mnie mówi. A ona z życzliwym uśmiechem powtarza: dreißig Cents i uśmiecha się do mnie. Jeszcze mi pokazała na palcach – trzy. Dreißig Cents, jak wół. A ja stoję bez ruchu i patrzę baranim wzrokiem. Z opresji wybawił nas spec od niemieckiego,który właśnie nadszedł. Dla niego wypowiedź sympatycznej pani była przystępna.

No i tak własnie wyglądała moja umiejętność posługiwania się językiem w połowie gimnazjum. Umiałam jedynie uśmiać się z szyldu “Obst und Gemüse” nad sklepem z ubraniami.
W klasie 3 gimnazjum na notatkach ze słówkami dotyczącymi sportu napisałam: “ich hasse Sport. Ich hasse Deustch. Ich hasse Sport im Deustch”. Nienawidzę niemieckiego… Znamienne…

W liceum chodziłam na taki fajny prywatny kurs. Tam byłam wreszcie najlepsza (znałam słownictwo z gimnazjum, a kurs był dla poczatkujących :D). I to mi dodało wiary w siebie.
Wielką robotę wykonała dla mnie znajoma, która przez dwa lata dawała mi prywatne jednosobowe lekcje angielskiego. Za darmo. Ona mnie nauczyła mówić.

Możnaby powiedzieć, że tak mi zostało. Na swoje studia – filologia. Nauczanie niemieckiego – dostałam się na maturze podstawowej (skądinąd bardzo dobrej), czyli z listy rezerwowej.Wskoczyłam tam w ostatniej chwili.

O tym też już pisałam, więc tylko wspomnę zdawkowo: całe życie chciałam / miałam zamiar / uważałam za pewne to, że pójdę na polonistykę. Rozważałam pedagogikę, bo jest to kierunek, na którym można robić wszystko, a ja mam strasznie rozstrzelone zainteresowania.
Studiów językowych bałam się – z powodów opisanych wyżej. Nie wierzyłam, że mogę rozumieć, że mogę mówić. Bałam się, typując kierunki studiów. Oglądając wymagania. Nie zdecydowałam się zdawać matury rozszerzonej choć mogłabym, wszystko z powodu braku wiary w siebie i własne umiejętności. Bałam się, zaznaczając ten kierunek w systemie rejestracji. Bałam się, gdy zobaczyłam, że dostałam się tam. Bałam się, gdy przeczytałam informację: zajęcia prowadzone są w języku niemieckim. Dobra, nie bałam się, jak jechałam złożyć papiery, byłam zbyt przejęta brakiem połowy potrzebnych rzeczy.

Przestałam się bać, gdy poszłam na zajęcia, odnalazłam się w planie, w budynku. Od razu namierzyłam bufet i poczułam się lepiej :).

To było prowadzenie. To było ustalone odgórnie. Bo gdybym miała decydować, mając dostęp do każdej opcji, wybrałam polonostykę.
A to byłby błąd.
Bo te studia są dla mnie najlepsze.
Teraz wyliczanka: dają zawód (nauczyciel niemieckiego. Już jako małe dziecko wiedziałam, że będę nauczycielką. Takie życie), uczą języka na poziomie C1, C2 jak się ktoś uczy (można wyjechać szukać na pracy za granicą albo na misje; można robić tłumaczenia; można czytać literaturę niemiecką w oryginale); minął miesiąc, a dowiedziałam się masy fascynujących rzeczy, łącznie z czytaniem alfabetu greckiego (bajer, nie?); przyszłam na wykład, który był prowadzony po niemiecku i go rozumiałam! To dało mi tyle wiary w siebie, że ludzie z roku mają mnie za jakąś odważną i bystrą osobę (a to nowowść!). Co więcej – studia te nie wypełniają mi całego czasu (pomijając pana doktora, który jest cyborgiem i wymaga od nas rzeczy nadludzkich, ale ten typ tak ma i już...). Mam czas na swoje pisanie. Nie muszę czytać masy bzdurnych lektur, których nikt mi potem nie przerabia na sieczkę. Nieustannie obcuję z językiem, który staje się dla mnie naturalny.
I jeszcze coś. Te studia są tylko do licencjatu (który będę musiała napisać po niemiecku :P). Potem droga wolna, mogę robić co chcę. Mam jeszcze miejsce na jakieś marzenia i dzikie pomysły.

A trafię i tak tam, gdzie mnie Bóg poprowadzi, bo wychodzi na to, że on wie najlepiej.

