Dziś zdarzyła się mi taka rozmowa z szanownymi rodzicami:
Zaczęłam ja (szczerze mówiąc, nie wiem, po co to w ogóle powiedziałam...)
- Wiecie, co znalazłam ostatnio w Wikipedii? Zajrzałam pod link "fantastyka - Harry Potter", a tam był cały portal: wszystko o książkach z serii, książkach dodatkowych, bohaterach, scenerii, miejscach z książki, filmach, grach... I zajrzałam dalej, czy nie ma takiego opracowania o książkach Pratchetta - i jest! Aczkolwiek nie ma oddzielnego portalu, tylko ciąg artykułów. Siedziałam i oglądałam, jak ktoś elegancko posegregował te książki, nareszcie zostały one jakoś uporządkowane, wiadomo kto, gdzie i po co... Chciałabym mieć te książki... - westchnęłam nieco tęsknie i to był mój drugi błąd.
Powiedziałam to, żeby przekazać, jaką fajną nową rzecz znalazlam w Wikipedii. Że poszłam akurat za "Harrym Potterem" nie miało to dla mnie tak wielkiego znaczenia.
Ale... Mogłam tego nie mówić (to ten błąd pierwszy), gdyż na to odezwał się ojciec. Dosłownie jego wypowiedzi nie pamiętam, ale sens był taki - po co czytacie Pratchetta? Po co wam czyjaś wyobraźnia (a w tych książkach nie ma nic więcej - w podtekście: to same bzdury), nie macie własnej? Czemu nie czytacie Lema? Myśmy zachwycali się Lemem!
I rodzice zaczęli się zachwycać do siebie, mówiąc cytatami, któych ja z siostrą nie rozumiałam, bo skąd.
I potem dalsza gadka:
- Lem pisał rzeczy mądre, opierając się na wyobraźni i inteligencji swojej i czytelnika, a Rowling odwołuje się do jakichś tam (nie zarejestrowałam jakich) zabobonów i praktyk magicznych i w ogóle okultyzm.
Łojzicku, myślałam, że ten temat został już w naszym domu wyczerpany... Ale nie!
Nawet nie próbowałam rozmawiać, pytać, wyjaśniać, bo mnie nie słuchano.
Ale...
Dlaczego nie mogę lubić "Harry'ego Pottera"? Dla mnie to książka przygodowa osadzona w świecie zmyślonym zupełnie. W związku z tym odniesienia do mojej rzeczywistości może mieć najwyżej takie, że przekaże mi, iż warto zwracać uwagę na ludzi wokół, bo są ciekawi, można dużo z nimi przeżyć, a do tego często są samotni i potrzebują naszej pomocy.
Zły wniosek? No chyba dość normalny, a do tego to samo wynika dla mnie z tej cudownej literatury, którą mi się z uporem maniaka pcha przed oczy.
Próbowałam wspomnieć, że czytałam Lema. Miałam pecha - źle trafiałam: w podstawówce lekturą były "Bajki robotów", których przeczytałam parę. Zbyt duża ilość filozofii zawsze mnie nieco odstręczała, zarzuciałm "Cyberiadę". Potem ze dwa opowiadania z "Pilota Pirxa". Tak mnie przeraziły, że odłożyłam Lema na długo.
W gimnazjum, gdy miałam ambicję na olimpiadę, czytałam literaturę z listy. Tam wpisano "Solaris". Książka stała na półce w domu, więc złapałam ją i przeczytałam, ale była ona dla mnie trudna, ciężka, także nieco przerażająca. I znów Lema odłożyłam na bok.
A rodzice nawijają:
- Obłok Magellana, Niezwyciężony, Powrót z gwiazd...
A we mnie zrodziły się pytania pełne buntu: czy te książki stoją w domu na półce? Czy ktokolwiek kiedyś mi je podsunął, polecił, dał do przeczytania? Czy ktokolwiek powiedział mi, czemu czytać te, nie inne? Czy ktokolwiek z rodziców wziął mnie do biblioteki, do księgarni i wskazał półkę, na której one leżały?
NIE! Więc czemu są pretensje, że nie przeczytałam? Skąd miałam wiedzieć???
Gdy byłam mała, podłaziłam do mojej Starszej Siostry i mówiłam:
- Skończyłam książkę, co teraz czytać?
A ona stawała ze mną przed regałem i mówiła: to, to, a potem to...
Przynosiła mi książki z biblioteki, a potem mnie do biblioteki zapisała.
Gdy mówiłam mamie, co przeczytałam, to najpierw było: a czemu to, nie tamto? Czemu amerykańskie, podczas gdy wspaniali polscy pisarze tira rira... A czemu wysnułaś takie wnioski, podczas gdy prawidłowe i słuszne sa zupełnie inne?
Moja matka, z zamiłowania polonistka, dziwnym trafem zewsze trafiała mnie od tyłu. Zawsze bezbłędnie strzelała we mnie tak, że mnie rozkładała na łopatki, zniechęcała do jedynych słusznych myśli i wspaniałej polskiej literatury. Czy specjalnie, nie wydaje mi się, taki jednak był skutek jej gadania.
Więc teraz czytam romanse oraz głupie książki dla nastolatek; zamierzam nadal nieugięcie lubić Harry'ego Pottera i serię Pratchetta, wcale nie czytając tych książek w kółko. A potem przeczytam "Na tropach smętka" - kiedy w końcu mama przestała o tej książce w kółko nudzić, to mi się zachciało ją czytać.
Wiecie co? Nie stosujcie wobec swoich dzieci technik zachęcających, które do wszystkiego zniechęcają. A szczególnie do czytania. A szczególnie tych wszystkich wielkich dzieł.
Naprawdę lepiej robić jak moja Siostra. Wyciągać z półki jedno na drugim, układać w stosik, który będzie czekał na przeczytanie i z każdym dniem będzie się zmniejszał. I opowiadać: czemu którą książkę warto przeczytać. Co w książkach cenić, co odrzucać, na co uważać. I nie skreślać książki na przykład z powodu różowej okładki. Różowe książki też mają zalety - nie tylko takie, że pomagają się odprężyć czy rozerwać.
To mnie denerwuje najbardziej. Stwierdzenie, że moja ulubiona książka jest do kitu. Bo ktoś przeczytał trzy tomy z siedmiu i wie wszystko, a najlepiej to, że książka nie przekazuje żadnej wartości, Dumbledore jest zwariowanym starym ramolem, a w ogóle, to przecież nie istnieje, nie mógłby istnieć.
Nie mógłby istnieć, wiem. Ale w jego słowach w tej książce zapisanych jest sporo mądrości. I nie tylko w jego słowach. I nie tylko mądrości - bo jest też humor, akcja, nieco opisów, ciekawe konstrukcje przestrzeni, postaci...
Najbardziej nienawidzę sprowadzania wszystkiego do poprawności politycznej i oficjalnej wykładni, choćby to była tylko oficjalna wykładnia rodzicielska.
Złe książki też trzeba czytać, żeby umieć powiedzieć, co w nich jest złego i to odrzucić z całą stanowczością.
Bo jeśli nie wiesz, co jest złe, jak możesz wiedzieć, co jest dobre?


Komentarze
Pokaż komentarze (23)