Czasem trudno w to uwierzyć, że inni nie mają i nie znają tego, co dla nas jest tak oczywiste, jak oddychanie. Takim czymś jest dla mnie wspólnota i uczestniczenie w życiu Kościoła przez bycie w niej.
Historia jest długa, choć łatwa do przewidzenia: moi rodzice, gdy jako młodzi ludzie byli niewierzący,zobaczyli zaproszenie na Katechezy Neokatechumenalne, poszli je posłuchać i wstąpili do wspólnoty. Nawrócili się i rozpoczęli odkrywanie Kościoła wraz ze wszystkimi jego bogactwami i darami. Dzięki temu ja urodziłam się i od samego początku wzrastałam we wspólnocie rodziców. Byłam uczona przeżywania i rozumienia Świąt w pełnym wymiarze, między innymi Nocy Zmartwychwstania Pańskiego na czuwaniu z braćmi - słuchaniu Słowa i dzieleniu się nim.
To nie jest żadna tajemnica, Kościół zna to od setek lat. Ale tylko niektórzy są na to gotowi. Perspektywa siedzenia całej nocy na twardym krześle, na głodno, mobilizowanie się, żeby nie zasnąć, tylko słuchać, śpiewać, a na koniec tańczyć… Kto o zdrowych zmysłach chciałby robić coś takiego? I jeszcze się z tego cieszyć?
A jednak zdarzają się tacy, na przykład ja, moja rodzina i moi znajomi.
***
reszta tektu jak zwykle na portalu franciszkańska3.pl



Komentarze
Pokaż komentarze (4)