_____________________________________________________________________

Jedna rzecz to wykłady, a druga to ludzie…

Jacy są ludzie na moich studiach? Przede wszystkim, w 90% są to dziewczyny. Niesamowicie mnie to urządza, bo w towarzystwie dziewczyn czuję się zupełnie swobodnie. A z resztą, z tymi kumplami, co już ich znam, też dogaduję się bez problemu. Jakby wszystkie moje trudności, bariery opadły. jakbym była kimś innym. Nowym człowiekiem…

Jak się to objawia? Przedziwnie. Patrzą na mnie dziewczyny – te eleganckie, wymuskane studentki. Piękne i zdolne. Z maturą rozszerzoną na 96%. Doskonałe.
Co widzą?
Objętościowo w sobie zmieściłabym dwie takie. Nigdy nie byłam zainteresowana modą. Trzy razy na pięć dni roboczych nie chce mi się malować. (Albo nie mam czasu, bo spałam do oporu i już jestem spóźniona). I one patrzą na mnie przyjaźnie. Nie odwracają się na mój widok. Nie ignorują. Nie uważają za gorszą. A nawet jeśli, to w żaden sposób nie dają mi tego odczuć. No po prostu inny świat.

Najbardziej mnie zaskoczyło, jak mnie te moje koleżanki, z mojego punktu siedzenia naprawdę niesamowite, idealne i w ogóle – odebrały.
Zaczęło się od tematu Familie. Opowiedzialam o swojej rodzinie (udało mi się wymienić zawody, nawet nie miałam czasu, żeby opisywać zainteresowania kolejnych osób…). Wymieniłam członków od dziadków po wnuki i puściłam w obieg dwie strony ze zdjęciami do obejrzenia. Koleżankom szczęki opadły, dostały oczowytrzeszczu i wypieków. Zdjęcia lustrowały 0,5 minuty każda.

Od tamtego czasu koleżanka P. przyglądała mi się z zafascynowaniem. Koleżanka P. to najpiękniejszy egzamplarz idealnej dziewczyny, jaki umiałabym sobie wyobrazić. I ona – naprawdę nie wiem, czemu – strasznie mnie polubiła. Najpierw powiedziała mi, że jestem taka śmieszna, w sensie jak najbardziej pozytwywnym. Chyba miała na myśli, że jestem wesoła i budzę w niej radość. No, fajnie. A potem zagadaywała mnie o różniaste rzeczy.
Spytała za którymś razem:
– Co masz w tej wielkiej torbie?
Więc wyjęłam dwa pudła i pokazałam jej, mówiąc:
– Jadę dziś do siostry.
Dwie pary bucików dziecięcych.
Normalnie połowa grupy zrobiła:
– Och! Jakie słodkie!
Stały i rozpływały się nad tymi butkami, a ja się z nich śmiałam :).
Baratanice / siostrzenice (+bratanek) to fajna rzecz…

Innym razem było:
– Ja nie idę na te zajęcia. Nie uczyłam się, miałam inne ważne rzeczy do zrobienia.
– A co robiłaś?
– Poprawiałam baśń na konkurs.
– Napisałaś baśń? I wyślesz ją na konkurs? Uau!
– A potem robiłąm z mamą pasztet.
– Zrobiłaś pasztet? Uwielbiam domowy pasztet! Przyniosłabyś mi kanapkę z nim?
– Jasne.
– To ja jutro nie będę brałą śniadania ze sobą.
– O, to nie mogę zapomnieć...
Po raz pierwszy to nie ja podziwiam. Po raz pierwszy to ja jestem podziwiana. Otwarcie i bez podtekstów. Normalnie szok.

Następnego dnia:
– Pyszny ci ten pasztet wyszedł!

I tak patrzę na tą P., której twarz rozjaśnia sie uśmiechem na mój widok i myślę sobie, że coś musi we mnie być. I, o dziwo, nie wbijam się w pychę czy inne takie, tylko odbiegają ode mnie kompleksy i myślę: może i wyglądam jak dwie takie razem wzięte, a pod względem stylu jak półtora nieszczęścia. Ale mam ten uśmiech, co przyciąga do mnie ludzi… Tzn, koleżanki i wykładowców, bo dalej to się jakoś nie sprawdza.

Na literaturoznawstwie:
Pani profesor:
– No, to jak to będzie polsku?... Ktoś z was moze zamierza zostać tłumaczem? Ujawnijcie się, sprawdzimy wasze talenty…
Cisza. Patrzę na pania i myślę: przyznac się, czy nie? No, ale ja wolałabym tłumaczyć prozę...
A pani patrzy na mnie i mówi:
– No, to może pani, pani ma taką uduchowioną twarz…

I wszystko jasne: mam uduchowioną twarz. No, kto by pomyślał.
Czego to się człowiek nie dowie na studiach…

Więc teraz – zobaczymy, co będzie, nie?
Na razie jest nieźle, naprawdę.
Na pewno nie mamy okazji sie nudzić.
 

Lubię to! Skomentuj56 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale