Chciałam, by temat tego tekstu był wyjątkowy.
Liczyłam na jakieś specjalne wydarzenie, by wokół niego osnuć treść notki. Bo tak długo czekałam na mój setny tekst, że zasługiwał na coś wyjątkowego.
Zaczęłam pisać, uwieczniając zeszły wyjątkowy tydzień. Ostatni - i tak na serio jedyny - tydzień moich wakacji. Z taką lekkością w sercu po zafundowanej sobie niechcący terapii oczyszczającej. Z taką ulgą i wiarą w siebie. Z radością.
Ten cios był tak niespodziewany, że nie mogę się pozbierać. Po raz pierwszy od naprawdę wieków, a mam za sobą co najmniej rok straszliwych wahań emocjonalnych i pustki - poczułam się, jakby mi wbito nóż w serce.
I przekręcono, żeby się nie mogło zagoić.
Najbliższa mi osoba: jeśli nie umiesz się domyślić, ja Ci jaśniej nie powiem. A potem: nie dzwoń do mnie.
Twoje współczucie nie ma znaczenia. Twoja pomoc nie była pomocą. Inni to pomagali dobrze, a Ty nie. Nie obchodzą mnie Twoje intencje. Nie, nie rozumiesz.
Nie dzwoń do mnie.
...
Ale moja dzisiejsza terapia powiedziała mi, że mam nie chować się do szafy ze swoim cierpieniem. Więc wychodzę z szafy i wypisuję się tu, choć nie ma to najmniejszego sensu i nikt nie może mi pomóc.
Nie osądzam. Nie mam w sobie gniewu, ani pretensji. Tylko ból i myśli: "znowu jesteś nie taka! Znowu nie dość dobra! To znowu twoja wina..."
A miałam tak nie myśleć.
Eli, eli, lema sabachthani?...



Komentarze
Pokaż komentarze (38)